Okupacja niemiecka podczas II wojny światowej - egzekucja Polaków. Fot. PAP/PAI/Reprodukcja
- W powojennych Niemczech przez długi czas dominowały strategie dystansowania się od osobistej odpowiedzialności. Zbrodnie przypisywano abstrakcyjnemu „nazizmowi”, wąskiej grupie przywódców albo aparatowi SS – mówi w rozmowie z PAP dr Joanna Nikel z Instytutu Pileckiego w Warszawie.
Archiwum Instytutu Pileckiego otrzymało dotąd niepublikowane i nieznane wspomnienia niemieckiego urzędnika, który podczas II wojny światowej pracował w administracji cywilnej Generalnego Gubernatorstwa. Materiał jest obecnie opracowywane przez dr Joanną Nikel. Rezultatem badań będzie artykuł naukowy, który najprawdopodobniej na początku przyszłego roku zostanie opublikowany w recenzowanym czasopiśmie naukowym.
PAP: Jak to się stało, że wspomnienia urzędnika niemieckiego z czasów okupacji niemieckiej trafiły do Instytutu Pileckiego?
Dr Joanna Nikel: To ogromna zasługa dyrekcji naszego Instytutu, przede wszystkim stojącej na czele berlińskiego oddziału IP Hanny Radziejowskiej i jej zespołu. To dzięki ich pracy Instytut Pileckiego w Berlinie zdobył taką renomę, że osoba, która w swoich rodzinnych archiwach znalazła dotyczące II wojny światowej wspomnienia swojego przodka, postanowiła je przekazać właśnie nam, a nie innej placówce.
PAP: Co wiadomo o autorze wspomnień?
J.N.: Osoba, która przekazała nam jego wspomnienia, zastrzegła że nie możemy ujawnić nazwiska. Urodził się w 1914 roku w Dolnej Saksonii i pochodził z rodziny o bardzo bogatym kapitale kulturowym. Jego ojciec był dyplomowanym kupcem i ekonomistą, pracował m.in. w Chinach, gdzie autor interesujących nas wspomnień spędził dzieciństwo, a następnie wrócił do Niemiec, skończył studia i zrobił doktorat. Miał pewne problemy kardiologiczne, a chcąc uniknąć poboru do wojska w 1943 roku postarał się o posadę urzędnika w Generalnym Gubernatorstwie. W ten sposób na kilka miesięcy trafił do Radomia, a w czerwcu 1944 r. został wysłany na front, w następstwie czego finalnie trafił do francuskiej niewoli.
Udało się ustalić, że po wojnie przeszedł proces denazyfikacji i został całkowicie oczyszczony, nie było przeciwko nim prowadzone żadne śledztwo, nie miał żadnych zarzutów.
PAP: Swoich wrażeń z pobytu w okupowanej przez Niemcy Polsce nie spisywał na bieżąco. Zrobił to dopiero po wojnie. Co w tych wspomnieniach jest najciekawsze? Jak one świadczą o ich autorze?
J.N.: Najbardziej uderzające jest właśnie to, czego w tych wspomnieniach brakuje: mimo że autor zetknął się z biedą Polaków, przemocą i wiedzą o Zagładzie, doświadczenia te nie prowadzą go do zakwestionowania systemu, którego sam był częścią. Znacznie chętniej obserwuje innych Niemców - urzędników, policjantów czy żołnierzy Wehrmachtu - i opisuje ich zachowania, nadużycia oraz krytyczne uwagi pod adresem Hansa Franka. Do takich powojennych deklaracji trzeba jednak podchodzić ostrożnie: krytyka nieżyjącego już Franka nie wiązała się wówczas z żadnym ryzykiem.
Bardzo dobrze znał też realia okupacyjnej codzienności. Wiedział, co oznacza kupowanie „na lewo” i że niemieccy urzędnicy mogą dzięki czarnemu rynkowi zdobyć właściwie wszystko - i sam z tych możliwości korzystał. Właśnie ta zwyczajność jest w jego relacji szczególnie znacząca: pokazuje, jak łatwo przemoc, przywilej i eksploatacja stawały się elementami normalnego życia okupanta.
PAP: Był zagorzałym nazistą?
J.N.: Trudno to zweryfikować tylko na podstawie treści jego wspomnień, choć wybrzmiewa z nich narodowosocjalistyczny światopogląd. Z przeprowadzonych kwerend archiwalnych udało się ustalić że w 1933 roku wstąpił do SS, a był również członkiem NSDAP.
Oczywiście, wśród członków tych formacji zdarzały się osoby które przystępowały tam kierując się koniunkturalizmem. Dotyczyło to jednak głównie tych, którzy sięgali po partyjną legitymację i zakładali czarny mundur wtedy gdy wiązało się to z udziałem w pewnych profitach.
W NSDAP w szczytowym momencie było aż 8,5 mln Niemców. Jedni byli zagorzałymi wyznawcami hitleryzmu, a inni tylko liczyli na awans.
PAP: Jaki obraz polskiej rzeczywistości okupacyjnej wyłania się z tych wspomnień?
