Józef Różański. Fot. domena publiczna
Aresztowanych ludzi bił do krwi, stał się symbolem stalinowskich zbrodni w Polsce. Został skazany za niektóre z nich, ale szybko wyszedł na wolność, bo skorzystał z aktu łaski – 21 sierpnia mija 45 lat od śmierci Józefa Różańskiego.
Józef Różański był jedną z najważniejszych postaci aparatu bezpieczeństwa w Polsce za czasów Bolesława Bieruta. Na tor boczny został odsunięty jeszcze za życia swojego pryncypała, bo nawet część osób z ówczesnego komunistycznego obozu władzy uznała jego metody za zbyt drastyczne. Mieli pretensje jednak tylko o to, że wśród maltretowanych przez Różańskiego osób t
Droga Różańskiego do kierownictwa pionu śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) zaczęła się od działalności w komunistycznej młodzieżówce w czasach II RP.
„Ja, Józef Różański, urodziłem się w Warszawie dnia 13 lipca 1907 roku. Ojciec mój pracował w charakterze dziennikarza w gazecie »Hajnt«. Zmarł w 1933 r. Matka pracowała jako szwaczka, sanitariuszka, itp. Zmarła w 1928 r. Siostra Judyta została zamordowana w Warszawie w 1943 r.” – pisał o swoim pochodzeniu.
W tym swoim życiorysie nie wspomniał, że jego ojciec był Żydem - działaczem syjonistycznym, a faktycznie nazywał się Abraham Goldberg. Wymienił za to brata – Beniamina, który podobnie jak on, choć na innym polu, zapisał się na kartach historii. Starszy o dwa lata od Józefa Beniamin zmienił w dorosłym życiu imię i nazwisko i jako Jerzy Borejsza po 1944 r. był jedną z najważniejszych osób od propagandy: twórcą koncernu wydawniczego „Czytelnik” i dziennika „Rzeczpospolita”.
Józef jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym związał się z ruchem komunistycznym, działał w Komunistycznym Związku Młodzieży Polski i Komunistycznej Partii Polski. Po wybuchu II wojny światowej znalazł się na terenach okupowanych przez ZSRR. Nawiązał kontakty ze służbami specjalnymi tego państwa, a gdy Armia Czerwona w 1944 roku przekroczyła Bug stał się jedną z najważniejszych osób w aparacie bezpieczeństwa „Polski Lubelskiej”.
Już w 1945 roku został zastępcą kierownika Wydziału Śledczego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie, a rok później objął jego kierownictwo. Od 1947 roku podlegała mu większa część więzienia mokotowskiego, w tym pawilony X i XI, a od jesieni 1949 roku także specjalny pawilon śledczy, który więźniowie nazwali „Pałacem Cudów”.
O tym miejscu po swojej ucieczce na Zachód mówił Józef Światło, jeden z zauszników Różańskiego. Wspominał je jako „takie ciche, tajne sądy w więzieniu mokotowskim, w dwóch małych pokoikach, tuż na lewo od głównego wejścia”.
Do więzień śledczych trafiali ludzie, których komunistyczny aparat uznawał za przeciwników nowej władzy. Nie musieli być jednak ani niemieckimi zbrodniarzami, ani nawet przeciwnikami politycznymi w ścisłym znaczeniu tego słowa. Dobrym przykładem był Kazimierz Moczarski, żołnierz polskiego podziemia, który został oskarżony przez władze o współpracę z Niemcami. W więzieniu mokotowskim przez wiele miesięcy siedział w jednej celi z Jürgenem Stroopem, generałem SS odpowiedzialnym za likwidację getta warszawskiego.
Jak zauważa Norman Davies, w komunistycznej logice nie było w tym sprzeczności: człowiek walczący z okupantem i niemiecki zbrodniarz mogli zostać potraktowani jako przedstawiciele tego samego wroga. Ale wśród osób, które trafiały w ręce śledczych, byli także ludzie z zupełnie inną biografią.
Taką osobą była np. Halina Siedlik, która podczas okupacji współpracowała z Polską Partią Robotniczą, pracowała przy partyjnej prasie i pomagała oddziałom Gwardii Ludowej. Po wojnie, z polecenia Mariana Spychalskiego, została sekretarką Piotra Jaroszewicza. Właśnie z powodu tych kontaktów trafiła do aresztu – w apogeum polskiego stalinizmu władze chciały wymusić na niej zeznania obciążające Spychalskiego, a pośrednio uderzyć we Władysława Gomułkę.
Przez kilka miesięcy śledztwo nie przynosiło jednak oczekiwanych rezultatów. Różański był odgórnie zobowiązany do tego, by prowadzone przez niego sprawy kończyły się „sukcesem”. Dodatkową zachętą dla niego i jego podwładnych był system nagród. Największe śledczy dostawali za każdą sprawę zakończoną karą śmierci. W takim systemie „sukcesem” mogło być nie tyle ustalenie, co rzeczywiście się wydarzyło, lecz uzyskanie materiału, który potwierdzał przyjętą wcześniej wersję.
Dobrze pokazuje to epilog sprawy Kazimierza Moczarskiego. W grudniu 1956 roku (czyli już po tym, gdy kariera Różańskiego się załamała), sąd go uniewinnił W uzasadnieniu podkreślił, że zarzuty „były wynikiem śledztwa naciągniętego wbrew faktom do powziętych z góry koncepcji”.
