Jean-Luc Godard Fot. PAP/EPA/Jann Jenatsch
Zawsze ceniłem w Godardzie, że był poszukiwaczem przygód. Wychodził z założenia, że nie istnieje jedna prawda – każdy powinien znaleźć własną – powiedział PAP Guillaume Marbeck, który zagrał legendarnego reżysera w filmie „Nowa fala” Richarda Linklatera. W piątek obraz trafi do kin.
Zapytany kiedyś o swoją debiutancką fabułę „Do utraty tchu”, Jean-Luc Godard odparł, że wysadził w niej w powietrze wszystko, co do tej pory oglądaliśmy na ekranie – dziewczyny, gangsterów, samochody. Dzisiaj obraz z 1960 r. uważany jest za jedno z najważniejszych osiągnięć francuskiej Nowej Fali. Wzorowana na kinie noir opowieść o młodym mężczyźnie, który zabija policjanta, zachwyca swobodną konstrukcją dramaturgiczną i niekonwencjonalnymi postaciami. Ale okoliczności powstania legendarnego dzieła to osobna historia, która także zasługiwała na film - z takiego założenia wyszedł amerykański reżyser i scenarzysta Richard Linklater, jeden z najważniejszych twórców wywodzących się z nurtu kina niezależnego, autor m.in. „Przed wschodem słońca”, „Boyhood” i „Blue Moon”.
W „Nowej fali” oglądamy Godarda (w tej roli Guillaume Marbeck) jako 29-latka piszącego recenzje dla prestiżowego pisma „Cahiers du Cinema”. Mężczyzna ma już na koncie pierwsze krótkie metraże i chciałby sprawdzić się w dłuższej formie. Jest trochę zazdrosny, że jego koledzy – François Truffaut (Adrien Rouyard), Claude Chabrol (Antoine Besson), Eric Rohmer (Come Thieulin) – dostali już szansę od losu, a on nie. Pewnego dnia otrzymuje od Truffauta scenariusz luźno inspirowany artykułem prasowym o paryskim zabójcy. W roli głównej obsadza Jeana-Paula Belmondo (Aubry Dullin), którego wypatrzył w barze. Nonszalancki styl pracy twórcy, przyjmowany ze spokojem przez Belmondo, jest trudny do zaakceptowania dla Jean Seberg (Zoey Deutch), amerykańskiej aktorki grającej Patricię. Z kolei producenta Georgesa de Beauregarda (Bruno Dreyfurst) doprowadza na skraj załamania nerwowego.
PAP: Wyobraź sobie, że grasz w filmie debiutanta, który – podobnie jak „Do utraty tchu” – bazuje na improwizacjach. Planem zdjęciowym są ulice miasta, scenariusz powstaje na bieżąco, a reżyser nie zaprząta sobie głowy tym, że na nakręcenie obrazu ma tylko 20 dni. Przerywa pracę i odsyła ekipę do domu, ilekroć traci wenę. Koszmar czy kuszące wyzwanie dla aktora?
Guillaume Marbeck: Byłbym podekscytowany, gdybym znalazł się w takiej sytuacji. Tym bardziej, że byłby to dopiero trzeci film z moim udziałem. Jeśli taka propozycja nadeszłaby przed „Nową falą”, zgodziłbym się bez wahania. Choć pewnie trochę obawiałbym się, że wszystko pójdzie na marne, film się nie uda i nie zostanie zmontowany. W przeszłości zdarzyło mi się parokrotnie pracować z młodymi filmowcami. Kiedy materiał okazywał się niesatysfakcjonujący, porzucali projekty. Może to i lepiej, że te obrazy nie powstały. Po co wypuszczać w świat coś, z czego nie jest się zadowolonym? Uważam, że zwłaszcza na początku twórczej drogi warto próbować różnych rzeczy. Nawet jeśli nie powstanie z tego nic dobrego, przynajmniej dowiemy się, czego w przyszłości unikać. A jeśli nie odważymy się zrobić kroku naprzód, nic się nie zmieni.
