Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz, autorka poświęconej Helenie Wolińskiej książki „Stygmat”, podkreśla, że ofiarom stalinowskiej prokuratorki jesteśmy winni pełną prawdę o jej działalności. Według autorki utrwalony wizerunek „krwiożerczej komunistki” paradoksalnie szkodzi pamięci o tamtych wydarzeniach.
Książka licząca niemal 800 stron obejmuje 100 lat historii Polski i około 90 lat długiego życia jej bohaterów - cenionego ekonomisty Włodzimierza Brusa i jego żony, w latach 1949-53 prokuratorki Naczelnej Prokuratury Wojskowej, instytucji, która wydawała wyroki m.in. w procesach członków polskiego podziemia niepodległościowego.
- Gdy mówiłam, że zajmuję się Heleną Wolińską, jej biografią, pierwsze pytanie, które dostawałam, brzmiało: winna czy niewinna? To fałszywa dychotomia. Ale ona była w życiu i ofiarą, i sprawczynią, nie da się tego losu zamknąć w kategoriach binarnych. Wiele osób zakłada bez przeczytania książki, że próbuję Wolińską wybielić. Absolutnie nie - próba zrozumienia osobistych motywów oraz pokazania szerszego społeczno-politycznego kontekstu nie jest usprawiedliwianiem - powiedziała PAP autorka „Stygmatu”.
Jej bohaterowie przyszli na świat, kiedy po 123 latach zaborów powstała II RP. - Fajga Danielak i Beniamin Zylberberg byli rówieśnikami niepodległej Polski i to ich definiowało, było tożsamościowo ważne. To było to samo pokolenie co „Kolumbowie”, ale polscy Żydzi podlegali innym mechanizmom systemowym, mieli przed sobą inne perspektywy. Kluczowym doświadczeniem młodych Żydów w okresie międzywojennym była szkolna akulturacja do polskości. Fajga Danielak, zanim została Helena Wolińską, była Felicją. Ona i jej rówieśnicy z Rewolucyjnego Związku Niezamożnej Młodzieży Szkolnej, nielegalnej organizacji działającej w gimnazjach, wybrali polskość jako projekt kulturowy, a jako projekt polityczny - komunizm - powiedziała Kwiatkowska-Moskalewicz.
Teoretycznie powinni komunizmu unikać - cały ruch był nielegalny, nie zapewniał kariery ani awansu społecznego, nie oferował żadnych przywilejów. Wręcz przeciwnie - łatwo było za taką działalność trafić do więzienia albo wylecieć ze szkoły z wilczym biletem. A to oznaczało klęskę życiową.
- Rodziny moich bohaterów nie były zamożne. Edukacja w II RP należała do kosztownych. Czesne za prywatne szkoły średnie (a państwowych, zwłaszcza żeńskich, chronicznie brakowało) było wyższe niż opłaty za studia. Niemal wszyscy dorabiali korepetycjami, a i tak wisiała nad nimi groźba usunięcia ze szkoły za brak opłat. Z jakiegoś powodu brali sobie jeszcze na głowę działalność w rewolucyjnej organizacji. Rewolucyjny Związek Niezamożnej Młodzieży Szkolnej, bo w nim działali nastoletni Wolińska, Brus, ale i na przykład przyszły znany filozof Bronisław Baczko, był organizacją powiązaną z ruchem komunistycznym. Miał też pewną samodzielność wynikającą z tego, że młodzież gimnazjalna miała skłonności do buntu, także przeciw partyjnym dogmatom. To była taka „czerwona gimbaza” - opowiadała autorka.
