Warszawa, 1944. Ludność cywilna na ulicach miasta podczas powstania warszawskiego. Fot. PAP/Reprodukcja Jakub Grelowski
Historia często w pierwszej kolejności skupia się na przywódcach, jednak dla cywilów dotkniętych okropnościami wojny życie nie polega na wielkości, lecz na bohaterstwie przetrwania – powiedziała PAP prof. Alexandra Richie, historyczka, autorka książki „Warszawa 1944. Tragiczne powstanie”.
PAP: Czy w trakcie badań natknęła się pani na pamiętnik lub historię jednego, konkretnego cywila, która zmieniła pani spojrzenie na tamte wydarzenia lub najlepiej podsumowuje los mieszkańców Warszawy?
Profesor Alexandra Richie: Jest ich tak wiele, że bardzo trudno byłoby wybrać tylko jedną. Myślę przede wszystkim o moim teściu, Władysławie Bartoszewskim, którego poznałam w 1986 r. Przez kolejne trzydzieści lat był niezwykle ważną postacią w moim życiu. Ogromnie pomógł mi w pisaniu książki o powstaniu, ale jego własne doświadczenia i skromność, z jaką o nich opowiadał, były dla mnie prawdziwym objawieniem.
Nie brakuje też niezwykłych historii ocalenia, jak ta Wandy Lurie. Była w dziewiątym miesiącu ciąży, kiedy wraz z trójką starszych pociech wyprowadzono ją z domu do fabryki Ursus na Woli. Wszystkie one zostały rozstrzelane na jej oczach. Lurie została ranna w policzek – kula wyszła przez szyję, ale przeżyła, leżąc przez trzy dni pod stosem ciał. Pamiętała nieustanne egzekucje oraz Niemców przechodzących nad stosem zwłok i dobijających każdego, kto jeszcze się poruszał. Chciała umrzeć, ale ze względu na nienarodzone dziecko zmusiła się, by wyczołgać się i ukryć. Znałam jej syna, Mścisława, który robił wszystko, aby ta historia nie została zapomniana.
I wreszcie, być może najbardziej poruszającym autorem był Tadeusz Klimaszewski, schwytany przez Niemców i zmuszony do pracy u boku brygady Dirlewangera przy zbieraniu i paleniu ciał tych, którzy zostali zamordowani. Przejmujący jest nie tylko jego opis samych mordów i losu ofiar. Klimaszewski – jako jeden z nielicznych ocalałych, którzy żyli wśród nazistów i podsłuchiwali ich rozmowy – wspominał, jak Niemcy upijali się, kłócili o łupy i okazywali całkowitą pogardę dla ludzkiego życia. Wiedział, że zostanie zgładzony, gdy wszystkie ciała zostaną usunięte. Uciekł, ale pozostali członkowie jego komanda zostali straceni, co pozostawiło w nim głębokie poczucie winy ocalałego. Żadna z tych historii nie była łatwa, a bolesne ślady tamtej traumy będziemy odczuwać jeszcze bardzo długo.
PAP: Co w relacjach warszawskich cywilów z 1944 r. było dla pani – jako badaczki wychowanej w innej kulturze – najbardziej niezrozumiałe lub zaskakujące, gdy po raz pierwszy czytała pani ich wspomnienia?
A.R.: Moje badania nad Powstaniem Warszawskim zaczęły się od przywileju rozmowy z jego uczestnikami. Pierwszą rzeczą, która naprawdę mnie uderzyła, było to, że bez względu na skalę ich dramatycznych doświadczeń – od bezpośredniego zagrożenia życia i odniesionych ran, po stratę bliskich oraz całkowite zniszczenie miasta – każdy z nich zachowywał godność i całkowitą bezinteresowność. Niezwykle często powtarzało się stwierdzenie: „Nie byłem bohaterem, nic wielkiego nie zrobiłem. Na cześć i pamięć zasługują ci, którzy polegli w walce”. Co ważne, z powodu realiów zimnej wojny ci niezwykli ludzie nie tylko nie doczekali się oficjalnego uznania, wręcz przeciwnie: musieli ukrywać się przed komunistycznymi władzami, a swoje losy opowiadać wyłącznie w prywatnych, zaufanych kręgach. Później, kiedy zaczęłam czytać liczne wspomnienia, zwłaszcza te spisane tuż po wojnie, ponownie uderzyły mnie stoicyzm, odwaga i skromność powstańców.
Obecnie regularnie przywożę do Polski grupy z Narodowego Muzeum II Wojny Światowej w Nowym Orleanie. Organizuję dla nich spotkania z weteranami, którzy mają wtedy okazję opowiedzieć Amerykanom swoje historie. Robię to od ponad piętnastu lat. Za każdym razem moi podopieczni podkreślają, że najważniejszym punktem całego programu była właśnie możliwość bezpośredniej rozmowy z tymi niesamowitymi ludźmi. Poznanie tak wielu z nich na przestrzeni lat uważam za jeden z największych przywilejów w moim życiu.
