Skoczów, 1947 r. Pisarz Gustaw Morcinek w listopadzie 1946 roku powrócił do Polski i odwiedził Skoczów, gdzie przed wojną pracował jako nauczyciel. Fot. PAP/Chmielewski
Bywały pupilami, inspiracją, a niekiedy milczącymi obserwatorami zmagań z brakiem weny. Koty zajmowały szczególne miejsce w życiu legendarnych pisarzy. Od sześciopalczastych pupili Hemingwaya po niepokornego Iwana Konwickiego – oto najsłynniejsze czworonogi, które dzieliły codzienność z mistrzami pióra.
Mruczący towarzysze od wieków pojawiają się na obrzeżach wielkiej literatury: zaglądają do gabinetów pisarzy, przemykają przez ich wspomnienia, a czasem niespodziewanie trafiają na karty książek. Dla jednych autorów byli ukochanymi pupilami, dla innych – niemal równoprawnymi mieszkańcami literackiego świata. Z okazji przypadającego na 8 sierpnia Międzynarodowego Dnia Kota zaglądamy do domów słynnych autorów, by poznać ich czworonożnych przyjaciół. I sprawdzić, jaką relację mieli z ludźmi, którzy trwale zapisali się w historii literatury.
Wielkim miłośnikiem kotów był Ernest Hemingway. W 1935 roku laureat Nagrody Nobla otrzymał od kapitana statku białego zwierzaka z polidaktylią – wrodzoną cechą polegającą na występowaniu dodatkowych palców. Kot o imieniu Snow White na pokładzie pełnił funkcję myszołapa i swoistego talizmanu przynoszącego szczęście. Dziś dawna posiadłość Hemingwaya w Key West na Florydzie, działająca jako Ernest Hemingway Home & Museum, jest domem dla niemal 60 kotów – wszystkie noszą gen odpowiedzialny za polidaktylię. Ich charakterystyczne łapy, przypominające małe rękawiczki, stanowią swoisty symbol domu pisarza. Zwierzęta swobodnie poruszają się po terenie dawnej rezydencji, a ich obecność stała się częścią dziedzictwa tego miejsca – niemal równie rozpoznawalną jak zachowane pamiątki po autorze „Starego człowieka i morza”.
W polskiej literaturze trudno o kota, który zrobiłby większą karierę niż Iwan Konwicki.
Kocur trafił do rodziny pisarza na prośbę jego córek, Ani i Marii. Konwiccy otrzymali go od Marii Iwaszkiewicz, córki Jarosława Iwaszkiewicza, która miała wówczas kocięta do oddania. W ten oto sposób do Warszawy trafił trzymiesięczny, szary, pręgowany dachowiec – początkowo nazywany Wanią, później Iwanem. Został stałym bywalcem środowiska artystycznego. O jego względy zabiegali Dygat i Holoubek. W stanie wojennym regularnie dostawał zagraniczne paczki ze smakołykami. Przez 18 lat był pełnoprawnym członkiem rodziny Konwickich, a pisarz uczynił z niego jedną z najbardziej wyrazistych postaci swojej prywatnej mitologii.
Mruczący towarzysz pisarza został bohaterem „Kalendarza i klepsydry”, który komentował rzeczywistość, krótko trzymając domowników. W rozmowach ze znajomymi twórca „Małej apokalipsy” z humorem opisywał zachowanie charakternego pupila, nazywając go m.in. „krwawym despotą”, „rozwydrzonym bydlakiem” i „egocentrycznym chamem”. Po latach kot znów trafił do literackiego świata. W 2019 roku ukazała się książka „Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz”, w której kultowe teksty pisarza zilustrowała jego małżonka Danuta. Genealogię Iwana zrekonstruowała zaś prawnuczka Iwaszkiewicza, Ludwika Włodek, która odkryła, że ojcem czworonoga był półdziki kocur należący do sąsiadów Iwaszkiewiczów, matką zaś – drobna czarna kotka Jagusia.
Do miłośników kotów należał też Mark Twain. W pewnym momencie w swoim domu miał aż 19 czworonogów, którym zwykł nadawać finezyjne imiona. Znana anegdota z życia pisarza dotyczy pupila o imieniu Bambino, który pierwotnie należał do córki Twaina, Clary. Kiedy zwierzę zaginęło, pisarz wykorzystał swoje najpotężniejsze narzędzie – pióro – aby pomóc w jego odnalezieniu. Satyryk opublikował w nowojorskiej prasie ogłoszenie z obietnicą nagrody w wysokości 5 dolarów i szczegółowym opisem czworonoga. Inny kot, Sour Mash, zapisał się w pamięci Twaina jako wyjątkowa osobowość o ogromnej niezależności. Właśnie ta kocia cecha była dla pisarza szczególnie fascynująca. Nieprzypadkowo koty tak często pojawiały się w jego tekstach i wspomnieniach. Choć Twain komentował ich zachowanie z właściwym sobie humorem, za żartami zdawał się kryć autentyczny podziw.
Swego rodzaju kocie uniwersum stworzył T.S. Eliot, który uczynił koty bohaterami własnej poezji. W 1939 roku ukazał się „Old Possum’s Book of Practical Cats”, zbiór 14 żartobliwych wierszy, w których autor stworzył galerię niezwykłych futrzastych postaci. To właśnie ten tom posłużył za kanwę musicalu „Koty” Andrew Lloyda Webbera. Zwierzęta te interesowały pisarza jako stworzenia obdarzone tajemniczą aurą. W jego wierszach otrzymały więc nie tylko imiona, ale też własne ambicje i sekrety. Z literackiej zabawy narodziła się z czasem jedna z najsłynniejszych kocich marek w kulturze popularnej. Musical „Koty” sprawił, że czworonożni bohaterowie Eliota – między innymi Macavity czy Grizabella – zaczęły żyć własnym scenicznym życiem.
Dla francuskiej pisarki Sidonie-Gabrielle Colette koty były nie tylko towarzyszami codzienności, ale stałym elementem życia, który nierzadko przenikał do jej twórczości. Obserwowała je z uwagą, ceniąc ich indywidualność. Colette nie traktowała zwierząt przesadnie sentymentalnie – dostrzegała w nich niezależne istoty, które potrafią obdarzyć człowieka zaufaniem i miłością pod warunkiem, że ten szanuje ich granice i zapewnia mu spokojną przestrzeń. Odzwierciedlenie owej fascynacji stanowiła jedna z jej najsłynniejszych powieści – wydana w 1933 roku „La Chatte”. Na kartach książki opisała relację mężczyzny z rasową kotką kartuską, która zaczyna być dla niego ważniejsza niż związek z żoną.
Szczególne miejsce w życiu innej legendy literatury, Virginii Woolf, zajmowała kotka Sibyl. Pojawia się ona w korespondencji i zapiskach autorki „Pani Dalloway” związanych z codziennym życiem, które dzieliła z mężem Leonardem w angielskiej wiosce Rodmell. Koty były immanentną częścią wiejskiego azylu, do którego Woolf uciekała od londyńskiego zgiełku i gdzie powstawały fragmenty jej najważniejszych dzieł. Sibyl nie stała się jednak literacką bohaterką na miarę kotów T.S. Eliota czy Iwana Konwickiego. Była elementem intymnego świata pisarki, który znamy z jej dzienników oraz wspomnień osób z otoczenia Woolf. Zwierzęta – podobnie jak specyficzny rytm wiejskiego życia – były dlań pretekstem do refleksji nad wolnością, samotnością i granicami ludzkiego poznania. (PAP Life)
Iwona Oszmaniec