- Dlaczego to robili? Nielegalność jest romantyczna. W różnych wspomnieniach z tego środowiska pojawiają się relacje o swoistych modach: na ubieranie się jak proletariusz czy robotnicze - to jest: dosadne - słownictwo. Wydaje się to anegdotyczne, ale dla identyfikacji grupy było ważne. Decydujące było to, że komuniści byli w zasadzie jedyną „ogólnopolską” organizacją polityczną, która w połowie lat 30., czyli w czasie, gdy określały się polityczne wybory rówieśników Wolińskiej i Brusa, postulowała i realizowała równość na tle etnicznym. To dla młodych Żydów, którzy na co dzień doświadczali zarówno systemowego, jak i oddolnego antysemityzmu, było sprawą zasadniczą. Warto jednak zauważyć, że komunizm nie był dla młodzieży żydowskiej oczywistym wyborem. Jak pisał Jaff Schatz w „Pokoleniu”, wielu komunistów było Żydami, ale niewielu Żydów popierało komunizm. Większość politycznie aktywnej młodzieży żydowskiej „pokolenia Kolumbów” – użyjmy tego określenia – wybierało ruchy związane z syjonizmem, który miał różne odłamy i największy zasięg oddziaływania - mówiła.
W latach 30. XX wieku lewicowy dyskurs był na fali - to czas Wielkiego Kryzysu i jego tragicznych konsekwencji, rzesz bezrobotnych bez żadnych perspektyw, trudnej dziś do wyobrażenia nędzy. - Mogło się wydawać, że lewica wypracowała recepty na chroniczne choroby kapitalizmu, wie, jak bardziej sprawiedliwie urządzić świat. Jednak najważniejszym powodem wiązania się przez młodych ludzi żydowskiego pochodzenia z komunistami w drugiej połowie lat 30. był – powtórzmy - narastający antysemityzm, ograniczenia w przyjmowaniu Żydów na studia, getto ławkowe. Postulowany przez komunistów internacjonalizm, rozumiany jako równouprawnienie na tle etnicznym, religijnym, kulturowym, był obietnicą, która przyciągała. Oczywiście komunizm nastolatków był naiwny - romantyzowali Związek Radziecki, choć nie mieli na jego temat realnej wiedzy, nie wiedzieli o Gułagu, akcji antypolskiej, egzekucjach polskich komunistów, rozmiarze stalinowskich czystek. Mimo to doniesienia o tak zwanych procesach moskiewskich, gdzie na ławie oskarżonych zasiedli czołowi bolszewicy, wywołały poważny kryzys w gimnazjalnej organizacji, doprowadzając niemal do rozpadu Rewolucyjnego Związku. Młodzi nie chcieli uwierzyć w winę skazanych.
Pierwszy raz Ben i Felicja skonfrontowali się z tą rzeczywistością we Lwowie, gdzie uciekli na jesieni 1939 roku. Brus, który po wybuchu wojny radziecko-niemieckiej zdołał się ewakuować na wschód, szukał tam rewolucyjnej atmosfery, którą znał z książki „Jak hartowała się stal” Mikołaja Ostrowskiego. Kluczowe było to, że Związek Radziecki mimo strasznych problemów zaczął odpierać niemieckie ataki i dawał nadzieję na pokonanie faszyzmu. Brus wracał do Polski z przekonaniem, że da się wprowadzić dobre rzeczy, jak centralne planowanie, w które wierzył, ale bez radzieckich błędów.
Jej los był bardziej tragiczny – ciężarna Wolińska utknęła we Lwowie, gdzie po przyjściu Niemców wybuchła fala pogromów. Po powrocie do Warszawy i stracie całej rodziny w wielkiej akcji likwidacyjnej wyszła na tak zwaną aryjską stronę. To partia komunistyczna, jak później mówiła, dała jej szansę wyboru własnej śmierci - wolała bowiem zginąć w walce niż w Zagładzie. Tak z Felicji Danielak stała się Heleną „Leną" Wolińską. Związała się z szefem Sztabu Głównego Gwardii Ludowej Franciszkiem Jóźwiakiem.
