Katowice 08.04.1976. 43. Mistrzostwa Świata w Hokeju na Lodzie, w dniach 8-25 kwietnia, w hali Spodek. Mecz Polska - ZSRR, wygrany przez polską reprezentację 6:4. Fot. PAP/Adam Urbanek
8 kwietnia mija 50 lat od wygranej polskich hokeistów ze Związkiem Radzieckim 6:4 (2:0, 3:2, 1:2) w hokejowych mistrzostwach świata. – W zwycięstwo uwierzyłem... pół minuty przed końcem spotkania – powiedział PAP bramkarz ówczesnej reprezentacji Andrzej Tkacz.
- Przed meczem nie myśleliśmy o pokonaniu ZSRR. Chcieliśmy po prostu z honorem rozegrać jak najlepsze spotkanie i uzyskać jak najlepszy wynik. A wyszło, jak wyszło – dodał.
W pierwszym dniu turnieju, rozgrywanego w katowickim Spodku, biało-czerwoni wygrali z wielokrotnymi, a zarazem ówczesnymi mistrzami świata i olimpijskimi, hokeistami ZSRR, co było wydarzeniem zaliczanym do najważniejszych w historii polskiego hokeja.
"(...) wygranej z wielkim faworytem nikt się nie spodziewał, łącznie z kibicami na trybunach katowickiej hali."
- Nie da się powiedzieć, czy to był dla mnie najtrudniejszy mecz w reprezentacyjnej bramce. My wtedy rozgrywaliśmy dużo spotkań. Rywale na igrzyskach trochę nas zlali, stąd była chęć, by tę plamę jakoś zmazać – wspomniał Tkacz.
W turnieju olimpijskim w Innsbrucku dwa miesiące wcześniej Polacy przegrali z ekipą radziecką... 1:16.
- Przed igrzyskami byliśmy po prostu za długo na zgrupowaniu. W ostatnim sparingu pokonaliśmy RFN, a ten zespół potem zdobył brązowy medal. Niestety, dla nas igrzyska się skończyły po przekroczeniu progu do wioski olimpijskiej. Takie było odczucie. Każdy myślał, że „jeszcze tydzień i będziemy w domu” – przypomniał późniejszy trener drużyny narodowej.
Jego zdaniem wygranej z wielkim faworytem nikt się nie spodziewał, łącznie z kibicami na trybunach katowickiej hali.
- Reprezentacja ZSRR to była w tamtych czasach maszyna. Zmiatała po kolei każdego, kto się nawinął. Myślę, że pierwsi w nasze zwycięstwo uwierzyli kibice... Czechosłowacji w połowie drugiej tercji. Przyjechało ich do Katowic dużo, kupili bilety na cały dzień i wielu zostało na naszym spotkaniu – zaznaczył Tkacz.
Przyznał, że założenie przedmeczowe było takie, żeby... stracić jak najmniej bramek.
- Najlepiej każdą tercję „dowieźć” na zero z tyłu. Ale kiedy prowadziliśmy po pierwszej części, to zależało nam, by ten korzystny wynik utrzymać w drugiej. I to się udało. Potem w trzeciej było to samo, ale nikt nie był jakimś hurraoptymistą. Widzieliśmy w trakcie spotkania, że jest szansa na wygraną, ale też zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że utrzymanie prowadzenia będzie trudne - relacjonował.
79-latek przypomniał, że rok przed MŚ w Katowicach, podczas Spartakiady Armii Zaprzyjaźnionych, polscy hokeiści też zagrali z ZSRR.
- W ówczesnym Leningradzie prowadziliśmy 3:1 na pięć minut przed końcem, a przegraliśmy 3:5. Grało tam CSKA Moskwa, czyli właściwie reprezentacja, a z naszej strony Legia Warszawa, wzmocniona kilkoma zawodnikami z innych klubów. Doskonale więc wiedzieliśmy, z kim mamy do czynienia. Takiego ataku jak Władimir Pietrow - Borys Michajłow - Walerij Charłamow już potem nie było. Grali ze sobą „w ciemno” – zauważył Tkacz.
Trzy gole w tym spotkaniu strzelił Wiesław Jobczyk, który po latach przyznał, że Rosjanie nieco zlekceważyli polski zespół.
- W końcu całkiem niedawno, w igrzyskach w Innsbrucku, wygrali z nami 16:1. Do bramki wszedł rezerwowy Aleksander Sidelnikow, zamiast słynnego Władysława Tretiaka. To lekceważenie srogo się na nich zemściło, bo zmiennik gwiazdy nie tylko radzieckiego, ale i światowego hokeja puścił cztery gole. Dopiero wtedy na lód wyjechał Tretiak. Po pierwszej tercji było 2:0 dla Polski, po drugiej 5:2. Najlepiej pamiętam decydującego gola, strzelonego pod koniec trzeciej tercji, na około półtorej minuty przed końcem. Uderzyłem z klepki, będąc dwa metry od niebieskiej linii. Zauważyłem, że obrońca stał na linii strzału, zasłaniał Tretiakowi i tak go pokonałem. Było 6:3. Wtedy uwierzyliśmy, że ten mecz możemy wygrać, choć Rosjanie jeszcze na 15 sekund przed końcową syreną strzelili na 6:4 - analizował.
- To był niezapomniany mecz. Takie zwycięstwa są dowodem, że sport jest piękny, nieprzewidywalny i faworyt nie musi wygrać - podkreślił Jobczyk.
Wygrana z ZSRR okazała się pyrrusowym zwycięstwem, bo Polacy spadli z grupy A. Już w kolejnym meczu Czechosłowacja, której biało-czerwoni utorowali drogę do mistrzostwa świata, rozgromiła ich 12:0. Gospodarze znaleźli się w gronie zespołów zagrożonych spadkiem, z Finlandią i RFN. Dramatyczna przegrana z RFN 1:2 - przeciwnicy zdobyli decydującego gola 21 sekund przed końcem - spowodowała, że Polska, obok NRD, opuściła hokejową elitę.
- To była wygrana bitwa, a przegrana wojna. Była ambicja, chęć utrzymania się, co było sztuką, bo w elicie występowało przecież tylko osiem drużyn. Po meczu z ZSRR wierzyliśmy się, że to się uda, wywalczyliśmy przecież najwięcej punktów w historii naszych występów w grupie A, a zabrakło... 21 sekund – skomentował Tkacz.
Jego zdaniem wygrana Polaków na inaugurację zmieniła podejście kolejnych rywali do starć z gospodarzami katowickich mistrzostw.
- Na pewno spojrzeli na nas inaczej, bo zobaczyli, że pokonaliśmy ZSRR i jesteśmy w stanie powalczyć – zakończył.
Piotr Girczys (PAP)
gir/ pp/