
Ludwik Fleck, w trakcie niemieckiej okupacji Lwowa bliski współpracownik Rudolfa Weigla w sławnym Instytucie Badań nad Tyfusem Plamistym, a później ceniony w świecie naukowiec jest bohaterem reporterskiej biografii Anny Wacławik i Marii Ciesielskiej. Książka „Fleck. Ocalony przez naukę” ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora.
Maria Ciesielska, autorka m.in. publikacji o lekarzach getta warszawskiego oraz opracowania na temat Ludwika Flecka (wspólnie z Pawłem Jarnickim) do bohatera tej ostatniej książki wróciła wspólnie z dziennikarką i reporterką Anną Wacławik.
Patronat medialny nad opublikowaną przez Wydawnictwo Agora książką „Fleck. Ocalony przez naukę” objął serwis dzieje.pl. Za zgodą wydawcy zamieszczamy fragment jednego z rozdziałów.
***
Jesień 1941 roku przynosi Wehrmachtowi wielkie zwycięstwa na wschodzie. Wrzesień – pod Kijowem Niemcy druzgocą cztery sowieckie armie. Biorą do niewoli ponad 650 tysięcy jeńców. Zaczyna się oblężenie Leningradu i marsz na Moskwę. Październik – 680 tysięcy jeńców spod Wiaźmy i Briańska. 5412 zdobycznych dział i 1242 czołgi.
Listopad – Niemców dzieli od Moskwy niespełna 30 kilometrów. Temperatura spada do minus 25 stopni.
„Jesień 1941 roku była we Lwowie bardzo smutna i ponura – zaczęły się już mrozy, nie było co jeść, a przez miasto ciągnęły na wschód kolumny niemieckiego wojska wszelkich możliwych formacji. Wiadomo było, że się Niemcy zbliżają do Moskwy. Pamiętam rozwieszony w kioskach numer »Völkischer Beobachter« z czerwonym tytułem: »Der Feldzug im Osten entschieden« [Kampania na wschodzie jest rozstrzygnięta]” – pisał Tadeusz Kielanowski.
W dzielnicy żydowskiej zaczyna brakować jedzenia. Przydziały żywności są śmieszne, kto nie ma czego sprzedać – głoduje. Fleck wspominał: „W tym getcie znajdowało się kilka sklepów z najbardziej podstawowymi towarami. (…) Życie było nędzne, wszystko było bardzo drogie”. Żydom nie wolno handlować poza dzielnicą, a innym nie wolno pomagać Żydom. Królują przemyt i czarny rynek, na którym walutą są złote zegarki, futra i brylanty według przelicznika ustalanego przez aryjski świat: nowe futro za 10 kilogramów mąki i 1 kilogram słoniny.
Mimo to ludzie próbują żyć normalnie. Zawierają małżeństwa, korzystają z porad prawnych, kształcą dzieci w zakonspirowanych szkołach. Niektórzy wychodzą do pracy poza dzielnicę żydowską. A lekarze mają pełne ręce roboty.
Ludwik Fleck wiedział, że jedynym skutecznym sposobem na opanowanie epidemii w getcie i ratunkiem dla jego mieszkańców są masowe szczepienia. „Szczególnie ważnym było znalezienie takiej metody wytwarzania szczepionki, która pozwalałaby na produkcję w prymitywnych warunkach getta” – pisał.
To było wyzwanie na miarę potencjału Flecka. Doktor Tadeusz Kielanowski, gdy odwiedził w szpitalu Maksymiliana Kurzrocka, zajrzał też do ciasnego laboratorium mikrobiologicznego. Zapamiętał, że cały personel wyglądał bardzo źle. Nie pomagało „wyżywienie”, jakim odwdzięczali się lekarzom mieszkańcy getta. Ze zdumieniem notował, że zespół Flecka pracował z ogromną pasją, na najwyższym poziomie i że w tych warunkach uczony prowadził badania naukowe.
„I tak rozeszła się po mieście wiadomość, że dr Ludwik Fleck (…) odkrył nowe, teoretycznie ciekawe, a praktycznie ważne zjawisko. Wykazał mianowicie, że już w okresie inkubacji, jeszcze przed pojawieniem się pierwszych objawów chorobowych, można wykazać w moczu obecność antygenu tyfusu plamistego. W środowiskach lekarskich zaczęto we Lwowie żartować że tyfus plamisty czyli dur osutkowy, będzie się odtąd nazywał »chorobą Flecka« albo »tyfusem Flecka«, tym bardziej że po niemiecku już i tak nazywa się [potocznie] Fleck-typhus” – relacjonował Kielanowski.
