Rzekomo bohaterska postawa niemieckich komunistów więzionych w Auschwitz to utrwalona po wojnie legenda, a większość zarzutów wobec dr. Władysława Deringa, oskarżanego o „współpracę z oprawcami”, jest wyssana z palca – mówi PAP Bogdan Musiał, autor monografii pt. „Szpital w piekle. Historie lekarzy-więźniów w Auschwitz”, która ukaże się 13 października.
Rzekomo bohaterska postawa niemieckich komunistów więzionych w Auschwitz to utrwalona po wojnie legenda, a większość zarzutów wobec dr. Władysława Deringa, oskarżanego o „współpracę z oprawcami”, jest wyssana z palca – mówi PAP Bogdan Musiał, autor monografii pt. „Szpital w piekle. Historie lekarzy-więźniów w Auschwitz”, która ukaże się 13 października.
PAP: „Szpital w piekle” to polskie tłumaczenie pana książki wydanej wcześniej w Niemczech. Według niemieckich recenzentów oparł się pan na rzadko wykorzystywanych źródłach dostępnych w Polsce. Jakie znaczenie mają te materiały?
Bogdan Musiał: Są kluczowe. Ze względu na niemiecką politykę narodowościową, której celem było wyniszczenie polskiej inteligencji i zagłada Żydów, w Auschwitz więziono przede wszystkim lekarzy z Polski i medyków pochodzenia żydowskiego. Zdarzały się tylko pojedyncze przypadki lekarzy innych narodowości. Poza tym Niemcy zniszczyli dokumentację dotyczącą masowych zbrodni popełnianych w obozie i dlatego historykom pozostały głównie zeznania byłych więźniów — także lekarzy — z powojennych procesów obozowej załogi SS.
PAP: A dwa najważniejsze takie procesy odbyły się w Polsce.
B.M.: Niestety zgromadzone wtedy materiały są mało znane na Zachodzie, a jeżeli już, to wyrywkowo. Na przykład Rudolf Höss, komendant obozu, był sądzony w Polsce, ale żaden z autorów jego licznych biografii nie zadał sobie trudu, żeby przebadać polskie świadectwa.
PAP: Czym różni się obraz Auschwitz, który nakreślił pan w książce, od wcześniejszych publikacji?
B.M.: Myślę, że udało mi się podważyć sporo mitów na temat tego obozu, w tym popularną w zachodnich publikacjach opowieść o bohaterskiej roli austriackich i niemieckich komunistów, którą odegrali w obozowym szpitalu. Po wojnie ci ludzie zdominowali debatę na temat Auschwitz, ale w trakcie moich badań przekonałem się, że byli w pewnym sensie oszustami, którzy po 1945 roku przypisali sobie zasługi polskich i żydowskich lekarzy-więźniów.
PAP: Jak wspominał dr Leon Landau, świadectwa lekarzy-więźniów były po wojnie przyjmowane często z niedowierzaniem…
B.M.: Dlatego Landau i inni lekarze-więźniowie, pełniący np. funkcję pisarzy rejestrujących obozowe statystyki medyczne, mieli świadomość, że trzeba wszystko dokumentować, a notatki ukrywać albo wysyłać poza obóz, jeszcze zanim skończy się wojna. Oczywiście zdarzali się więźniowie, którzy woleli mieć spokój, a inni byli tak zdemoralizowani przez warunki obozowe, że szli na totalną współpracę z Niemcami.
Jednak to w obozowym szpitalu działała kluczowa komórka ruchu oporu, dzięki której niektórzy lekarze SS i inni ludobójcy z Auschwitz byli znani w świecie z imienia i nazwiska już w 1944 roku.
PAP: Odtworzył pan medyczną historię obozu. Czy coś pana w niej zaskoczyło?
B.M.: Byłem zdumiony, że w warunkach obozowych niektórzy lekarze-więźniowie prowadzili badania naukowe. Dr Władysław Fejkiel na podstawie materiałów o tyfusie plamistym, które zbierał na polecenie niemieckiego lekarza garnizonowego, zrobił w 1955 roku habilitację. Dziś o jego pracy kompletnie zapomniano, a przecież jest to także część historii Auschwitz.
