Magda Huzarska-Szumiec. Fot. Andrzej Banaś/Dziennik Polski
Są rodziny, w których o historii przodków absolutnie się nie mówi. To dla nich napisałam tę książkę – mówi autorka książki „Dlaczego mój ojciec nie mógł zasnąć” Magda Huzarska-Szumiec. Tytuł niedawno trafił do księgarń.
Polska Agencja Prasowa: „Napisałam tę książkę dla ludzi, którzy żyją w ciszy” – powiedziałaś podczas spotkania autorskiego w Krakowie. Cisza to brak odpowiedzi na pytania o historię rodziny, tożsamość, przeżycia przodków?
Magda Huzarska-Szumiec: Cisza to milczenie. Moja rodzina nie rozmawiała o przeszłości. W domu nie wspominało się o tym, co się działo z dziadkami, dlaczego byli tacy, a nie inni. To był temat tabu. Jako dziecko nie zadawałam takich pytań, ale w pewnym momencie zaczęłam sobie uświadamiać, że coś było w mojej rodzinie nie tak, że wokół mnie panowało za dużo ciszy i za dużo milczenia. Całe życie odnosiłam wrażenie, że moi dziadkowie ze strony ojca z jakiegoś powodu schowali się za murem, odizolowali się i nie chcieli wchodzić w żadne związki emocjonalne, nawet ze swoimi wnukami.
Są rodziny, w których siada się przy stole i opowiada historie dotyczące przodków, wspomina się, co działo się z nimi podczas wojny, co po niej. Ale są też rodziny, w których absolutnie o tym się nie mówi. Ja pochodzę właśnie z takiej rodziny i teraz już wiem, że jest wiele takich jak ja osób. I to dla nich napisałam książkę „Dlaczego mój ojciec nie mógł zasnąć”. Odkąd się ona ukazała, podchodzą do mnie ludzie i, ku mojemu zaskoczeniu, mówią: „W moim domu też się o wielu rzeczach nie mówiło”.
PAP: Sprawdzałaś, czego nie opowiadali Twoi przodkowie?
M. H.-S.: To było bardzo trudne. Okazało się, że część mojej rodziny od strony ojca tak zasklepiła się w milczeniu, że nie zostawiła w zasadzie żadnej przestrzeni, do której można by się było wcisnąć choćby bocznymi drzwiami, by zobaczyć, co się za nimi się kryje. Szukając jakichkolwiek informacji sprawdzałam archiwa, ale im bardziej szukałam, tym mniej znajdowałam. Gdziekolwiek bym nie zastukała, trafiałam na ścianę. Moja rodzina, zarówno od strony ojca, jak i mamy, pochodziła z okolic Lwowa. Co ciekawe, bez większego problemu odnajdowałam informacje dotyczące dziadków, pradziadków ze strony mamy. O przodkach ze strony ojca dalej nic nie wiem. Nie znalazłam niczego i chyba już nie chcę szukać. Zamknęłam ten rozdział. Za to zaskoczyła mnie druga część mojej rodziny, od strony mojej mamy. Jej historię poznałam zupełnie przypadkowo, w sytuacji wręcz nieprawdopodobnej.
PAP: Opowiesz?
M. H.-S.: Jako dziennikarka odwiedziłam przed laty areszt śledczy przy ul. Montelupich w Krakowie, gdzie spotkałam pana Bolesława, starszego człowieka, który przychodził czytać więźniom swoje wiersze. Jeden z pracowników aresztu poprosił mnie, żebym z nim porozmawiała, bo to bardzo samotny człowiek. Siedzieliśmy w zimnej celi i pan Bolesław opowiadał mi o swoich wierszach. W pewnym momencie przeskoczył na inny temat i zaczął relacjonować swoje życie. Opowiadał, że będąc chłopcem, trafił do getta w Przemyślu. Jednak po pewnym czasie uciekł z niego. Biegł przez obce mu, pełne niemieckich żołnierzy miasto, szukając mamy. Był głodny. Nagle poczuł zapach chleba. Dochodził on z kamienicy, w której znajdowała się piekarnia. Kiedy piekarze go przepędzili, wbiegł po schodach na pierwsze piętro. Tam zauważyła go obca kobieta, która wpuściła go do domu, nakarmiła, umyła i pozwoliła się wyspać, a po pewnym czasie odnalazła jego mamę. W tej części miasta, o której opowiadał, była tylko jedna kamienica z piekarnią, nad którą mieszkała moja babcia z moją dwuletnią wówczas mamą. Ten człowiek opisał je ze szczegółami, opisał nawet mieszkanie, w którym ja też się później wychowywałam.
PAP: Co zrobiłaś z tą historią?
