Wanda Traczyk-Stawska (1927-2026). Fot. PAP/Leszek Szymański
Przypominamy archiwalną wypowiedź Wandy Traczyk-Stawskiej. Uczestniczka Powstania Warszawskiego i społeczniczka zmarła 18 sierpnia w wieku 99 lat.
Na Cmentarzu Powstańców Warszawy leży ponad 80 tys. cywilów, dzieci, kobiet, starców; to oni, choć bezbronni, byli najodważniejsi - mówiła w 2016 r. Wanda Traczyk-Stawska ps. Pączek, uczestniczka Powstania Warszawskiego.
Wanda Traczyk (drugi człon nazwiska przybrała po ślubie z Wacławem Tadeuszem Stawskim) urodziła się 7 kwietnia 1927 r. w Warszawie. W dzieciństwie z rodzicami (ojciec – były legionista był robotnikiem), kilka razy przenosiła się z miejsca na miejsce. Rodzina mieszkała kolejno na Czerniakowie, Bródnie i we Włochach, a tuż przed wybuchem wojny przeniosła się na Mokotów. Tam, we wrześniu 1939 r. była świadkiem, jak od kuli wystrzelonej przez niemieckiego żołnierza zginęło niemowlę, a trzymająca je w rękach matka - ciężko ranna.
Opowiadała o tym zdarzeniu – jako przełomowym w jej życiu – w rozmowie z Michałem Wójcikiem (książka „Błyskawica. Historia Wandy Traczyk Stawskiej” ukazała się nakładem wydawnictwa WAB w 2022 r.).„Wie pan, co ja sobie wtedy pomyślałam? Że już muszę być dorosła. Teraz, natychmiast. Nie mogę być dalej, nie wolno mi. Muszę być żołnierzem. Nie pozwolę, żeby ktoś strzelał do niemowlaka”.
Wyznała, że to w tamtym momencie znienawidziła Niemców.
„Gdyby Niemcy nie zachowywali się tak okrutnie już od pierwszego dnia okupacji, to być może wszyscy nie weszlibyśmy do konspiracji. Ale w sytuacji, gdy stali się bezwzględni, zaczęli mordować bez żadnych hamulców – nie było innego wyjścia. (…) To jest właśnie tajemnica polskiego podziemia, a potem Powstania Warszawskiego. O tym się nie mówi. Ale to wtedy, we wrześniu, zapadła decyzja o powstaniu” – wyjaśniła.
W 1942 r. włączyła się w działania Szarych Szeregów – malowała na murach i skrzynkach pocztowych symbole Polski Walczącej. Kolportowała też podziemne ulotki – czasami ukrywając je pod „gadzinowym” „Nowym Kurierem Warszawskim”.
Na przyspieszone dorastanie wpłynęły tragedie osobiste: od początku 1942 r. po śmierci matki musiała się zacząć opiekować rodzeństwem. 16 września 1944 r. w powstaniu zginął jej brat.
Do jej konspiracyjnych zadań należało również doręczanie wydanych w imieniu Polskiego Państwa Podziemnego wyroków śmierci – szmalcownikom i konfidentom. Ryzyko było olbrzymie, bo musiała je wręczyć bezpośrednio adresatowi. Nigdy jednak w trakcie takich akcji nie została zatrzymana.
Wspominała, że Niemców zapewne w błąd wprowadzał jej wygląd: dziecięcy uśmiech i warkocze. „Do dziś się zastanawiam, dlaczego okupanci mieli do nich taką słabość. Dzięki warkoczykom czułam się na ulicy pewniej. Żandarmi mnie nie zatrzymywali, żołnierze pomagali znaleźć drogę, oficerowie byli mili. Jakby miękli na ich widok, a ja – przyznaję – kokietowałam. Uśmiech i warkocze, to na nich działało” – opowiadała w książce Michała Wójcika.
Przyznała, że się bała, a po latach ma żal do rozkazodawców, że ją i inne dzieci wysyłane do takich akcji narażały na ryzyko. „Ten strach, paniczny strach potwierdzą też inni. Bałam się, bo nie wiedziałam, ile bólu mogę wytrzymać w razie złapania przez Gestapo. (…) Z drugiej strony wiem, że ta robota miała sens. Bo może ten szmalcownik, po przeczytaniu wyroku oprzytomniał? Zrezygnował i wycofał się z branży?” – opowiadała.
W powstaniu została łączniczką i strzelcem. Przed godziną „W” ojciec, który – jak się okazało – też był zaangażowany w działalność konspiracyjną, dał jej swojego legionowego orzełka i obciął warkocze. Wyjaśnił, że będą jej tylko przeszkadzały.
Została żołnierzem Oddziału Osłonowego Wojskowych Zakładów Wydawniczych. Walczyła w Śródmieściu (m.in. w rejonie Marszałkowskiej, Brackiej i Chmielnej) oraz na Powiślu. Brała również w ciężkich walkach o kościół Świętego Krzyża i komendę policji. Zapamiętała zarówno takich dowódców, którzy doprowadzili do niepotrzebnych strat w swoich szeregach, jak i takich, którzy szanowali życie żołnierzy. Wspominała też Ślązaka – żołnierza Wehrmachtu - który przyłączył się do powstańców. Dzięki jego doświadczeniu (przed przymusowym wcieleniem do niemieckiego wojska dosłużył się stopnia plutonowego w polskim), oddział Traczyk-Stawskiej wiele razy wychodził z opresji.
O powstańczych przeżyciach mówiła też w dwóch rozmowach nagranych przez Muzeum Powstania Warszawskiego. Podkreślała bohaterstwo sanitariuszek, które często ginęły próbując ratować innych. „I one biegły, żeby tych swoich chłopców ratować, żeby ich opatrzyć, żeby się czołgać do nich. Ubrane w białe fartuchy, w opaski, biegły jedna po drugiej i dostawały. (…) I byłam wściekła na te sanitariuszki później, bo one, jak byli ranni i Niemcy, i Polacy, to opatrywały nie według tego, kto Polak, a kto Niemiec, tylko kto ciężej ranny”.
W tej samej rozmowie wspominała dramatyczne chwile z 6 września 1944. Powstańcy przedzierali się wówczas z ulicy Foksal na Chmielną, ale ponieważ Niemcy rozbili już stojącą w poprzek Nowego Światu barykadę, musieli się czołgać. Czołgała się, że swoim małym dzieckiem, także żona jednego z powstańców. „To dziecko miało chyba cztery miesiące i ona czołgając się, musiała to dziecko przywiązać na pielusze. Były miejsca, gdzie było bardzo dużo gruzu, to dziecko by uderzało o ten gruz, to ona, jak wilczyca, trzymała to dziecko w zębach i czołgała się” – opowiadała Traczyk-Stawska. (PAP)
jkrz/