PAP: Trudno w to uwierzyć, bo Auschwitz kojarzy się raczej z Josefem Mengele i jego pseudomedycznymi eksperymentami…
B.M.: Tu nie ma sprzeczności. To, co robił Fejkiel, absolutnie nie szkodziło innym więźniom. Po prostu zbierał informacje na temat przebiegu choroby i je rejestrował. Nie przeprowadzał żadnych eksperymentów. Oczywiście zdarzały się przypadki, kiedy zmuszano lekarzy-więźniów, a także sanitariuszy, do podawania współwięźniom zastrzyków z fenolu. Robił to np. faworyt esesmanów, funkcyjny Mieczysław Pańszczyk, przed wojną student ASP w Krakowie, który w obozie znalazł się w wieku 18 lat i został kompletnie zdeprawowany. Wstrzymałbym się jednak z osądzaniem tych ludzi z dzisiejszej perspektywy. Nie znaleźli się przecież w Auschwitz dobrowolnie, a prawdziwy głód zmienia nie tylko wygląd człowieka, ale także jego sposób myślenia. Mottem mojej książki jest stwierdzenie, że w nienormalnej sytuacji nienormalne zachowanie staje się normą.
PAP: Lekarze-więźniowie działali pod nadzorem esesmanów i chcąc nie chcąc, musieli z nimi współpracować. Czy w tych warunkach rzeczywiście można było komuś pomóc?
B.M.: Tak, na wiele sposobów i nierzadko skutecznie, choć wiązało się to często z trudnymi dziś do pojęcia dylematami. Lekarze-więźniowie z powodu braków kadrowych w załodze SS brali np. czasem udział w selekcjach przeprowadzanych w szpitalu. Przedwojenny oficer i polski patriota dr Rudolf Diem wspominał, że trzeba było wtedy decydować, kogo ratować i czyim kosztem. Lekarz czy sanitariusz SS pojawiał się w szpitalu raz na dwa, trzy tygodnie i wysyłał kilkuset chorych więźniów do komór gazowych, a lekarz-więzień mógł zamiast 300 wybrać np. tylko 100 chorych. Wybierał tych, o których było wiadomo, że w warunkach obozowych nie mieli żadnych szans, aby przeżyć, na przykład ze względu na atrofię głodową.
PAP: Jak doszło do tego, że Niemcy dopuścili polskich i żydowskich więźniów do pracy lekarza?
B.M.: Wkrótce po napaści na ZSRR Niemcy zorientowali się, że wbrew wcześniejszym oczekiwaniom wojna się szybko nie skończy, a na front trzeba będzie wysyłać coraz więcej mężczyzn w sile wieku. To wtedy zapadła decyzja, żeby do wsparcia wysiłku wojennego III Rzeszy wykorzystać więźniów obozów koncentracyjnych. W szpitalu w Auschwitz formalnie zakazano więc bicia i dopuszczono możliwość dłuższego leczenia chorych zamiast natychmiastowego wysyłania ich do gazu. Równocześnie niemieccy lekarze nagle zauważyli, że mają w obozie fachowców i pod koniec 1941 roku oficjalnie dopuścili więźniów z medycznym wykształceniem (także lekarki, które już od 1942 roku zajmowały się chorymi w kobiecym szpitalu więźniarskim) do pracy w obozowych szpitalach. Od tego momentu polscy i żydowscy medycy zaczęli mieć głos w sprawach leczenia. To była zasadnicza zmiana, bo wcześniej o tym, co działo się w szpitalu, decydowali m.in. przywiezieni do Auschwitz z Dachau niemieccy komuniści, a także zwykli kryminaliści i ich protegowani.
PAP: Jak ta zmiana wpłynęła na funkcjonowanie obozowego szpitala?
B.M.: W szpitalu spadła śmiertelność. Zresztą już wcześniej lekarze-więźniowie udowodnili swoją skuteczność. Kiedy na wiosnę 1941 roku w obozie wybuchła epidemia tyfusu plamistego, Niemcy byli bezradni, a Polacy — wówczas jeszcze formalnie pracujący jedynie jako pielęgniarze – pokazali lekarzom SS, że zamiast ludzi można zabijać wszy. Zaproponowali rygorystyczne zasady higieny, które wprowadzono, a tysiące ludzi uniknęło śmierci.
PAP: Wśród więźniów byli także znani przed wojną chirurdzy…
B.M.: Przede wszystkim Polacy. To oni stworzyli oddział chirurgiczny. Dzięki temu, że niemieccy lekarze chcieli ćwiczyć pod okiem świetnych operatorów, można było przeprowadzić dziesiątki tysięcy w większości prostych zabiegów, które jednak w warunkach obozowych przynajmniej na jakiś czas ratowały życie tysiącom więźniów.
PAP: Kim byli niemieccy lekarze obozowi?
B.M.: Nie należeli zazwyczaj do pierwszej ligi niemieckiej medycyny. Lekarze SS trafiali do Auschwitz najczęściej z frontu z powodu niezdolności do służby. Mengele był wyjątkiem, bo w 1943 roku zgłosił się do pracy w obozie na ochotnika. Wcześniej pracował w Instytucie Cesarza Wilhelma (dzisiejszy Instytut Maxa Plancka), wówczas jednym z najlepszych ośrodków tego typu na świecie. Mengele uznał, że w obozie jest bardzo dużo „materiału badawczego”, bo więziono tam wtedy całe rodziny.
