Marszałek Edward Rydz-Śmigły. Fot. wikipedia
Nad ranem 27 października 1941 roku, południową granicę okupowanej przez Niemców Polski przekroczył, prowadzony przez kuriera tatrzańskiego Stanisława Frączystego, marszałek Edward Rydz-Śmigły.
„Przeszło dwa lata minęły od czasu, gdy ewakuował się z walczącej jeszcze stolicy. W nocy z 17 na 18 września 1939 roku, kilkanaście godzin po sowieckiej napaści na wschodnie terytorium Polski, przedostał się do Rumunii, a wraz z nim inni oficjele - z prezydentem Ignacym Mościckim na czele” – napisał Waldemar Kowalski w artykule pt. „Marszałek w okupowanej Polsce - kulisy ucieczki Śmigłego-Rydza z internowania” („Dzieje”, 2016). „O tym, czy podjął wówczas słuszną decyzję, dyskutowali nie tylko jemu współcześni. Echa tego sporu żywe są do dziś” - dodał.
Internowanego Naczelnego Wodza 14 października 1939 roku przewieziono koleją do Dragoslavele w Karpatach Południowych i ulokowano w willi patriarchy Kościoła rumuńskiego Mirona. Razem z nim trafili tam pułkownicy: Henryk Cianciara (lekarz), Zygmunt Wenda i Bronisław Wędziagolski, oraz mjr Jerzy Krzeczkowski.
Dzięki znajomości z dr. Cianciarą – którego pacjentem bywał przed wojną - do strzeżonej przez rumuńskich żandarmów willi udało dostać się Melchiorowi Wańkowiczowi.
„Z ust marszałka wydobył się głos — drewniany, przeciskający się z trudem, jak by nienależący do niego. Ramiona pochyliły się, jak by na nie zadawał trzycentnarowy wór. — Mówią… że jestem… tchórzem… że… uciekłem… Przesilałem się bezradnie, by przyjść temu głosowi z pomocą. — Mówią, że jestem tchórzem — Śmigły nabiera w siebie powietrza” – opisywał Wańkowicz spotkanie z Naczelnym Wodzem w artykule pt. „Ostatnia rozmowa z Beckiem i Rydzem-Śmigłym” („Więź”, 1959). „— Miałem trzy rzeczy do wyboru — marszałek opanował głos — to było: 1) walczyć, 2) odebrać życie, 3) pójść do niewoli. Walczyć — nie miałem więcej jak pół kompanii — to znaczy skierować z pistoletami na czołgi oficerów sztabowych, dorobek dwudziestolecia teraz tak potrzebny. Odebrać życie — to znaczy stwierdzić przegraną. Lecieć do Warszawy?… Wstrząsnął się: — Za nic w świecie nie chciałbym dostać się do niewoli. Sądziłem, że wojska przejadą do Francji. Były nawiązane kontakty” – dodał reporter, który obiecał wówczas Śmigłemu, że ewentualną relację z tego spotkania opublikuje dopiero po wojnie.
„Zamknąłem w sobie wspomnienie tej rozmowy ciepłym uczuciem dla prawego człowieka, który został wyniesiony zbyt wysoko” – podsumował Wańkowicz.
Gdy 23 listopada 1940 r. Rumunia dołączyła do „Paktu trzech” (Niemcy, Włochy, Japonia) sytuacja internowanego Rydza-Śmigłego stała się niebezpieczna.
„Odcięty od świata, unieruchomiony, pozbawiony wszelkich godności Śmigły doczekał się upadku Francji, wkroczenia Sowietów na Bukowinę i do Besarabii, abdykacji rumuńskiego króla Karola i wkroczenia wojsk niemieckich do mocno sfaszyzowanej wtedy Rumunii. Ucieczka z Dragoslavele stała się jedynym wyjściem z pułapki” – mówił Andrzej Przewoźnik w filmie dokumentalnym Krzysztofa Krzyżanowskiego pt. „Powrót Śmigłego” (1998). „Niewątpliwie głównym architektem i sprężyną tego ryzykownego przedsięwzięcia był inżynier Julian Piasecki, do wojny podsekretarz stanu w ministerstwie komunikacji. Od momentu internowania marszałka w Rumunii – jego mąż zaufania, doradca i łącznik z zewnętrznym światem” – dodał historyk.