Typhus w niemieckim języku naukowym oznacza dur brzuszny. Dur plamisty to Fleckfieber. Fleck to plama. W slangu więźniów obozów koncentracyjnych o tyfusie mówiono „flek”, a „bycie na fleku” oznaczało pobyt w baraku przeznaczonym dla chorych na dur.
Profesor Kielanowski mylił się, pisząc, że Ludwik Fleck odkrył antygeny w moczu chorych na tyfus. Przekonanie, że wydalina może je zawierać, narodziło się dwie dekady wcześniej, na początku lat 20., gdy Fleck był asystentem w przemyskiej pracowni bakteriologicznej Rudolfa Weigla. Teraz wrócił do tej koncepcji – bo teoretycznie można by na bazie owych antygenów wytworzyć przeciwtyfusową szczepionkę.
Od idei do jej wprowadzenia w życie prowadziła daleka droga i Fleck musiał pokonać ją sam, bez pewności, że eksperyment się powiedzie. W dodatku do takiej pracy potrzeba było dobrych warunków, a tego w szpitalu w dzielnicy żydowskiej nie było. Czy sam poprosił, czy pomogli przyjaciele – nie wiemy, jak to się odbyło – ale Fleck otrzymał pomoc i ochronę od profesora Rudolfa Weigla. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej pracowali wspólnie w San-Baku, być może utrzymali kontakt mimo niemieckiej okupacji. Fleck znalazł się na liście pracowników Instytutu Badań nad Tyfusem Plamistym we Lwowie. Otrzymał dostęp do nowoczesnych laboratoriów, aparatury, literatury i wyszkolonej kadry. Weigl zapewnił Fleckowi to, co było mu potrzebne do nieskrępowanej pracy naukowej w bezpiecznych warunkach.
Jak to było możliwe?
Instytut Weigla podczas nazistowskiej okupacji z San-Baku zmienił się w Institut für Fleckfieber- und Virusforschung des Oberkommando des Heeres Krakau-Lemberg, Dienststelle Lemberg (Instytut Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami Wojsk Lądowych, Kraków--Lwów, Oddział Lwów) i znalazł się pod zarządem wojskowym. Podlegał Wojskowej Akademii Medycznej w Berlinie, a ta Inspektoratowi Wojsk Lądowych.
Niezmiennie utrzymywał status strategicznej placówki pod specjalnym nadzorem. Po pierwsze, kto miał przeciwtyfusową szczepionkę, mógł wygrać wojnę. Po drugie, Weigl był światowej sławy naukowcem, w dodatku o „niezakłóconym” pochodzeniu.
„Z 1941 rokiem sytuacja Weigla stała się bardzo trudna i kłopotliwa – opowiadał Henryk Mosing, epidemiolog, bliski współpracownik Rudolfa Weigla. – Niemcy obawiali się bardzo tyfusu plamistego.
Liczyli na niemieckie pochodzenie Weigla i początkowo starali się go pozyskać, proponując katedrę w Berlinie i nagrodę Nobla w Szwecji, w związku ze stosunkami i wpływami Niemców w Szwecji. Weigl przechodził mimo tych lukratywnych propozycji”.
Wreszcie został „zaproszony” na rozmowę do siedziby gestapo: „Próbowano mu grozić, a my wiemy, że w pierwszych dniach po wkroczeniu Niemców do Lwowa 32 najbardziej znanych profesorów Wydziału Lekarskiego i politechniki rozstrzelano tutaj na Wzgórzach Wuleckich. Ten, który konferował – Kaufmann zastępca Himmlera niedwuznacznie dał mu do poznania, że przecież my możemy zmusić… Wtedy Weigl pokazał swoje pierwsze bohaterstwo, bo chociaż nie ukrywał swego niemieckiego pochodzenia, jednak uważał się za związanego z narodem polskim. Dlatego na dalsze naciski Weigl odpowiedział: – Panie generale. Ja nie mam nadziei doczekać się czegoś lepszego (miał już 60 lat). Ja sam bym właściwie skończył samobójstwem, ale to by było tragedią dla rodziny i otoczenia. A jeśli pan pomoże temu, że ja stracę życie, to wtedy rodzina czcić będzie mnie jak bohatera a wynik będzie ten sam”.
