Król Karol III. Fot. PAP/ EPA/ANDY RAIN
Brytyjska dyplomacja wiąże z wizytą króla w USA nadzieje na złagodzenie napięć na linii Londyn-Waszyngton. Biograf Windsorów Andrew Morton ocenia jednak w rozmowie z PAP, że choć Karol III umiejętnie wykorzystuje „miękką siłę” monarchii, z Donaldem Trumpem zdziała niewiele.
Rozpoczynająca się w poniedziałek czterodniowa wizyta państwowa króla Karola III i królowej Kamili w USA obejmuje spotkanie z prezydentem Trumpem i uroczystą kolację w Białym Domu, a także królewskie przemówienie przed Kongresem i przystanek w Nowym Jorku, gdzie para królewska spotka się z rodzinami ofiar zamachów z 11 września.
Oficjalnym celem wizyty, o którym mówił w brytyjskim parlamencie premier Keir Starmer, jest upamiętnienie 250. rocznicy relacji państwowych Wielkiej Brytanii i USA. Jednak media, m.in. „The Times”, zwracają uwagę na zakulisowy wymiar wizyty. Rodzina królewska jest tradycyjnie twarzą brytyjskiej dyplomacji i unikalnym źródłem „miękkiej siły”, dlatego król Karol miałby według gazety wpłynąć na poprawę pogarszających się ostatnio relacji Wielkiej Brytanii z Białym Domem.
W opinii Andrew Mortona, brytyjskiego biografa członków brytyjskiej rodziny królewskiej, autora książki „Diana. Jej prawdziwa historia”, a także wydawcy The Morton Files na portalu Substack, król i królowa rzeczywiście bardzo umiejętnie reprezentują Wielką Brytanię. Jego zdaniem, pomimo skandali dotykających rodzinę królewską, jest to wciąż „wyjątkowa i trwała” instytucja, która nadal dysponuje „miękką siłą”. Poproszony przez PAP o ocenę znaczenia zbliżającej się wizyty, studził jednak nadzieje.
– Król Karol będzie miał niewiele okazji do budowania relacji z USA, biorąc pod uwagę krótki czas trwania wizyty i to, że sam ściga się z czasem z powodu choroby. Może jedynie spowolnić pędzący pociąg Trumpa, ale jak dyskutować z człowiekiem, który ewidentnie zboczył z kursu? – zauważył Morton.
Napięcia między Downing Street i Białym Domem narastają od wybuchu wojny z Iranem. Prezydent Trump oskarżył brytyjskiego premiera o tchórzostwo, wytykając mu brak wsparcia, kiedy Stany Zjednoczone go potrzebowały.
Z drugiej strony część brytyjskich polityków wezwała premiera do odwołania wizyty króla w USA, a lider Liberalnych Demokratów Ed Davey nazwał amerykańskiego prezydenta „niebezpiecznym i skorumpowanym gangsterem”.
Media przypominają równocześnie, że prezydent Trump, którego matka z domu MacLeod była z pochodzenia Szkotką, darzy wyjątkowym szacunkiem brytyjskiego monarchę. W wywiadzie udzielonym dziennikowi „Daily Telegraph” prezydent powiedział, że wierzy, iż król zająłby w sprawie pomocy w wojnie z Iranem „zupełnie inne” stanowisko (niż Starmer — PAP) i nazwał go „wielkim dżentelmenem”. Według mediów to właśnie wyraz „miękkiej siły” monarchii, która pomoże załagodzić nieporozumienia.
Twórca terminu „miękka siła”, zmarły w 2025 roku amerykański uczony Joseph Nye z Uniwersytetu Harvarda był zdania, że w geopolityce nie chodzi tylko o to, które państwo ma silniejszą armię, ale też o to, czyja historia wygrywa. Nye podkreślał w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” w 2016 roku, że zdolność do opowiadania odpowiadającej interesom Wielkiej Brytanii historii ma właśnie przyciągająca uwagę całego świata rodzina królewska.
W książce „A Life in the American Century” Nye przypomniał, jak spóźnił się w Londynie na konferencję dotycząca cyberbezpieczeństwa z powodu zablokowanych ulic. Miała nimi przejechać królowa Elżbieta II na uroczyste otwarcie parlamentu. „Tylko w Wielkiej Brytanii problem XXI wieku mógł poczekać na paradę z XVIII wieku” – zauważył.
Według eksperta Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych ds. Wielkiej Brytanii i Irlandii Przemysława Biskupa, to właśnie tradycyjna oprawa i historia brytyjskiej rodziny królewskiej daje jej olbrzymią dyplomatyczną siłę. Jego zdaniem Wielka Brytania jest przypuszczalnie ostatnią monarchią w tradycyjnym stylu w świecie zachodnim.