„Chodziło mi o to, aby nie dać pogrzebać imienia Marszałka Polski, nie dać go zdławić gdzieś na ślepym torze… Krążąc od Paryża do Bukaresztu w nieustannych rozmowach z naszymi i obcymi upewniłem się, że żadna pomocna ręka nie wyciągnie się do wygnańca w Dragoslavele. Wojna zaciągała się na długo” – wspominał Piasecki, cytowany w filmie „Powrót Śmigłego”. „Zarządzenia Sikorskiego wobec wszystkiego, co wiązało się z imieniem Piłsudskiego, obudziły we mnie postanowienie, by Śmigłego skłonić do powrotu do Polski i włączyć do toczącej się w niej walki o niepodległość” – podkreślał.
17 grudnia 1940 roku, Rydz-Śmigły w cywilnym ubraniu, w towarzystwie zaufanych ludzi, nielegalnie przekroczył granicę rumuńsko-węgierską. „Przedostał się do Szeged, gdzie zaopatrzył się w fałszywy dowód tożsamości. Przedstawiał się odtąd jako lwowski profesor Stanisław Kwiatkowski. Następnym celem był Budapeszt, gdzie uciekinier zatrzymał się u Bazylego Rogowskiego, wicewojewody tarnopolskiego; co więcej, Śmigły-Rydz podawał się za jego fikcyjnego brata. Później kwaterował w mieszkaniu ppłk. Wacława Lipińskiego. Musiał się ukrywać, poszukiwali go bowiem nie tylko Rumuni, ale i Niemcy” – napisał Waldemar Kowalski.
Zamieszkał w położonej na przedmieściach miasta willi hrabiny Karoliny Marenzi, wdowy po austro-węgierskim generale i krewnej admirała Horthy’ego. Gdy pod koniec lutego 1941 roku starsza pani zorientowała się, że gości pod swym dachem bynajmniej nie gimnazjalnego profesora, lecz marszałka Polski; w obawie przed dekonspiracją, przerzucono go nad Balaton do – kolejno - Balaton Foldvar, Balaton Zamardi i Szántód. Tam wypoczywał, dużo malował, pisał wiersze i kończył szkic pt. „Czy Polska mogła uniknąć wojny?”.
„We wrześniu nie pomogła nam czynnie ani Francja, ani Anglia, gdyż do wojny nie były przygotowane i nie spodziewały się tak szybkiego jej wybuchu, utwierdzając zresztą i Polskę w tym przekonaniu. Stwierdzić więc należy, iż Polska wojny uniknąć nie mogła, jeśli nie chciała skończyć niesławnie. Poniosła i ponosi olbrzymie ofiary, ale dała początek wojnie wyzwoleńczej spod supremacji niemieckiej” – pisał Rydz-Śmigły. „Dziś żyjemy pod świeżym wrażeniem klęski, powstają w nas te same uczucia samooskarżenia, jak u naszych pradziadów po rozbiorach” – ocenił („Zeszyty Historyczne”, 1962).
„Pewnego razu na spacerze powiedział mi: »teraz wybrałem drogę nie na Zachód, lecz do Polski, tam nasze miejsce i tam pójdziemy… A nasze doświadczenia z POW jeszcze się dadzą Niemcom we znaki«. Dowiedziałem się, że z marszałkiem uzgodniono nazwę organizacji: OPW -Polski Walczącej” - napisał Bazyli Rogowski w „Moje wspomnienia z pobytu na ziemi węgierskiej z marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym (1940-1941)” opublikowanych w paryskiej „Kulturze” w 1962 roku.
Decyzję o powrocie do okupowanego kraju przyśpieszył wybuch wojny niemiecko-sowieckiej 22 czerwca 1941 roku. Marszałek „zamierzał poświęcić się działalności konspiracyjnej, kontynuować dzieło inż. Juliana Piaseckiego, który przed rokiem powołał do życia na Węgrzech tzw. Obóz Polski Walczącej. Celem był powrót do zajętego przez Niemców kraju i działalność na rzecz odzyskania niepodległości. Twórcy organizacji zamierzali wykorzystać autorytet byłego już Naczelnego Wodza, licząc przy tym na osłabienie tendencji antysanacyjnych” – przypomniał Kowalski.