Po wojnie Ben Zylberberg stał się Włodzimierzem Brusem. Gdy spotkali się z Wolińską w Polsce, ich uczucie po pewnym czasie odżyło. Porzucili swoje małżeństwa i rozpoczęli wspólne życie. Do tego czasu Brus wspinał się po szczeblach akademickiej kariery - został cenionym ekonomistą. Szukał sposobów naprawy rzeczywistości. Wolińska została prokuratorką. Państwo, które z takim zapałem chcieli budować, okazało się dalekie od ideałów.
Autorka, analizując powojenną działalność Wolińskiej, opierała się na całej zachowanej dokumentacji, przyglądając się szczególnie przypadkom wymienionym we wniosku ekstradycyjnym wystosowanym przez państwo Polskie w latach 90., gdy Brus i Wolińska od lat mieszkali w Wielkiej Brytanii. Materiał nie pozostawia wątpliwości - Wolińska potrafiła działać bezwzględnie także wobec niewinnie osadzonych. W pierwszym procesie, jaki jej przypadł, podsądny po pijanemu podpalił siano - za złośliwe chuligaństwo groziło mu pięć lat więzienia. Ale gdy okazało się, że jest Ślązakiem wychowanym w Niemczech, sprawę przejęła Wolińska i wraz z innym prokuratorem oskarżyli go o udział w niemieckim spisku przeciw Polsce. Zażądali kary śmierci, wyrok wykonano.
Nadzorowała też śledztwo przeciwko starszemu małżeństwu, które chciało wyjechać do Izraela - zarzucono im szpiegostwo, skazano na siedem i sześć lat więzienia właściwie za nic. Przyłożyła rękę do aresztowania Zenona Kliszki, polityka bliskiego Władysławowi Gomułce zwalczanego przez Bieruta. Później Kliszko mówił o niej „ta kurwa”. Bywała zimna i okrutna wobec rodzin osadzonych, nie przebierała w słowach, starała się o umieszczenie dzieci kobiety oskarżonej o zdradę państwową w domu dziecka, co oznaczało zabranie ich od babci. Przyczyniła się też do represji wobec Władysława Bartoszewskiego, współzałożyciela „Żegoty”.
- Wolińska niewątpliwie była elementem machiny stalinowskiego terroru i skrzywdziła wielu ludzi. Ale w najważniejszej sprawie, z którą opinia publiczna ją wiąże - czyli z zabójstwem sądowym generała Augusta Emila Fieldorfa „Nila” - nie odegrała istotnej roli. W 1950 roku „Nil” został aresztowany przez funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Pozory praworządności sprawiały, że nie można było trzymać człowieka w areszcie dłużej niż 48 godzin bez glejtu z prokuratury, tak zwanego tymczasu. MBP wystąpiło o „tymczas”, ale spóźniony o mniej więcej dziesięć dni - a Wolińska to podpisała. Jednak latem 1951 roku śledztwo Nila przejęła Prokuratura Generalna. To sąd cywilny, a nie wojskowy skazał Fieldorfa na śmierć. Wyrok wydała sędzia Maria Gurowska, zatwierdził sąd najwyższy. Wolińska w tym czasie ze sprawą proceduralnie nie miała już nic wspólnego - uważa Kwiatkowska-Moskalewicz.
Po odwilży 1956 r. Brus porzucił dogmaty stalinowskiej ekonomii, bronił Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego skazanych za napisanie „Listu otwartego do partii”. Wolińska, oskarżana o naruszanie praworządności, odeszła z prokuratury i od tego czasu prawem zajmowała się tylko teoretycznie. Marzec 1968 roku i rozpętanie antysemickiej nagonki było dla nich szokiem. Większym dla niej niż dla niego - choć to Brus został wymieniony przez Gomułkę jako jeden z inspiratorów protestów studenckich, wraz z Kołakowskim, Baczką czy Zygmuntem Baumanem, i w konsekwencji wyrzucony z pracy na UW. Brusowie zdecydowali się na emigrację dopiero w 1972 roku z powodu choroby syna. Osiedli w Oksfordzie. On robił błyskotliwą, międzynarodową karierę, ona popadła w samotność i depresję.
