Amerykański aktor i komik Mel Brooks pozuje po otrzymaniu nagrody BAFTA podczas gali rozdania nagród Brytyjskiej Akademii Filmowej EE 2017 w Royal Albert Hall w Londynie, Wielka Brytania, 12 lutego 2017 r. Fot. EPA/ANDY RAIN Źródło: PAP/EPA
Jego nazwisko stało się synonimem parodii. Jeśli lubisz parodie, lubisz Brooksa – ocenił w magazynie „Empire” Andrew Collins. 100 lat temu urodził się Mel Brooks – amerykański aktor, scenarzysta, reżyser i producent. Twórca takich filmów, jak „Producenci”, „Kosmiczne jaja” i „Robin Hood: Faceci w rajtuzach”.
Joseph L. Mankiewicz wygłosił przed laty słynny pogląd, że efekty specjalne i Mel Brooks to „koniec Hollywood”. Jego twórczość oparta na bezkompromisowym i często absurdalnym humorze, od początku wzbudzała emocje. Obecnie, stuletni i co godne podziwu wciąż aktywny zawodowo Brooks, postrzegany jest jako mistrz parodii, którego dzieła na stałe weszły do światowej popkultury. Należy do tzw. klubu EGOT – elitarnego grona laureatów nagród Emmy, Grammy, Oscara oraz Tony.
Urodził się 28 czerwca 1926 r. w Nowym Jorku, jako Melvin James Kaminsky. Jest synem żydowskich emigrantów z Europy. Ojciec Mela – Maximilian (syn Abrahama Kamińskiego), miał urodzić się w Gdańsku, matka zaś w Kijowie. Melvin wychowywał się bez ojca, którego stracił w wieku zaledwie trzech lat. Melem stał się skracając swoje imię, Brooksem, panieńskie nazwisko matki – Brookman (wg innych źródeł zapisywane także jako Bruckman). Jednym z powodów tej zmiany była chęć uniknięcia mylenia go z muzykiem jazzowym Maxem Kaminskim.
„Mogę być za to zły na Boga albo na świat. Jestem pewny, że dużo z mojej komedii opiera się na gniewie i wrogości. Wychowując się w Williamsburgu, nauczyłem się te uczucia ubierać w komedię, żeby zaoszczędzić sobie różnych problemów, np. ciosów w twarz” – podkreślał w wywiadach.
Zainteresowanie kinem i teatrem przejawiał już od najmłodszych lat. Szczególnie duże wrażenie zrobił na nim broadwayowski musical „Fantastyczny rejs”. Matka starała się wspierać zainteresowania syna. „W każdą sobotę dostawałem od matki trzy butelki po mleku i szedłem zwrócić je do sklepu. Dostawałem trzy centy za sztukę. Miałem więc dziewięć centów, ale wciąż brakowało mi centa, żeby pozwolić sobie na filmowy poranek w kinie. Wyobraźcie sobie, że w czasach wielkiego kryzysu, gdy z reguły nie miewaliśmy dosłownie żadnych oszczędności, moja matka szła do sąsiadów i pożyczała tego centa, żebym mógł kupić bilet” – wspominał w autobiografii Brooks.
Pierwsze aktorskie kroki stawiał... za barem niewielkiego hotelu, dorabiając do rodzinnego budżetu. Dał się wówczas poznać jako utalentowany komik, któremu z łatwością przychodzi zabawianie gości. Na profesjonalnej scenie po raz pierwszy stanął w wieku 16 lat. To właśnie wtedy postanowił zostać Melem Brooksem.
W 1944 r. osiemnastoletni Brooks wstąpił do Armii Stanów Zjednoczonych. Walczył w Europie, brał udział w bitwie o Ardeny. Po wojnie przez krótki czas pozostał w Niemczech, gdzie dawał występy w amerykańskich bazach wojskowych. Po powrocie do USA, dzięki znajomości z komikiem Sidem Caesarem, został jednym ze scenarzystów piszących dla stacji NBC. Współtworzył m.in. popularny program „Your Show of Shows”. Jeden z kolegów z pracy – Mel Tolkin - dał mu wówczas prezent, który jak sam przyznał później Brooks zmienił jego życie.