PAP: Co doskwierało ludziom w piwnicach bardziej: głód i brak wody czy hałas bombardowań i brak snu?
A.R.: Wszystkie te czynniki, a także wiele innych, drastycznie wpływały na los ludzi walczących o przetrwanie. Hitler nie pozwolił cywilom na opuszczenie miasta. Dla osób uwięzionych w dzielnicach takich jak Stare Miasto – co genialnie opisał Miron Białoszewski – codzienność była prawdziwym piekłem. Niemcy systematycznie niszczyli infrastrukturę, pozbawiając mieszkańców jakiegokolwiek bezpiecznego schronienia, a ścieki i gnijące ciała zanieczyszczały otoczenie. Cywile przemieszczali się z jednej piwnicy do drugiej, cierpiąc z powodu skrajnego odwodnienia, głodu i braku snu.
Jedną z rzeczy, którą wszyscy wspominają, jest brak wody.
Można przetrwać wiele dni w ciemnościach, podczas nalotów bombowych lub bez jedzenia, ale nie da się przeżyć bez wody. Niemcy odcięli miejskie wodociągi już na początku powstania, a lokalne ujęcia były bezlitośnie bombardowane. Warszawiacy wykopali ponad 90 studni na podwórkach kamienic, ale one również stawały się celami ataków. Gdy dziś spacerujemy po uliczkach Starego Miasta, trudno nam wyobrazić sobie, przez co przechodzili ówcześni mieszkańcy stolicy.
PAP: Czy w powstańczej Warszawie bogaci mieli większe szanse na przeżycie? Jak bardzo status majątkowy – złoto, dolary, towary na wymianę – decydował o przetrwaniu?
A.R.: Nie. Oczywiście w pierwszych dniach posiadanie kosztowności czy rzeczy, które można było wymienić na żywność, pomagało przetrwać. Jednak charakter tego konfliktu, wszechobecna destrukcja, masowe mordy oraz przymusowa ewakuacja ludności szybko odebrały lepiej sytuowanym jakiekolwiek fory. Szanse na przeżycie zależały przede wszystkim od tego, w której dzielnicy się akurat znajdowało. Jeśli ktoś miał pecha i znalazł się w samym środku rzezi na Woli, jego szanse na ratunek były minimalne. Z kolei w innych rejonach miasta, na przykład w niektórych częściach Śródmieścia, sytuacja na samym początku powstania wyglądała stosunkowo bezpieczniej.
PAP: Jak w piwnicach radzili sobie ci najsłabsi – kobiety w ciąży, noworodki oraz starcy?
A.R.: Jak podczas każdej wojny, to właśnie te grupy były najbardziej bezbronne. Matki rodziły dzieci, ale z głodu często traciły pokarm i maluchy umierały. Osoby starsze odchodziły w ciemnych kątach wilgotnych, dusznych piwnic. Z kolei dzieci, które powinny uczyć się w szkołach, stawały się aktywnymi uczestnikami walki z Niemcami. Oczywiście ludzie łączyli siły, by pomagać najsłabszym, organizowali w piwnicach lokalne komitety, dzielili racje wody, dbali o warunki sanitarne, ale skala dramatu i tak ich przerastała.
PAP: O czym z codziennego życia cywilów nie wolno było mówić w czasach PRL-u, a co dzisiejsi historycy odkrywają na nowo?
A.R.: Powstanie Warszawskie zostało rozpoczęte przez Armię Krajową, pod auspicjami polskiego rządu na uchodźstwie w Londynie. Komuniści, zdeterminowani, by po wojnie przejąć władzę i zdominować Polskę, postrzegali każdego związanego z tą historią jako zagrożenie. Odważni bojownicy nie zostali powitani oklaskami po powrocie do domu, lecz traktowano ich jak wrogów państwa – wielu z nich aresztowano, zabito lub torturowano. Za czasów Stalina historia ta była brutalnie tłumiona. Jednak ludzie nie zapomnieli – w tajemnicy spisywano wspomnienia i pamiętniki, na Powązkach w geście buntu odbywały się skromne uroczystości, a symbol kotwicy nadal pojawiał się w całym mieście. Dopiero po ociepleniu stosunków w 1956 r. zezwolono na pewne wzmianki o tych wydarzeniach, ale w rzeczywistości prawdziwa, szczera i otwarta dyskusja oraz debata na temat tej przeszłości stały się możliwe dopiero po upadku komunizmu w 1989 r., czego wyrazem jest Muzeum Powstania Warszawskiego.
