Pomnik Andrew Jacksona w Waszyngtonie, w pobliżu Białego Domu, fot. PAP/EPA, autor MICHAEL REYNOLDS
Imperializm, ekspansja terytorialna, cła i walka z establishmentem to tematy przewodnie pierwszego roku drugiej prezydenckiej kadencji Donalda Trumpa. W polityce Trump wzoruje się na prezydentach z przeszłości - głównie z XIX w., a zwłaszcza na Williamie McKinleyu, Jamesie Polku i Andrew Jacksonie.
U progu dziewiątej dekady życia Trump często mówi o swoim miejscu w historii. Porównuje się do Abrahama Lincolna i George'a Washingtona, czasem - żartem lub serio - twierdząc przy tym, że jest od nich lepszy. Twierdzi, że pierwsze 12 miesięcy jego prezydentury było okresem największych osiągnięć w historii kraju. Jednak mimo zapewnień o kolejnych „bezprecedensowych” ruchach i osiągnięciach wiele działań Trumpa nawiązuje do polityki i działań jego dawnych poprzedników.
Trump najczęściej i najwyraźniej odwołuje się do Williama McKinleya, 25. prezydenta Stanów Zjednoczonych (1897-1901). Wielokrotnie twierdził, że choć McKinley nie jest zwykle zaliczany do najlepszych przywódców kraju, zasługuje na miejsce w panteonie. Jedną z pierwszych decyzji Trumpa w drugiej kadencji była zmiana nazwy najwyższego szczytu Ameryki Północnej z alaskańskiej nazwy Denali z powrotem na Mount McKinley. Trump przedstawiał rządy McKinleya jako czas, gdy USA były najbogatsze w swojej historii. Jego zdaniem przyczyna była jedna - cła.
- Prezydent McKinley uczynił nasz kraj bardzo bogatym poprzez cła i poprzez talent. Był urodzonym biznesmenem - mówił Trump 20 stycznia 2025 roku w przemówieniu inauguracyjnym, w którym ogłosił początek nowego „złotego wieku” Ameryki.
Zdaniem Michaela Greena, historyka z Uniwersytetu Nevady w Las Vegas (UNLV), wzorowanie się Trumpa na McKinleyu stanowi pewną historyczną ironię. Jak zaznacza, McKinley był wprawdzie gorącym zwolennikiem protekcjonistycznych ceł, lecz jako kongresmen. I wbrew temu, co twierdzi Trump, ustawa o cłach autorstwa McKinleya z 1890 r., podnosząca średnie cła do poziomu 50 proc., nie okazała się wielkim sukcesem.
- Może pomogła kilku branżom, ale według części ekonomistów i historyków spowolniła wzrost gospodarczy. Miała też duże konsekwencje polityczne, bo w kolejnych wyborach Republikanie ponieśli srogą porażkę - zauważył Green. - A co do twierdzeń Trumpa o bogactwie Ameryki: cóż, to były wspaniałe czasy, jeśli było się kimś takim jak dziś Elon Musk, a wówczas John D. Rockefeller czy Andrew Carnegie - dodał.
W jego ocenie na ironię zakrawa również fakt, że pod koniec prezydentury McKinley zmienił zdanie na temat barier handlowych. W swoim ostatnim przemówieniu w Buffalo w październiku 1901 r. - zanim został zastrzelony przez anarchistę Leona Czołgosza, syna polskich emigrantów - McKinley zadeklarował koniec ery jednostronnych ceł, przestrzegał przed wojnami handlowymi i zachęcał do przyjaznych stosunków handlowych.
Inny podziwiany przez Trumpa element spuścizny McKinleya - ekspansja terytorialna USA - również nie jest jednoznaczny. Choć za jego prezydentury USA anektowały Hawaje (wcześniej niepodległą monarchię), Portoryko, Samoa Amerykańskie, Guam i Filipiny oraz doprowadziły do wyzwolenia Kuby spod władzy Hiszpanii, historycy nazywali McKinleya „imperialistą z przypadku”. Większość wymienionych aneksji była wynikiem wojny amerykańsko-hiszpańskiej z 1898 r.