M. H.-S.: Kiedy dotarło do mnie, że on mówi o mojej babci, zamarłam. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Po prostu wstałam i wyszłam. A przecież powinnam była zostać, jestem dziennikarką, miałam na wyciągnięcie ręki świetny temat, na dodatek z moją osobistą historią w tle. Na moje zachowanie pewnie wpływ miał fakt, że do tego spotkania doszło dosłownie trzy miesiące po śmierci babci, a pół roku po śmierci mamy. Teraz sobie tak myślę, że to nie był przypadek, że one może tak chciały mi opowiedzieć nieopowiedzianą wcześniej historię. Wtedy wyparłam ją na ponad 20 lat. Przez ten czas nikomu o tym nie mówiłam. Aż do czasu, kiedy zaczęłam pisać książkę o Niusi Horowitz-Karakulskiej „Niusia z listy Schindlera”. Wtedy tamto spotkanie do mnie wróciło, zaczęłam o nim myśleć jako o bardzo istotnym wydarzeniu w moim życiu. Nastąpił taki moment, iż zrozumiałam, że to jest temat na książkę.
Poszłam do aresztu przy Montelupich, żeby spróbować dowiedzieć się czegoś o tamtym człowieku. Okazało się, że po panu Bolesławie nie ma śladu, chociaż wszyscy go pamiętają. Ówcześni pracownicy tego miejsca mówili: „Tak, był taki pan, ale jak on się nazywał, nie mam pojęcia”. Do tamtego spotkania doszło w czasach, kiedy komputery nie były w powszechnym użyciu, a dane osób wchodzących do aresztu nie mogły zawisnąć w internetowej w chmurze. Zapisywano je w papierowych księgach wejść i wyjść, które już zostały zlikwidowane. Jeden w funkcjonariuszy podał mi nazwisko księdza, który podobno przyprowadził pana Bolesława do aresztu. Ale ksiądz też już odszedł.
PAP: Mimo wszystko zdecydowałaś się opowiedzieć w książce historię Bolesława. Skąd ją czerpałaś?
M. H.-S.: Z wyobraźni. Chociaż nie do końca i nie tylko. Mając podstawowe informacje o bohaterze, wiedząc, gdzie się urodził, kim był, umieszczałam go świecie odtworzonym na podstawie dokładnego researchu. Sprawdzałam fakty historyczne, łącznie z pogodą, jaka była danego dnia w miejscu, o którym pisałam, i wprowadzałam jego losy do realnej przestrzeni. Tak na przykład odtworzyłam historię związaną z pogromem krakowskim. Podobnie było w przypadku procesu oprawców z Auschwitz, który odbywał się w gmachu Muzeum Narodowego. W starych numerach „Echa Krakowa” znalazłam wypowiedzi ludzi, którzy podczas niego zeznawali. Urodziłam się w Przemyślu, ale wcześniej nie wiedziałam, gdzie znajdowało się tam getto. Po jego terenie oprowadzał mnie lokalny dziennikarz i przewodniczka.
PAP: W opisanym przez Ciebie przemyskim getcie chłopcem zajmuje się starszy mężczyzna, który czyta mu „Czarodziejską górę”.
M. H.-S.: Dokładnie w momencie, kiedy zaczęłam pisać tę książkę, dostałam zaproszenie na Festspiele w Salzburgu, gdzie swój spektakl oparty na „Czarodziejskiej górze” pokazywał Krystian Lupa. Przygotowując się do rozmowy z reżyserem, przeczytałam tę książkę raz jeszcze i ta lektura sprawiła, że odkryłam w niej wszystko, nad czym akurat się zastanawiałam. Było to krótko po wybuchu wojny w Ukrainie, w Polsce żyliśmy i w zasadzie ciągle żyjemy, w pewnym zawieszeniu. Nie wiedzieliśmy, co dalej się stanie, czy nam też zagraża to, co spotkało naszych sąsiadów. „Czarodziejska góra” właśnie o tym opowiada, o czasie niepewności, o przeczuciu zbliżającej się katastrofy. Spektakl Lupy zaczyna się sceną, w której Hans Castorp jedzie do Berghofu, a na pociąg spadają bomby. Kiedy już znajduje się w sanatorium na górze, przez okno swojego pokoju widzi zbliżającego się Joachima. Joachim jest w pasiaku więźnia obozu koncentracyjnego. To jest zapowiedź tego, co się wydarzy. Spektakl zaczął mi się nakładać na to, o czym pisałam w mojej książce.
Zastanawiałam się, jaki tytuł sama bym wzięła do getta, gdybym musiała przeprowadzić się do niego. Łatwiej byłoby pewnie przetrwać ten straszny czas zanurzając się w pięknym świecie bogatych ludzi, których znajdziemy na kartach książki Marcela Prousta „W poszukiwaniu straconego czasu”. Ale atmosfera „Czarodziejskiej góry” Thomasa Manna, nastrój, który tam jest budowany, kwestie, które są poruszane przez bohaterów, może prędzej pozwoliłyby mi znaleźć odpowiedź na istotne pytania, jakie zadawali sobie ludzie w warunkach zamknięcia. Dlatego profesor Goldbaum bierze ze sobą do getta „Czarodziejską górę”, którą czyta małemu Bolkowi, by czymś wypełnić mu czas.