W 1992 roku Główna Komisja Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu, poprzedniczka IPN, wszczęła śledztwo w sprawie mordu sądowego na Fieldorfie. Toczyło się ono najpierw przeciw sędziom, którzy wydali wyrok, ale ci umarli. W 1997 roku Prokuratura Wojskowa wszczyna śledztwo przeciwko Wolińskiej, która dotychczas wymieniana była w sprawie epizodycznie – jako ta, która wydała zgodę na tymczasowe aresztowanie „Nila”. Wystąpiono o jej ekstradycję, na którą strona brytyjska nie wyrażała zgody aż do śmierci Wolińskiej.
- Słuchałam kiedyś programu, w którym prawicowa publicystka i takiż historyk rozmawiali o Wolińskiej i Lunie Brystygierowej. W pewnym momencie te postacie zaczęły im się mieszać – ona pytała o Brystygier, a on odpowiadał o Wolińskiej. Obie kobiety łączyło niewiele: Brystygier z MBP była o pokolenia starsza od Wolińskiej, urodziła się w Stryju w zachodniej Ukrainie w rodzinie zamożnego mieszczaństwa. To było niesamowicie ciekawe - zrozumiałam wtedy, że właściwie to jest nieważne, czy chodzi o Brystygier, czy Wolińską, ponieważ oni mówią o pewnej figurze Żydówki komunistki, w której splatają się stereotypy - bezwzględnej, krwiożerczej, drapieżnej seksualnie, z krwią na rękach - mówiła autorka „Stygmatu”. - Figura Wolińskiej już po jej śmierci w 2008 roku ewoluowała. Po sukcesie filmu „Ida” stała się taką choinką, na której zawieszano najróżniejsze wyobrażenia. To niesprawiedliwe, i to nie tylko dla niej, ale także, jeśli nie przede wszystkim, ze względu na tych, których krzywdziła jako wojskowa prokuratorka. Mamy prawo dowiedzieć się, co faktycznie robiła, a nie bawić się w wymyślanie. Figura „bestii”, krwiożerczej komunistki, przykrywa rzeczywiste czyny Wolińskiej, jej prawdziwe ofiary też - dodała.
Na obrazie Wolińskiej zaważyło to, że publicznie nigdy nie odcięła się od swojej przeszłości, nie wyraziła żalu ani skruchy. - Ale prywatnie było inaczej. W Oksfordzie miano jej nawet za złe ostre antykomunistyczne wypowiedzi. W ostatnim okresie życia Wolińska pozwoliła swojej pasierbicy Janinie Nadaner nagrać swoje wspomnienia. Wtedy wypowiedziała słowa, które nigdy nie padły publicznie: „Ja ten komunizm mam potąd, ja się tego wstydzę, uważam, że ja w ogóle za długo brnęłam w tym gównie, za przeproszeniem, to jest hańba mojego życia. (...) Ja wobec narodu polskiego nie mam żadnego usprawiedliwienia, ja robiłam gównianą, haniebną robotę” - mówiła w nagraniu. Dodała, że nie zamierza z niczego publicznie się tłumaczyć ani usprawiedliwiać, bo była przekonana – i chyba niestety słusznie – że i tak nikt jej nie uwierzy.
Dr Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz – historyczka i reporterka specjalizująca się w problematyce Europy Wschodniej. Pracuje w Instytucie Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza oraz Instytucie Studiów Politycznych PAN. Stypendystka NAWA Bekker w Katedrze Historii Europy Wschodniej na Uniwersytecie w Heidelbergu (2023-2024) oraz Vucinich Fellowship na Uniwersytecie Stanforda (2026). Laureatka m.in. grantu Narodowego Centrum Nauki oraz nagrody Pióro Nadziei Amnesty International. Autorka książki „Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje” (Czarne, 2016).
Książkę „Stygmat. Helena Wolińska i Włodzimierz Brus. Biografia” opublikowało Wydawnictwo Agora.
Agata Szwedowicz (PAP)
aszw/ miś/