- McKinley chciał niepodległości Kuby, być może chciał wpływów, ale nie chciał wojny ani rozlewu krwi, choć ostatecznie uległ w tej sprawie naciskom prasy i Kongresu - podkreślił Green.
Jak zaznaczył, znacznie bardziej agresywnym imperialistą był następca McKinleya Theodore Roosevelt. Choć i jego Trump wielokrotnie chwalił w swoich wystąpieniach - doprowadził do zbudowania Kanału Panamskiego i podjął szereg interwencji w Ameryce Łacińskiej - to w kwestiach ekonomicznych był przeciwieństwem McKinleya i Trumpa jako pogromca monopoli, zwolennik ochrony środowiska oraz nakładania podatków dochodowych na najbogatszych - zauważył ekspert.
Innym wzorem dla Trumpa jest niedoceniany przez historyków James Polk. Jedenasty prezydent USA rządził przez tylko jedną kadencję (1845–1849), ale przyczynił się do największej - poza zakupem terytorium Luizjany za prezydentury Thomasa Jeffersona - ekspansji terytorialnej USA. Polk był orędownikiem wojny z Meksykiem i idei „objawionego przeznaczenia” (Manifest Destiny), mówiącej o tym, że „boskim przeznaczeniem” Stanów Zjednoczonych jest kolonizacja całego kontynentu amerykańskiego. Na Manifest Destiny powoływał się Trump w przemówieniu inauguracyjnym, choć jako przeznaczenie Ameryki przedstawiał kolonizację Księżyca i Marsa.
- Polk (...) chciał, by Meksyk oddał Stanom Zjednoczonym terytorium albo za zapłatę, albo w drodze wojny. (...) w bardzo podobny sposób (Trump - PAP) chce uczynić Kanadę 51. stanem czy odebrać Danii Grenlandię - zauważył Green. Polk ostatecznie osiągnął swój cel poprzez wojnę, choć za anektowane terytorium, sięgające od dzisiejszego Nowego Meksyku i Kolorado po Kalifornię, i tak zapłacił 15 mln dolarów (obecnie równowartość ok. 500 mln dolarów).
- W pewnym sensie on był gościem od nieruchomości. On był - wielu ludzi tego nie wie - jednokadencyjnym prezydentem, ale był bardzo dobrym prezydentem - powiedział Trump agencji AP w ubiegłym roku, pokazując zainstalowany w Gabinecie Owalnym portret Polka.
W Gabinecie Owalnym Trump zawiesił też wizerunek siódmego prezydenta USA, Andrew Jacksona (1829–1837). Podobieństw między obu politykami jest wiele - podobnie jak Trump Jackson był pierwszym populistycznym przywódcą kraju, outsiderem w Waszyngtonie i krytykiem elit, i tak jak Trump był krytykowany za autokratyczne zapędy, w tym ignorowanie wyroków sądowych.
Tablica pod portretem Jacksona w utworzonej na polecenie Trumpa „prezydenckiej galerii sław” w Białym Domu tak podsumowuje jego dorobek: „Był znany jako Prezydent Ludu za wspieranie zwykłego człowieka, lecz został niesłusznie i niesprawiedliwie potraktowany przez prasę, choć nie tak okrutnie i niesprawiedliwie, jak w przyszłości mieli być traktowani prezydent Abraham Lincoln i prezydent Donald J. Trump”. W opisie podkreślono, że Jackson zredukował federalną biurokrację i był czempionem „narodowej ekspansji”. Jednym ze stosowanych przez niego sposobów było prowadzenie wojen i rozpoczęcie systematycznej polityki wysiedleń Indian.
Te historyczne odniesienia i paralele są jednak, zdaniem Greena, powierzchowne i nie uwzględniają czasu i warunków, w których rządzili poprzednicy Trumpa.
- Myślę, że nikt nigdy nie oskarżył prezydenta Trumpa o bycie pilnym studentem historii - zauważył.
Z Waszyngtonu Oskar Górzyński (PAP)
osk/ akl/ lm/