Jednak polskim władzom emigracyjnym powrót Rydza-Śmigłego do okupowanej ojczyzny nie był na rękę, o czym świadczy korespondencja Londynu z Warszawą, a ściślej instrukcja gen. Sikorskiego dla gen. Stefana Grota-Roweckiego, komendanta głównego Związku Walki Zbrojnej. „Otrzymałem wiadomość, jakoby Marszałek Śmigły-Rydz udał się do Polski z zamiarem pracy powstańczej. Nie przypuszczam, aby była prawdziwa. Znając sytuację w kraju, nie sądzę, aby Śmigły-Rydz znalazł oparcie i możność pracy w naszych szeregach” - pisał premier emigracyjnego rządu.
„Gdyby jednak Śmigły-Rydz rzeczywiście przedostał się do okupowanej ojczyzny, należałoby zalecić mu ponowny wyjazd, najlepiej do Stambułu - gdzie zresztą go od dłuższego czasu oczekiwano. Przybyszowi powinno się oświadczyć, że obecność jego w Polsce utrudnia naszą pracę i może spowodować szkodliwe dla sprawy podejrzenia i tarcia” – instruował gen. Sikorski. „Krótko mówiąc, rząd londyński stał na stanowisku, jakoby powrót marszałka do kraju był wysoce szkodliwy dla sprawy polskiej” – ocenił Waldemar Kowalski.
Pod koniec października 1941 roku plan przerzutu był gotowy. Przeprowadzić marszałka do okupowanego kraju miał 24-letni wówczas Stanisław Frączysty „Sokół”, doświadczony kurier tatrzański i żołnierz ZWZ. Zadanie to wykonywał jednak niejako „prywatnie” – poza wiedzą swoich przełożonych.
„Kiedy wróciłem do Budapesztu, to wtenczas Julian Piasecki i Józef Lebedowicz powiedzieli mi, że kiedy teraz pójdę do kraju, zabiorę z sobą bardzo kogoś ważnego… O którym nawet mi się nie śni” - wspominał Frączysty w filmie. „Powrót Śmigłego”.
„Wprowadzono mnie do jednego z pokojów, gdzie za biurkiem siedział starszy mężczyzna w kapeluszu, w grubych okularach, z sumiastym wąsem. Obecni odnosili się do niego z wielkim szacunkiem tytułując go profesorem. Początkowo nasza rozmowa była dosyć luźna. Profesor pytał co słychać w kraju, ile razy przechodziłem już granicę itp. Następnie poprosił o zapoznanie go z trasą przerzutu do Polski. Powiedziałem wówczas, że najlepiej można by to wszystko pokazać na mapie. No, ale skoro jej nie ma… W tym momencie, z jednej z szuflad, profesor wyjął doskonałą sztabówkę obejmującą teren od Budapesztu aż do Warszawy. Zdziwiło mnie, skąd u naukowca taka doskonała mapa. W trakcie omawiania trasy profesor wtrącał uwagi, pytał o najdrobniejsze szczegóły posługując się przy tym fachowym słownictwem wojskowym” - relacjonował Frączysty.
„Zacząłem uważniej przyglądać się mojemu rozmówcy. Twarz wydawała mi się znajoma. Tylko te okulary, wąsy… Patrzę raz jeszcze… Powoli zaczynam sobie kojarzyć twarz profesora z postacią, którą znała cała Polska. Profesor jakby odgadując, co myślę, unika mojego wzroku” - mówił. „Moje przypuszczenia przeradzają się w pewność. To marszałek Edward Rydz-Śmigły, do niedawna naczelny wódz” - opowiadał Frączysty. Nie przyznał się wówczas jednak - zasady konspiracji nie pozwalały - że rozpoznał tożsamość „profesora”.
25 października 1941 r. ok. godz. 14. Frączysty ze Śmigłym i Bazylim Rogowskim wyruszyli pociągiem z dworca Keleti. Ich odjazd – jak przypomniał Andrzej Przewoźnik – próbował uniemożliwić w ostatniej chwili Wacław Felczak, szef budapeszteńskiej placówki łączności między rządem Sikorskiego a krajem i przełożony Frączystego. Bez powodzenia.
„Do miasteczka, a raczej wioski Pelszyce dojechaliśmy szczęśliwie. Tam byłem umówiony z kierowcą. Wsiedliśmy do taksówki i jedziemy dalej w kierunku granicy i wtenczas mi profesor mówi, że: Panie Staszku, ja zostawiłem w wagonie niedużą, ale ważną paczuszkę. No więc ja mówię: panie profesorze nie ma problemu. My pędzimy równolegle z pociągiem, pociąg dopędzimy. On się zatrzyma na stacji, ja wskoczę do pociągu i paczuszkę odzyskam. I tak się stało, paczuszkę odzyskałem. No, kiedy ją wziąłem do ręki, zaraz poznałem, co to jest. Było to 10 tysięcy amerykańskich dolarów” - mówił Frączysty.