Z relacji Mosinga wynika, że Niemiec był zszokowany rozmową z Weiglem. W tym przypadku nie mógł sobie jednak pozwolić na siłowe rozwiązanie. Przeciwtyfusowa szczepionka miała dla Wehrmachtu fundamentalne znaczenie, a Weigl był gwarantem jakości wakcyny i jej produkcji na dużą skalę. Dodatkowo sprzymierzeńcem Weigla okazał się nazista, doktor Hermann Eyer, szef Institut für Fleckfieber und Virusforschung w Krakowie, który szczerze podziwiał biologa ze Lwowa. W artykule poświęconym produkcji antytyfusowej szczepionki, opublikowanym jeszcze w 1940 roku, przed niemiecką okupacją Lwowa, nazwał Weigla wybitnym znawcą epidemicznego duru plamistego, a jego badania – krokiem milowym w historii walki z tyfusem.
Sugerował, że nie warto tracić czasu na szukanie innych rozwiązań, skoro można korzystać z osiągnięć Weigla i w krótkim czasie stworzyć pełnowartościowy „taktyczno-pomocniczy ośrodek walki z chorobami zakaźnymi”.
Wkrótce ośrodki we Lwowie i Krakowie zaczęły dostarczać Wehrmachtowi 15 tysięcy dawek szczepionki miesięcznie.
Na ulicy Zielonej we Lwowie w grudniu 1942 roku Niemcy otwarli kolejny ośrodek produkcji szczepionek – Zakłady Behringa (Behring Institut – Lemberg). Wytwarzali tam wakcyny metodą Weigla i za pomocą hodowli riketsji na zarodkach kurzych jaj. Rudolfa Weigla zaprosili na otwarcie zakładów. Nie przyszedł.
Instytut Weigla włączono w struktury Wehrmachtu, ale Eyer pozostawił dotychczasowemu szefowi autonomię co do organizacji i rozwoju placówki. Weigl korzystał z tego bez przeszkód. Rozbudował ośrodek i dowolnie dobierał współpracowników – od sprzątaczek po profesorów. Zatrudnieni w instytucie posługiwali się legitymacjami z pieczęcią Oberkommando des Heeres (OKH; Dowództwo Naczelne Wojsk Lądowych). Najmocniejsze papiery we Lwowie – twierdzili po latach. Trudno było o lepszą ochronę przed wywózką, rewizjami, łapankami lub losem profesorów, których zamordowano na Wzgórzach Wuleckich. W instytucie przetrwały wojnę dziesiątki lwowskich profesorów, konspiratorów z polskiego podziemia, lekarzy, prawników, artystów, literatów i setki młodych ludzi, studentów lwowskich uczelni, dla których było to na ogół jedynym źródłem utrzymania. Lista „weiglowców” to kilka tysięcy nazwisk, dziś już nie sposób jej w pełni odtworzyć.
Niezwykłe i bezprecedensowe było zatrudnianie w niemieckim instytucie wojskowym Żydów: matematyka Bronisława Knastra, doktory Karoliny Reissowej czy młodego Mariana Rosena, który ukrywał się niemal do końca wojny, pracując jako hodowca wszy. Pomoc otrzymali również żydowskie małżeństwo mikrobiologów Henryk i Paula Meislowie z kilkunastoletnią córką Felicją. Weigl najpierw ich w swojej placówce ukrywał, a później za zgodą Niemców dał im pracę. „(…) będąc jednak »niearyjskiego pochodzenia« nie zostałem normalnym, opłacanym pracownikiem, lecz internowanym niewolnikiem – wspominał Henryk Meisel. – Byłem doprowadzany do pracy przez żołnierza niemieckiego, który maszerował ze mną i moją żoną z takim groźnym bagnetem na lufie karabinu i to pewnie zwracało uwagę przechodniów.
Początkowo mieliśmy oboje nakładane na rękawy gwiazdy Dawida, które były zdejmowane po przekroczeniu bramy instytutu. Weigl, gdy się o tym dowiedział, wymógł na Niemcach, żeby tych gwiazd na rękawy nie kazali nam nakładać”.
Scenę „ochrony” udzielanej przez żołnierza Wehrmachtu parze Żydów na ulicach Lwowa zapamiętało wielu świadków.
Bez wojskowej asysty, ale również pod ochroną zorganizowaną przez Rudolfa Weigla przychodził do instytutu z dzielnicy żydowskiej Ludwik Fleck. Kiedy dokładnie trafił na listę pracowników instytutu?