PAP: Co decydowało o tym, że po kapitulacji jedni posłusznie szli do obozu w Pruszkowie, a inni decydowali się na ryzyko i zostawali w ruinach jako „Robinsonowie”?
A.R.: Zdecydowana większość ludności została wysiedlona przez Pruszków – ponad 500 tys. osób – byli to zwykli cywile, których zmuszono do opuszczenia miasta. Stanowiło to jednak szansę na przeżycie dla osób szczególnie narażonych, takich jak osoby starsze i chore. Niektórzy zdecydowali się pozostać w mieście lub zostali do tego zmuszeni. Nie wiadomo, ilu z tych „Robinsonów” pozostało – być może 2 tys. osób, w większości ludzi, którzy i tak staliby się celem Niemców. Przede wszystkim byli to ukryci ocaleni Żydzi, którzy zostaliby zamordowani w razie wykrycia, gdyby opuścili miasto. Inni to osoby zbyt chore lub ranne, by opuścić miasto, w tym ranni żołnierze AK.
PAP: Losy dowódców powstania są powszechnie znane. Czy uważa pani, że historia ludności cywilnej jest równie dobrze zbadana, czy są tu jeszcze obszary wymagające wyjaśnienia?
A.R.: Wciąż pozostaje ogromna praca do wykonania, jeśli chodzi o losy zarówno dowódców, jak i ludności cywilnej.
Każde pokolenie musi na nowo analizować znane nam źródła i odkrywać nowe, aby poddać w wątpliwość dotychczasowe założenia.
PAP: Czy w Polsce, przy obecnym przywiązaniu do tradycji heroicznej walki, jest przestrzeń na opowieść skupioną wyłącznie na instynkcie przetrwania cywilów, którzy nie są bohaterami ani kolaborantami, a chcą po prostu przeżyć? Jak zostałby przyjęty taki obraz, gdyby nakręcono go na przykład w stylu filmu „W ciemności” Agnieszki Holland?
A.R.: Historia często w pierwszej kolejności skupia się na przywódcach i bohaterach wydarzeń, co jest ważne, ale dla większości ludzi bezpośrednio dotkniętych okropnościami wojny życie nie polega na wielkości, przywództwie czy bohaterstwie w szerokim znaczeniu, lecz na wyborach, których trzeba dokonywać po to, by przetrwać. Skupiłam się na dziennikach, zeznaniach i wspomnieniach nie tylko znanych postaci, ale także na doświadczeniach zwykłych ludzi. Chodziło oczywiście o zdobycie wody, jedzenia i schronienia, ale mieszkańcy Warszawy musieli również pogodzić się z faktem, że jednego dnia prowadzili stosunkowo zwyczajne życie – choć pod okupacją – kiedy dzieci bawiły się na dworze, a oni wracali do domu z pracy. W ciągu kilku minut życie w mieście wywróciło się do góry nogami. Nigdzie nie było bezpiecznie. Ludzie zostali odcięci od siebie. Byli świadkami i doświadczyli absolutnej głębi ludzkiego okrucieństwa.
A jednak w tym samym czasie ratowali się nawzajem i dzielili jedzeniem oraz wodą; młodzież szybko zasiliła szeregi służb sanitarnych, a harcerze pod ostrzałem roznosili wiadomości.
Mieszkańcy Warszawy okazali się niezwykli, pomimo niedostatków pomagali sobie nawzajem i mimo usilnych starań Hitlera miasto nie tylko przetrwało, ale teraz kwitnie. Mieszkam tu od wielu lat, ale wciąż mam dreszcze, gdy stoję w mieście, słyszę syreny i obserwuję, jak 1 sierpnia tysiące ludzi przerywają to, co robią. To świadczy o niezwykłości mieszkańców tego miasta.
Rozmawiała Katarzyna Krzykowska
Alexandra Richie to doktorka historii (University of Oxford), profesorka Uniwersytetu Civitas, od 2015 r. wraz z Władysławem T. Bartoszewskim kierowniczka Katedry Władysława Bartoszewskiego Uniwersytetu Civitas. Kierowała Instytutem Stosunków Międzynarodowych i Zrównoważonego Rozwoju Collegium Civitas w latach 2016–2018; w latach 2018–2020 kierowniczka Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych CC.
Pełni także funkcję Presidential Counselor w National World War II Museum w Nowym Orleanie oraz Governor of St Michael’s University School w Wiktorii.
Jest autorką nagradzanych książek historycznych, m.in.: „Warszawa 1944. Tragiczne powstanie” (Nagroda Historyczna im. Kazimierza Moczarskiego oraz Nagroda im. Teresy Torańskiej); „Berlin. Metropolia Fausta” (wyróżnienie American Publisher’s Weekly). (PAP)