PAP: Wykreowanie ikony francuskiej Nowej Fali to nie mniej ekscytujące zadanie. Podszedłeś do niego z podobną zuchwałością co Jean-Luc Godard do swojego debiutu?
G.M.: To była moja pierwsza główna rola. Zaproszenie na casting nadeszło w momencie, gdy byłem aktywny zawodowo, ale nie czerpałem z tego satysfakcji. Czułem, że sporo wiem o kinie, jednak nie potrafiłem wykorzystać tego w praktyce. Kiedy otrzymałem angaż, pomyślałem: to bardzo ważny moment, nie mogę tego schrzanić. Nie byłem pewien, czy dam radę. Natomiast nie mogłem dać tego po sobie poznać, bo wtedy straciłbym pracę. Miałem w sobie niepewność debiutanta, a przy tym dozę arogancji, że jestem gotów podjąć wyzwanie. Czułem, że jestem w stanie to zrobić, choć nigdy wcześniej się z czymś takim nie mierzyłem.
"Oglądałem Godarda w krótkich filmach nagranych przez jego przyjaciół. Odkryłem, że poruszał się niczym nożyczki. Wykonywał ostre, proste ruchy, ale każdy z nich poprzedzał moment zawieszenia. Poza tym wypaliłem 900 papierosów, nauczyłem się chodzić na rękach i mówić ze szwajcarskim akcentem."
PAP: Okazało się, że te dwa filmowe światy – Linklatera i Godarda – mają ze sobą wiele wspólnego?
G.M.: Tak. Richardowi, podobnie jak kiedyś Jean-Lucowi, zależy, by widz miał wrażenie, że żyje razem z bohaterami. Obrazy takie jak „Do utraty tchu”, „Nowa fala”, „Przed zachodem słońca” czy „Szalony Piotruś” wyróżnia niepowtarzalny klimat. Każdy z nich daje nam poczucie obcowania z prawdą, a zarazem kryje w sobie magię wykraczającą daleko poza zabawną fabułę lub wciągającą akcję. Gdybym miał zastosować jakieś porównanie, wróciłbym myślami do dzieciństwa, gdy jako chłopiec obserwowałem pył unoszący się w promieniach słońca. To ten sam rodzaj piękna.
PAP: Przypuszczam jednak, że na planie „Nowej fali” nie mogliście pozwolić sobie na godardowską spontaniczność?
G.M.: Film, który nakręciliśmy, jest o 180 stopni inny niż „Do utraty tchu”. W 1959 r., gdy powstawała fabuła Godarda, wystarczyło ustawić kamerę i założyć taśmę filmową. My musieliśmy odtworzyć rzeczywistość sprzed 60-70 lat. Potrzebowaliśmy licznego zespołu, a z tym wiązała się konieczność zebrania większego budżetu i znacznie wyższe ryzyko. Oddanie nowofalowej spontaniczności wymagało przygotowań. Brzmi jak misja niemożliwa, ale Richard osiągał już podobne efekty w swoich filmach. Wie, jak dzięki licznym próbom stworzyć wrażenie naturalności. Miesiąc przed rozpoczęciem zdjęć zgromadził całą obsadę w jednym miejscu. Czytaliśmy sceny, wyobrażaliśmy sobie każdą możliwą improwizację. W momencie wejścia na plan dobrze znaliśmy tekst. Natomiast mieliśmy jedynie mgliste pojęcie na temat rekwizytów i przestrzeni, które nie zostały ujęte w scenariuszu. To sprawiło, że wszystko było spontaniczne. Wciąż zaskakiwaliśmy siebie nawzajem, mieliśmy z tego frajdę.
PAP: Sądzisz, że droga, jaką przebył twój bohater – od krytyka filmowego do reżysera – byłaby dzisiaj możliwa?