J.N.: Pewnym utrudnieniem jest to, że nie pojawia się w nich żadna data. Z treści wynika jednak, że autor pojawił się w okupowanym Radomiu już po zakończeniu Akcji Reinhardt – czyli deportacji Żydów do obozów zagłady. Informacje te potwierdziły dalsze kwerendy archiwalne. Nie brał więc bezpośredniego udziału w holokauście, ale zdawał sobie sprawę z tego, co zaszło. Kompletnie pijani żołnierze jadący na przepustkę opowiedzieli mu z detalami o mordowaniu Żydów na Białorusi, ale skłoniło go to tylko do myśli o tym, co się stanie z Niemcami po wojnie.
Od tego, co się działo z Żydami i Polakami, bardziej jednak zajmowała go sytuacja Niemców. Od pewnego momentu dostrzegał już, że III Rzesza wojnę przegrywa. Widział odwrót Wehrmachtu i był świadkiem pogarszających się nastrojów, ale też coraz bardziej bezwzględnej grabieży. Wielu Niemców wokół niego wychodziło z założenia, że trzeba się szybko wzbogacić. Na porządku dziennym były korupcja i pijaństwo.
PAP: A autor wspomnień był tylko świadkiem, czy może też brał w tym udział?
J.N.: Był częścią tego systemu. Wspominał chociażby o olbrzymim bagażu, z jakim wyjeżdżał na święta do rodziny, z produktami spożywczymi, które nie były wtedy powszechnie dostępne. Nie widać w tych zapiskach jednak refleksji, który by świadczyła że miał z tego powodu wyrzuty sumienia. Wychodził z założenia, że ponoszącym koszty wojny Niemcom coś się należy, że to oni są ofiarami i trzeba ulżyć rodzinom w bombardowanej przez wroga Rzeszy.
A jednocześnie widział ogromną degradację materialną i zubożenie ludności polskiej. Przyglądał się głodującym dzieciom, ale nie ma w tych zapiskach żadnej konstatacji, która byłaby dowodem jego świadomości, że to Niemcy są odpowiedzialni za tę sytuację. Był zaledwie urzędnikiem niższego szczebla, ale i tak znajdował się w sytuacji uprzywilejowanej. Przynajmniej w porównaniu do tego, z czym musiała się wtedy mierzyć większość żyjących pod okupacją niemiecką Polaków.
PAP: Na czym polega wartość tych wspomnień?
J.N.: Są one cennym źródłem pokazującym mentalność i światopogląd Niemców na terenie okupowanej przez III Rzeszę Polski. Jeśli potraktować te wspomnienia jako próbę powojennego rachunku sumienia, jest to dokument przygnębiający właśnie przez brak głębszej refleksji nad własnym miejscem w systemie okupacyjnym. Pod tym względem autor nie był jednak wyjątkiem. W powojennych Niemczech przez długi czas dominowały strategie dystansowania się od osobistej odpowiedzialności: zbrodnie przypisywano abstrakcyjnemu „nazizmowi”, wąskiej grupie przywódców albo aparatowi SS i policji, znacznie rzadziej pytając o udział zwykłych urzędników, prawników, przedsiębiorców czy funkcjonariuszy administracji.
Także historiografia długo znacznie lepiej znała struktury niemieckiego aparatu okupacyjnego niż ludzi, którzy wprawiali je w ruch. Potrafimy opisać instytucje, kompetencje i mechanizmy terroru, ale zejście z poziomu Hansa Franka czy najwyższych dowódców SS do poziomu konkretnych urzędników, starostów, policjantów i funkcjonariuszy odpowiedzialnych za konkretne decyzje pozostaje znacznie trudniejsze.
PAP: Czy to zaniedbanie historyków?
J.N.: Nie postrzegałabym tego jako zaniedbania polskiej historiografii. Po 1945 r. prawda historyczna i możliwość dochodzenia odpowiedzialności zostały w znacznej mierze zakładnikami nowego podziału politycznego Europy. Polska znalazła się w bloku sowieckim, podczas gdy ogromna część byłych funkcjonariuszy niemieckiego aparatu państwowego żyła w RFN. Przez dziesięciolecia nie istniały warunki do normalnej współpracy archiwalnej, badawczej i prawnej między oboma państwami. Z kolei NRD budowała swoją legitymizację na micie państwa antyfaszystowskiego, co również nie sprzyjało całościowemu rozliczeniu niemieckiego społeczeństwa z nazistowską przeszłością.
Polscy badacze wykonywali w tym czasie fundamentalną pracę dokumentacyjną: ustalali skalę zbrodni, identyfikowali ofiary, miejsca egzekucji i struktury aparatu okupacyjnego. Znacznie trudniejsze było natomiast przeprowadzenie tego, co dziś nazwalibyśmy badaniem sprawców - połączenie konkretnej zbrodni lub decyzji z biografią konkretnego człowieka, jego wojenną działalnością, a następnie powojenną karierą. Dokumentacja potrzebna do takiej rekonstrukcji pozostawała rozproszona po obu stronach żelaznej kurtyny. Dlatego jednym z ważnych zadań współczesnych badań jest dziś przywrócenie zbrodniom i polityce okupacyjnej ich personalnego wymiaru: za strukturami, rozporządzeniami i statystykami stali przecież konkretni ludzie, podejmujący konkretne decyzje. (PAP)
Józef Krzyk
Dr Joanna Nikel jest badaczką historii Niemiec i totalitaryzmów XX wieku, ekspertką Instytutu Pileckiego w zakresie Täterforschung (badań nad sprawcami).
jkrz/ aszw/