– Żadna inna monarchia europejska nie ma tego, co Brytyjczycy określają jako Pomp and Circumstance, waloru spektaklu publicznego, powtarzalnego ceremoniału – zwrócił uwagę w rozmowie z PAP Biskup. Przypomniał, że nie ma bardziej rozpoznawalnej na świecie brytyjskiej marki niż Windsorowie. Zaś na koronację Karola III zjechały się delegacje z niemal wszystkich państw na świecie.
Biskup podkreślił także, iż Karol jest najwyższym rangą i równocześnie najbardziej doświadczonym dyplomatą brytyjskim. Choć przez większość swojego życia był księciem Walii, to jednak uczestniczył w pracy dyplomatycznej swojej matki, dzięki czemu ma porównywalny do niej kapitał doświadczenia. Ekspert przypomniał zarazem, że brytyjska monarchia przestała być instytucją władzy około 200 lat temu, w czasach królowej Wiktorii, a obecnie skupia się na funkcji reprezentacyjnej, „bo właściwie nie ma żadnej innej”.
Według kwietniowego sondażu YouGov Brytyjczycy gorzej oceniają jednak Karola niż Elżbietę. 61 proc. respondentów uważa, że król Karol dobrze sobie radzi, podczas gdy 84 proc. wypowiada się podobnie pochlebnie o panowaniu jego matki. W opinii Biskupa, fundamenty monarchii są jednak nadal solidne.
Pytany, czy wizerunku Windsorów nie osłabiły niedawne skandale wokół brata króla byłego księcia Andrzeja, Biskup odpowiedział, że jak dotąd wszystkie kryzysy są „sensownie zarządzane”.
Przypomniał, że rodzina królewska odcięła się kilka miesięcy temu od Andrzeja zamieszanego w działalność pedofila i bankstera Jeffreya Epsteina. Pozbawiono go nawet tytułu książęcego i toczy się w jego sprawie postępowanie karne przed prokuraturą. Ekspert zaznaczył także, że pod względem wizerunkowym rodzinie królewskiej bardzo pomaga obecny skandal toczący rząd brytyjski.
– Przeciętnego Brytyjczyka oczywiście dużo bardziej interesuje to, co robi rząd i premier ze świeżym mandatem, niecałe dwa lata po wyborach – ocenił Biskup. Przypomniał, że rząd Starmera, który doszedł do władzy w lipcu 2024 r. pod hasłami odnowy moralnej i uczciwości, mianował na ambasadora w Stanach Zjednoczonych Lorda Petera Mandelsona, utrzymującego bardzo zażyłe relacje z Epsteinem i handlującego poufnymi informacjami w okresie, gdy pełnił faktycznie funkcję wicepremiera w rządzie Gordona Browna.
Zbliżająca się wizyta króla Karola w USA podobnie jak inne tego typu podróże monarchy nie jest organizowana przez dwór królewski. O wizytach państwowych, zarówno krajowych, jak i zagranicznych, decyduje komitet wizyt królewskich, w skład którego wchodzą przedstawiciele Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Pałacu Buckingham.
Jak przyznał na łamach dziennika „Guardian” dr Craig Prescott, ekspert ds. konstytucyjności na Uniwersytecie w Londynie, decyzje o wizytach króla za granicą są podejmowane przez rząd w celu realizacji celów dyplomatycznych. „Pokazują, na czym polega cała nasza polityka zagraniczna” – podsumował rolę monarchów Craig.
Królowa Elżbieta II była znana z niezwykłych zdolności dyplomatycznych. Brytyjskie media przypominają m.in. jej historyczną wizytę w Dublinie w 2011 roku, kiedy oddała hołd w narodowym ogrodzie pamięci poległym w walce z Brytyjczykami o niepodległość Irlandii i nienagannym gaelickim zaczęła przemówienie podczas kolacji państwowej. Jak napisał „Guardian”, siedząca wtedy obok królowej prezydent Irlandii Mary McAleese głośno wyraziła wtedy swój zachwyt.
Królowa nie zawsze była zadowolona z dyplomatycznych pomysłów rządu. Według „Guardiana” szczególnie problematyczne było dla niej zainicjowane przez rząd zaproszenie rumuńskiego dyktatora Nicolae Ceau?escu do Pałacu Buckingham w 1978 roku. Królowa uważała go podobno za tak przerażającą osobę, że podczas jego wizyty, kiedy zobaczyła go na spacerze po ogrodach Pałacu Buckingham, miała schować się w krzakach.
„Daily Record” przypomniał z kolei, że wizyty Windsorów za granicą nie zawsze spełniają wiązane z nimi nadzieje. Tak było z wyprawą księcia Williama i Kate Middleton na Karaiby, której niechcianym symbolem pozostały fotografie z Jamajki. Książęca para witała tam dzieci wyciągające do niej ręce przez metalowe ogrodzenie. Jak napisał wówczas „Mirror”, reputacja monarchii została poważnie nadszarpnięta.
Anna Gwozdowska (PAP)
agw/ pś/ mhr/