To mógł być jeszcze 1941 rok. Wiadomo, że Ludwik był w posiadaniu drogocennej instytutowej legitymacji. Bez niej nie mógłby opuszczać żydowskiej dzielnicy.
Legitymacja pozwalała Żydom przebywać w aryjskich dzielnicach, ale nie chroniła przed niebezpieczeństwem na ulicach. Żyd był łatwym celem. Dlatego osoby opuszczające getto zdejmowały opaski z ramienia lub korzystały z pomocy aryjskiego towarzysza. Taka obstawa uchodziła za najlepsze ubezpieczenie. To Wacław Szybalski, wtedy dwudziestoletni student chemii, potem genetyk światowej sławy, był „ochroniarzem” Flecka podczas marszu do instytutu Weigla.
(Prof. Wacław Szybalski zmarł w Stanach Zjednoczonych w grudniu 2020 r. w wieku 99 lat - PAP)
(...)
Ludwik Fleck był od Szybalskiego o pokolenie starszy, ale młody chemik darzył uczonego sympatią i czuł się za niego odpowiedzialny: – Pamiętam, żeśmy się spotkali i w pewnym momencie profesor Weigl powiedział, żebym się nim dobrze opiekował. Ja miałem hodowlę wszy zdrowych, a on się interesował tyfusem.
Szybalski miał eskortować Flecka do i z pracy, z getta do instytutu i z powrotem. Marszrucie towarzyszyło dyskretnie kilka innych osób – kolegów Szybalskiego z konspiracji lub harcerzy. Mieli interweniować, gdyby coś się działo. Szybalski traktował zadanie poważnie: – W AK było tak jak w wojsku, dostawaliśmy rozkazy na następny dzień czy na następny tydzień, bez myślenia, co będzie za miesiąc czy później.
Wacław Szybalski spotykał się z Ludwikiem Fleckiem w dwóch miejscach. Pierwsze to dawny szpital żydowski na ulicy Rappaporta, blisko wyjścia z getta. Profesor zapamiętał miejsce spotkań przy charakterystycznym budynku w mauretańskim stylu, z wieżą zdobioną poziomymi pasami. Ta placówka z początkiem niemieckiej okupacji przestała być szpitalem izraelickim, jak ją nazywano, nie znajdowała się też na wyznaczonym przez Niemców obszarze dzielnicy żydowskiej. Ludwik Fleck opuszczał więc getto, przekraczał bramę śmierci i szedł półtora kilometra na miejsce spotkania ze swoim konwojentem.
Czy przychodził sam? – Nie, jego ktoś przyprowadzał, czasami nam towarzyszył niemiecki SS. Może raz przyszedł sam – wspomina profesor Szybalski. Z ulicy Rappaporta Fleck i Szybalski szli już razem do instytutu. Drugie półtora kilometra, kolejnych kilkanaście minut marszem.
(...) Kolejne terminy spotkań ustalali na bieżąco, z dnia na dzień. O czym rozmawiali po drodze? Oczywiście o aktualnej sytuacji na frontach. O końcu wojny. – Oby jak najszybszym, żeby można było przeżyć – precyzuje nasz rozmówca. O Flecka myśli filozoficznej.
Wacław Szybalski przyznaje, że trochę się przekomarzał z uczonym: – On był filozofem nauki, a ja byłem chemikiem, inżynierem chemikiem, naukowcem, i filozofię uważałem za coś poniżej mojej godności.
O tyfusie nie rozmawiali. Rozmowa była antidotum na lęk, profesor Szybalski pamięta nerwy i stres, które towarzyszyły tym przemarszom.
Papiery były ważne, ale… – Nigdy nic nie wiadomo, jak się ma do czynienia z gestapo. Przecież oni nas strzelali jak dzikie psy. Osa by go ugryzła, zdenerwowałby się i mnie zastrzelił, żeby się zemścić na osie – mówi Wacław Szybalski. Szczęście im sprzyjało, nie przypomina sobie żadnych perturbacji w drodze do i z instytutu.
Jaki był Ludwik Fleck? – Ambitny – odpowiedź pada natychmiast.
– Niezwykle ambitny, skoncentrowany na nauce. I wymagający: ktoś czegoś nie przyniósł, nie zrobił doświadczenia, to na niego z gębą, karcił go. Bardzo poważny, nie tak jak Weigl. Weigl żartował i uwodził studentki, a Fleck był jak spiż, nudny z tego powodu.
Czy Fleck opowiadał o tym, co dzieje się w dzielnicy? – Zdaje się, wszyscy wiedzieliśmy. (PAP)