G.M.: W życiu istnieje każda ścieżka, jaką możemy sobie wyobrazić. Jestem pewien, że wśród obecnych recenzentów są tacy, którzy prędzej czy później zadebiutują jako reżyserzy. Może jedynie z tą różnicą, że twórcy Nowej Fali należeli do pokolenia, które znało wszystkie nakręcone wcześniej obrazy. Obecnie jest to raczej niemożliwe, powstało już zbyt wiele filmów. Dawniej, żeby wypromować dany tytuł, trzeba było opublikować artykuł w gazecie. Teraz nie wiadomo jak to zrobić, by osiągnąć cel. Jest tak wiele kanałów – prasa drukowana, telewizja, radio, internet – jednak każdy z nich to inna bańka i trudniej się przebić. Zresztą czym jest dziś awangarda? Niewątpliwie łatwiej wychwycić to z perspektywy czasu. Może za 10 lat powiemy: oczywiście, że ten człowiek stworzył coś awangardowego. Gdy dzieło jest świeże, raczej nikt się na to nie zdobędzie. Kiedy coś jest nowe, wydaje się głupie, następnie wywrotowe, a dopiero później naturalne.
PAP: Zaryzykujmy jednak: czy wśród współczesnych artystów dostrzegasz spadkobierców generacji Nowej Fali?
G.M.: Mam wrażenie, że są miliony takich osób. Ok, może „miliony” nie brzmią realistycznie, ale tysiące już tak. Jeżeli nie tworzysz czegoś wyjątkowego, łamiącego zasady, nie zostaniesz dostrzeżona. Gdybyś postanowiła nakręcić komedię romantyczną i spróbowała zainteresować nią studio filmowe, usłyszałabyś: „A jaki będzie zwrot akcji? Chodzi o komedię romantyczną z elementami thrillera czy science fiction? Znamy już podobne obrazy, chcemy czegoś innego”. Wszyscy są spragnieni nowości. Również w kinie, które jest dziedziną trudną, wymagającą dużych nakładów finansowych. W dzisiejszym świecie najdroższą walutą jest czas. Jeśli go na coś poświęcasz, lepiej, żeby było to tego warte. Może właśnie dlatego ludzie coraz częściej sięgają po seriale. Po obejrzeniu dwóch, trzech odcinków wiedzą, czy opowieść trafia w ich gust i czy chcą zobaczyć cały sezon. Tymczasem kupno biletu do kina jest trochę jak rzut monetą. Nie wiesz, czy film spełni twoje oczekiwania, ale pozwalasz mu się zaskoczyć.
PAP: Bardzo wiernie oddałeś wizerunek twórcy „Do utraty tchu”, nie rozstawałeś się z jego charakterystycznymi okularami przeciwsłonecznymi. Jak udało ci się oddać emocje bohatera, skoro nie miałeś do dyspozycji oczu?
G.M.: Oglądałem Godarda w krótkich filmach nagranych przez jego przyjaciół. Odkryłem, że poruszał się niczym nożyczki. Wykonywał ostre, proste ruchy, ale każdy z nich poprzedzał moment zawieszenia. Poza tym wypaliłem 900 papierosów, nauczyłem się chodzić na rękach i mówić ze szwajcarskim akcentem. Było wiele wyzwań. Na szczęście miałem do dyspozycji bogate archiwum – wywiady z reżyserem, jego biografie, krótkie metraże, w których wystąpił, obrazy, które nakręcił. Inspirując się tymi materiałami, wypracowałem własną wizję Godarda. Gdy ludzie ze środowiska dowiadywali się, że mam go zagrać, chętnie mi o nim opowiadali. Miałem wrażenie, że reżyser wciąż jest wśród nas, ponieważ żyje w sercach tylu osób.
PAP: Co poza filmami sprawiło, że zapisał się również w twoim?