Kurier tatrzański doprowadził byłego Naczelnego Wodza do okupowanej Polski.
„Przeszedłem granicę, może dwa metry dalej i mówię: panie profesorze jesteśmy już na polskiej ziemi. Wtedy profesor uklęknął, odgrzebał rękami śnieg i zaczął całować tę polską ziemię” - wspominając ten moment, po latach, w filmie „Powrót Śmigłego”, Frączysty był wyraźnie wzruszony.
Z Chochołowa wozem konnym dotarli na stację w Szaflarach.
„Podczas tej nocnej wyprawy konnej Staszek Frączysty szedł przodem z latarką w ręku, aby w razie natknięcia się na patrol niemieckie ostrzec jadących specjalnym sygnałem świetlnym i żeby Marszałek mógł na czas opuścić wóz. Furman miał usprawiedliwiać swoją nocną jazdę chorobą konia i jazdą do lekarza w Nowym Targu, ale obyło się bez takiej przygody. Szczęśliwie wsiedli do pociągu krakowskiego i bez przeszkód dojechali do celu. Na dworcu oczekiwał już na nich ks. Antoni Zapała” - relacjonował ppłk. Dudziński.
„Dwa dni odpoczynku w Krakowie i Śmigły-Rydz był już w Warszawie, gdzie dał się poznać jako Adam Zawisza. Powrót marszałka stał się faktem!” – napisał Waldemar Kowalski.
„Na krótko zatrzymał się pod ustalonym wcześniej adresie przy ul. Marszałkowskiej, ale lokal ten nie spełniał wymogów bezpieczeństwa. Już 3 listopada skorzystał z gościnności Jadwigi Maxymowicz-Raczyńskiej, wdowy po gen. Włodzimierzu Maxymowicz-Raczyńskim, która zaoferowała mu mieszkanie na Mokotowie. To tam, przy ul. Sandomierskiej 18/6, marszałek dopełni żywota…” – dodał.
Stało się to miesiąc później 2 grudnia 1941 roku. Edward Rydz-Śmigły zmarł w wieku 55 lat.
„Był marszałek Śmigły-Rydz postacią niewątpliwie tragiczną. Klęska wrześniowa 1939 roku odbiła się bolesnym echem w świadomości narodowej Polaków” – ocenił Andrzej Przewoźnik w filmie Krzysztofa Krzyżanowskiego. „Powojenna propaganda komunistyczna robiła wszystko, aby w oczach społeczeństwa zdyskredytować dorobek II Rzeczypospolitej, czyn zbrojny armii i postawy dowódców. Najbardziej zaciekle atakowano Edwarda Śmigłego-Rydza. Jego buława marszałkowska i tytuł Naczelnego Wodza stanowiły bowiem symbol narodowej niepodległości. Był czas, kiedy jego nazwisko próbowano wymazać z kart naszej historii” - przypomniał. „Jakby na przekór temu rodziła się i krzepła, będąca niewątpliwie efektem społecznej potrzeby, legenda Naczelnego Wodza – który opuścił wojska, by potem wrócić do okupowanego kraju jako szary żołnierz” -podsumował Przewoźnik.
Stanisław Frączysty wpadł w ręce Niemców 22 lutego 1942 roku. Był więziony najpierw w niemieckiej katowni Palace w Zakopanem, a później na Montelupich w Krakowie. 26 marca 1942 r. trafił do Auschwitz (numer obozowy 27235). Pod koniec 1944 r. wywieziono go do KL Buchenwald. Tam dostał numer 28678. Wrócił do Polski kilka miesięcy po wyzwoleniu obozu przez wojska amerykańskie, 4 kwietnia 1945 r. Kilka tygodni 1949 r. spędził w więzieniu UB podejrzewany o współpracę z obcym wywiadem.
28 maja 2006 r. Stanisław Frączysty był jednym z 32 byłych więźniów Auschwitz, którzy spotkali się pod Ścianą Śmierci z papieżem Benedyktem XVI. Zmarł 7 lutego 2009 r. w Chochołowie w wieku 92 lat.
Paweł Tomczyk (PAP)
top/ dki/