O tym, jak w praktyce wyglądało takie śledztwo, opowiadała np. Krystyna Arciuch, prawniczka i działaczka komunistycznego podziemia, która sama trafiła do więzienia w okresie stalinowskim. „Jawnie drwiono sobie z prawa” – wspominała. Nie przedstawiono jej nakazu aresztowania ani jego przedłużenia, przez pięć lat trzymano ją w areszcie śledczym. Protokoły przesłuchań rzadko zawierały nazwisko przesłuchującego, adwokaci nie mieli dostępu do oskarżonych, nie powoływano świadków obrony, a więźniowie nie mieli prawa do widzeń ani korespondencji. W takich sytuacjach do przesłuchania osobiście wkraczał Różański i to on „decydował, czy śledztwo ma być ostre”.
Zdzisław Uniszewski prawnik współpracujący z Ośrodkiem „Karta” opisywał jego metody: „sam bił do krwi, tolerował bicie i podżegał do niego podwładnych mu funkcjonariuszy”, a jego szczególną „umiejętnością zawodową” było psychiczne dręczenie przesłuchiwanych i wydobywanie od nich informacji, często fałszywych, których wcześniej nie podaliby nawet podczas tortur w katowniach gestapo.
W przypadku Moczarskiego skala przemocy była ogromna. W pozwie przeciwko funkcjonariuszom wymieniał „czterdzieści dziewięć rodzajów maltretacji i tortur”. Różańskiemu przypisywał także szczególnie okrutną formę nacisku - Moczarskiemu powiedział, że jego żona Zofia, chorująca na gruźlicę, nie żyje, co nie było prawdą.
Inną formę „tortur moralnych” zastosował też wobec Emilii Marceliny Malessy, ps. „Marcysia”. Powoływał się na jej patriotyzm i oficerski honor. Obiecał, że jeśli ujawni członków i przywódców I Komendy WiN, żadna z tych osób nie zostanie aresztowana ani osądzona. Malessa uwierzyła, a kiedy rozpoczęły się aresztowania wskazanych przez nią osób, rozpoczęła strajk głodowy na znak protestu przeciwko złamaniu danego jej słowa.
Różański stosował także fizyczną przemoc wobec przesłuchiwanych, zwłaszcza kobiet. Cichociemny Stefan Bałuk wspominał, że jedną z rzeczy, których najbardziej nie mógł zapomnieć z Mokotowa, były „okrzyki bitych kobiet”. Eugenia Piwińska, zatrzymana w pociągu, kiedy wracała ze swoim czteromiesięcznym dzieckiem, wspominała później, że Różańskiego uważano za sadystę. Wśród stosowanych przez niego metod wymieniano bicie, stójki, karcer, gonienie po schodach, polewanie wodą czy odmawianie pomocy lekarskiej.
Najostrzejsze śledztwo miała przejść Siedlik. „Bardzo się nad nią znęcano, polewano ją w zimie wodą, bito jej męża obok” – wspominała Piwińska. Skalę przemocy pokazuje zachowana w IPN notatka dotycząca przebiegu jej śledztwa: Siedlik była kopana w krocze, przez 21 dni i nocy pozbawiana snu, wyrwano jej też większość włosów.
Śledztwa Różańskiego objęły także inne ofiary systemu stalinowskiego. Byli wśród nich rtm. Witold Pilecki, gen. August Emil Fieldorf „Nil”, płk Jan Rzepecki, Władysław Bartoszewski czy Paweł Jasienica. Różański przesłuchiwał również ludzi z własnego środowiska politycznego, gdy komunistyczne władze uznały ich za niewygodnych, w tym Władysław Gomułka i Marian Spychalski.
Sprawę Siedlik umorzono w lipcu 1953 roku i wówczas wyszła na wolność. Złożyła skargę do Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej na metody stosowane przez Różańskiego. Dwa lata później, w grudniu 1955 roku, stanęła jako główny świadek w jego procesie. O działaniach przeciw Różańskiemu mówił także Światło, wskazując na Julię Brystygierową jako jedną z osób niechętnych pułkownikowi. Twierdził, że „nienawidziła Różańskiego jeszcze z czasów lwowskich, kiedy rywalizowała z nim w donosicielstwie do NKWD”. Jak dodawał, „przez swoich kochanków Bermana i Minca, dodała swoje trzy grosze przeciw Różańskiemu”.
W marcu 1954 roku Różański zwolniono z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Niedługo później został aresztowany.
W pierwszym procesie, zakończonym w grudniu 1955 roku, skazano go na pięć lat więzienia. Po kilku miesiącach wyszedł na wolność w ramach amnestii.
Na tym jednak sprawa się nie skończyła. 2 listopada 1958 roku został ponownie skazany, tym razem na 14 lat więzienia. Sąd uznał go za winnego m.in. bezprawnego pozbawiania wolności oraz stosowania i wydawania podwładnym poleceń stosowania przemocy fizycznej i psychicznej wobec więźniów. W związku z wyrokiem został wydalony ze służby w organach bezpieczeństwa i pozbawiony stopnia oficerskiego.
Na wolność wyszedł w 1964 roku. Nie wrócił już do aparatu bezpieczeństwa. Znalazł zatrudnienie w Mennicy Państwowej. Zmarł 21 sierpnia 1981 roku w Warszawie, w wieku 74 lat.
O Różańskim pisał także Pilecki. W więzieniu stworzył wiersz-list zatytułowany „Dla pana pułkownika Różańskiego”. Czytamy tam m.in.:
„A samą bytnością już bakcyl wnosiłem,
Co skrycie się czając w pozornym niebycie,
Złem płacąc – za serce – (żem jadł tam i piłem) –
Mógł wtrącić do lochu i złamać im życie.”
Liryk kończą wersy:
„By sumą kar wszystkich – mnie tylko karano,
Bo choćby mi przyszło postradać me życie –
Tak wolę – niż żyć wciąż, a w sercu mieć ranę”.
Marta Panas-Goworska