PAP: Czy „anioł śmierci”, jak nazywano Mengelego, przeprowadzał swoje zbrodnicze eksperymenty z pomocą więźniów?
B.M.: Mengele szybko się zorientował, że w obozie jest wielu wysoko wykwalifikowanych lekarzy. Zaczął z nich formować „zespoły badawcze”. Nie chodziło wyłącznie o nieludzkie eksperymenty, z którymi Mengele jest słusznie kojarzony. Lekarze-więźniowie przeprowadzali dla niego np. badania antropologiczne polegające na mierzeniu, pobieraniu krwi i spisywaniu protokołów w języku niemieckim, które Mengele wykorzystywał później pod swoim nazwiskiem. Lekarze pochodzenia żydowskiego, będący w obozie w dużo gorszej sytuacji od Polaków, byli zmuszani do uczestniczenia w eksperymentach. Musieli np. przeprowadzać dla Mengelego autopsje zabitych rzekomo dla celów „badawczych” dzieci.
Trzeba pamiętać, że w obozowej hierarchii tzw. Żydzi transportowi znajdowali się najniżej i byli de facto od początku skazani na śmierć. Polacy byli w tej hierarchii nieco wyżej i teoretycznie niektórzy z nich mieli szansę na przeżycie.
PAP: Czy polscy lekarze uczestniczyli w pseudomedycznych eksperymentach prowadzonych przez niemieckich nadzorców?
B.M.: Lekarze-więźniowie byli po wojnie często demonizowani i zarzucano im zmyślone zbrodnie. Było to tym łatwiejsze, że aby ratować ludzi, musieli najpierw przeżyć. Znalezienie się w obozowym szpitalu dawało im na to większe szanse. Musieli następnie uzyskać pewną pozycję w szpitalnej hierarchii, a to wiązało się z jakąś formą współpracy z lekarzami SS.
PAP: Z pana książki wynika jednak, że więzień Auschwitz dr Władysław Dering na polecenie lekarza garnizonowego operował wcześniej naświetlanych żydowskich mężczyzn. Czy słusznie bywa do dziś opisywany jako „najbliższy współpracownik oprawców”?
B.M.: Na Zachodzie, ale także w Polsce, rzeczywiście funkcjonuje do dziś przekaz o uczestnictwie Deringa w pseudomedycznych eksperymentach. Na podstawie badań w archiwach mogę jednak stwierdzić, że większość tych zarzutów jest wyssana z palca.
Deringa starało się dopaść UB. Kampania oszczerstw przeciwko niemu miała z tego powodu zasięg wręcz międzynarodowy. Oczywiście Dering z pewnością miewał osobiste konflikty i nie wszyscy współwięźniowie go lubili, ale trzeba spojrzeć także na jego dokonania. To on rozbudował i prowadził oddział chirurgiczny i wielu ludziom uratował życie. To jego ogromna zasługa.
PAP: Był także członkiem ruchu oporu. Rotmistrz Witold Pilecki po swojej ucieczce z Auschwitz w kwietniu 1943 r. uznał go w Raporcie „W” za filar założonej przez siebie konspiracji…
B.M.: O tym akurat po wojnie milczano. Być może nie przypadkiem próbowano zniszczyć człowieka, który był bliskim współpracownikiem Pileckiego. Co istotne, zasługi Deringa przypisali sobie po wojnie ci więźniowie, którzy go oskarżali, m.in. austriacki komunista Hermann Langbein, z zawodu aktor, który miał ogromny wpływ na powojenną narrację o Auschwitz. Wymyślił np., że Dering rzekomo zrobił z worka mosznowego żydowskiego więźnia woreczek na tytoń. Ta pseudoinformacja wciąż widnieje w niemieckiej Wikipedii.
Niestety ta wieloletnia, niesprawiedliwa nagonka doprowadziła do tego, że pod koniec lat 50. i na początku lat 60. to nie Mengele, ale Dering był niesłusznie postrzegany jako symbol zbrodni medycznych w Auschwitz.
Rozmawiała Anna Gwozdowska (PAP)
Książka „Szpital w piekle. Historie lekarzy-więźniów w Auschwitz” ukaże się nakładem wyd. Zysk i S-ka.
Bogdan Musiał to historyk dziejów najnowszych, w latach 1990-1998 studiował historię, nauki polityczne i socjologię w Hanowerze i Manchesterze, od 1999 do 2004 roku był pracownikiem Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie, współpracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej. Autor licznych książek historycznych, m.in. „Zachodu po trupie Polski” i „Wojny Stalina”.