PAP: W książce „Dlaczego mój ojciec nie mógł zasnąć” kolejny raz obracasz się wokół tematyki związanej z Holokaustem. Ale po raz pierwszy poruszasz się w obrębie fikcji, choć uzasadnionej historycznie. Co dało Ci przejście z literatury faktu do prozy fabularnej?
M. H.-S.: Sprawiło mi to wielką frajdę. O tym, że dobrze czuję się w obu światach, przekonałam się już przy pracy nad „Niusią z listy Schindlera”. Przez całe życie pisałam reportaże, a te, jak wiadomo, muszą spełniać jeden podstawowy warunek: opowiadać czytelnikowi prawdziwe historie. Pisząc teksty dziennikarskie, nigdy nie pozwalałam sobie na konfabulację, i to mnie ograniczało. Często sobie myślałam: „Boże, ta historia jest trochę nudna, ubarwiłabym ją”, ale zawsze się hamowałam. Pisanie tej książki dało mi szansę, by wejść w świat, który sama stwarzam, mimo tego, że trzymam się faktów historycznych. „Niusia” jest książką też częściowo beletrystyczną. Ale powstawała ona przy współpracy z bohaterką, z którą mogłam weryfikować pewne szczegóły. Z panem Bolesławem sprawa wyglądała nieco inaczej. Miałam w pamięci naszą rozmowę, ale to było tylko kilka suchych faktów związanych z jego życiorysem. Na ich postawie namalowałam postać chłopca, a potem dojrzałego mężczyzny, którego postanowiłam traktować jako postać fikcyjną. Zobaczyłam w nim ducha, który przeprowadza mnie przez moją własną historię.
PAP: „W kolejnych pokoleniach istnieje pewien rodzaj pamięci czy szczególnej wrażliwości związanej z traumą przodków” – cytujesz tekst naukowca i terapeuty Pawła Holasa. Czy w tej książce szukasz odpowiedzi na pytania dręczące również ciebie?
M. H.-S.: Rozdziały, które nie są opowieścią o panu Bolesławie, to moje osobiste wspomnienia. Buduję z nich dom – poszczególne rozdziały noszą tytuły składających się na dom pomieszczeń: jest weranda, łazienka, gabinet, kuchnia… Mają mi pomóc odpowiedzieć ma pytanie, skąd brały się moje podświadome lęki. Chciałam się też dowiedzieć, skąd wzięło się moje zainteresowanie kulturą żydowską, którą zajmowałam się jeszcze w czasach, w których nie było to takie oczywiste. Dlaczego ciągle w tym grzebałam, a jednocześnie tak bardzo się tego bałam. W opisach dzieciństwa i dorastania pokazuję sytuacje, w których czułam zagrożenie tam, gdzie inni go nie widzieli. Opisuję na przykład koncert Kory, kiedy napierający tłum wywołał u mnie nienormalną, histeryczną reakcję. Miałam świadomość, że to musiało się skądś wziąć.
PAP: Tę część książki podporządkowałaś próbie pokazania, jak historia rodzinna, ta nieopowiedziana i przemilczana, wpływa na człowieka, na jego sposób bycia i zachowania.
M. H.-S.: I jak ciągle ona w nas pracuje. Z pełną premedytacją kończę tę opowieść cytatami z literatury popularnonaukowej. Uświadomiły mi one, że moja historia, lęki i tajemnice krążące wokół mnie, nie są jednostkowym przypadkiem. Badania sugerują, że aż 19 proc. naszego społeczeństwa żyje z zespołem stresu pourazowego spowodowanego przeżyciami przodków w czasie wojny. Wielu ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy, niezależnie od tego, czy są drugim, czy trzecim pokoleniem osób ocalonych. O ile osoby, które przeżyły obozy koncentracyjne, zostały choć w jakimś procencie przebadane przez psychiatrów i psychologów, o tyle mnóstwo innych ludzi, w tym wielu ich potomków, wciąż żyje z dręczącym niepokojem, nie wiedząc, skąd się on właściwie bierze.
Gdyby moi dziadkowie usiedli i powiedzieli mi: „Wiesz, wydarzyło się to i to, nasza rodzina była świadkiem tego i tego”, to może przyjęłabym to jako coś naturalnego. Natomiast kiedy żyjesz wśród niedopowiedzeń, otoczona milczeniem i ciszą, niepokój narasta. Tak jak narastał u mojego ojca, nie pozwalając mu zasnąć.
rozmawiała: Julia Kalęba-Wysocka
Magda Huzarska-Szumiec – krakowska dziennikarka zajmująca się tematyką kulturalną, teatrolożka, redaktorka, pisarka. Jest autorką książki „Niusia z listy Schindlera” (Wielka Litera, 2024), opowiadającej o Niusi Horowitz-Karakulskiej, która jako dziewczynka przeżyła krakowskie getto oraz obozy koncentracyjne w Płaszowie i Auschwitz-Birkenau.(PAP)
juka/ aszw/