G.M.: Zawsze ceniłem w nim to, że był poszukiwaczem przygód. Za każdym razem próbował tworzyć coś nowego, odkrywał sam siebie, a jego dzieła skłaniały widzów do myślenia. Podczas wywiadów starał się odpowiadać na pytania tak, by skłonić odbiorcę do głębszej refleksji, a nie tylko stwierdzenia: „to prawda”. Godard nie był jednym z twórców wtłaczających ludziom do głowy określoną myśl. Wychodził z założenia, że nie istnieje jedna prawda – każdy powinien znaleźć własną. W swoich filmach niekiedy zagłuszał dialogi postaci, dodając np. odgłosy przejeżdżającego pociągu. Oglądając te sekwencje, rozumiesz jego zamysł. Nie patrzysz w ekran jak zahipnotyzowana, zastanawiasz się, co sądzisz o filmie. On może ci się podobać lub nie, możesz go krytykować, ale najważniejsze, że wyrabiasz sobie własne zdanie.
PAP: Dlatego w rozmowach z dziennikarzami tak chętnie posługiwał się cytatami?
G.M.: Godard przez większość czasu milczał, co oznacza, że dużo rozmyślał. Cytaty były dla niego czymś w rodzaju podsumowania idei, refleksji, skrótem umożliwiającym przekazanie czegoś odbiorcy. Pewnie wydawało mu się, że jeśli posłuży się tym środkiem, ludziom łatwiej będzie go zrozumieć. Ostatecznie jednak wywoływało to odwrotny skutek. Kiedy padało pytanie – dajmy na to – „czy dzisiaj będzie padać?”, odpowiadał: „Tak, czas nie jest czasem”. Wprawiał w osłupienie swojego interlokutora, sprawiał, że ten nie potrafił wychwycić sensu wypowiedzi.
PAP: Na koniec zapytam cię o pomosty między fotografią – dziedziną, z której się wywodzisz – a aktorstwem i między kinem amerykańskim a europejskim. Chciałbyś pracować w każdym z tych obszarów?
G.M.: Kino łączy w sobie fotografię i aktorstwo. Działa na podobnej zasadzie co szkło powiększające. Kiedy próbujesz przekazać coś fałszywego, kłamstwo wybija tysiąckrotnie. I odwrotnie, gdy ukazujesz prawdę, film ją potęguje. Jeśli zaś chodzi o Stany Zjednoczone i Francję, zabawne jest to, że Godard był fanem amerykańskich filmów gangsterskich. Właśnie dlatego nakręcił „Do utraty tchu”. Z kolei Richarda Linklatera ukształtowała francuska Nowa Fala. W swoim kinie – nie tylko w najnowszym obrazie, ale też wcześniejszych, choćby „Przed wschodem słońca” – czerpał z tego nurtu. Kto wie, może w przyszłości wystąpię w filmie poświęconym twórczości Linklatera.
Dyskusja o inspiracjach w sztuce sięga setek lat wstecz. Ktoś kiedyś powiedział, że dobrego artystę odróżnia od kiepskiego to, że ten pierwszy potrafi kraść, a drugi tylko kopiować. Godard natomiast mawiał, że „nieważne, skąd czerpiesz rzeczy – ważne, gdzie je zabierasz”, czyli jak je przetworzysz. Ten obraz równie dobrze mógłby nosić tytuł „Dziewczyna i pistolet”. To bardzo proste. Wystarczy zebrać przyjaciół, chwycić kamerę i opowiedzieć własną historię, by powstał nowofalowy film produkcji polskiej, austriackiej, włoskiej, jakiejkolwiek. Nowa Fala jest zawsze i wszędzie. Nie zdziwiłbym się, gdyby nasz obraz zainspirował widzów do tego, by sięgnąć po kamerę. Mało tego, jestem przekonany, że tak się stanie. Nie mogę doczekać się efektów.
Rozmawiała Daria Porycka
„Nową falę” pokazano premierowo w konkursie głównym ubiegłorocznego festiwalu canneńskiego. Od piątku film będzie można oglądać w polskich kinach. Jego dystrybutorem jest Stowarzyszenie Nowe Horyzonty. (PAP)
dap/ dki/