„Pewnego dnia wręczył mi książkę i powiedział: Mel, jesteś zwierzęciem z Brooklynu, ale myślę, że masz zaczątki czegoś, co nazywa się umysł. To były »Martwe dusze« Nikołaja Gogola. To było dla mnie objawienie. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czytałem. To było histerycznie zabawne i zarazem niesamowicie poruszające. To był prezent, który zmienił moje życie i ciągle raz na jakiś czas czytam tę powieść, żeby sobie przypomnieć, jak świetne może być pisarstwo komediowe” – wspominał w rozmowie z „New York Timesem”.
Podczas współpracy z Caesarem zaprzyjaźnił się z Carlem Reinerem. Mel postanowił nawiązać z nim współpracę, czego efektem był cykl skeczów „Dwutysiącletni człowiek” – pierwszy znaczący sukces, uchodzący obecnie za klasykę amerykańskiej rozrywki.
Przełomem był jednak film „Producenci” (1967) – kinowy debiut, który przyniósł Brooksowi Oscara. „Choć ten film jest okropny, niektóre jego fragmenty mi się podobały, bo uwielbiam satyrę na świat teatru. A dla satyry tak dobrej, jak najlepsze gagi Brooksa, można znieść nawet rażącą niekompetencję i głupotę większości filmu »Producenci«”– oceniła na łamach „New Yorkera” Pauline Kael.
Bankrutujący producent sztuk teatralnych, cwany i przebiegły Max Bialystock (Zero Mostel), łączy swoje siły z Leo Bloomem (nominowany do Oscara Gene Wilder) – zdolnym księgowym, który wpada na pomysł, jak łatwo zarobić milion dolarów. Receptą na taki zarobek ma być stworzenie… najgorszej sztuki teatralnej, która przyniesie same straty. Nazwisko głównego bohatera, to hołd dla wkładu, jaki w rozwój amerykańskiego kina wnieśli żydowscy emigranci z Europy Środkowo-Wschodniej. „Film ten, będący w obu znaczeniach tego słowa przezabawną parodią teatru broadwayowskiego, zapoczątkował karierę, dzięki której Brooks dominował w komedii filmowej przez co najmniej dekadę, a jego nazwisko stało się synonimem parodii” – recenzował w „Empire” Collins.
W 2001 r. Brooks dokonał musicalowej adaptacji swojego debiutanckiego filmu. Cztery lata później ponownie nakręcił „Producentów”, z Matthew Broderickiem, Umą Thurman i Willem Ferrellem w obsadzie.
Drugim filmem Brooksa był „Dwanaście krzeseł” (1970), nieudana adaptacja rosyjskiej powieści pod tym samym tytułem. Jego kariera wtedy na moment wyhamowała. Sytuację zmienił kolejny film – „Płonące siodła” (1974). Zdaniem Rogera Eberta Brooks zaserwował widzom „szaloną mieszankę filmową, która robi wszystko, by nas rozśmieszyć, z wyjątkiem uderzenia nas w głowę gumowym kurczakiem”. Po parodii westernu przyszedł czas na komedię grozy, czyli film „Młody Frankenstein” (1974) z Genem Wilderem w tytułowej roli oraz Peterem Boyle, Martinem Feldmanem, Genem Hackmanem i samym Melem Brooksem w obsadzie.
W kolejnym filmie w roli głównej podziwiać można było samego… Mela Brooksa, obok którego na ekranie pojawiają się m.in. Burt Reynolds, Liza Minnelli, Paul Newman i Anne Bancroft (prywatnie jego żona). Mowa o „Niemym kinie” (1976). „Mel Brooks zrobi wszystko, by wywołać śmiech. Wszystko. Nie ma żadnych zahamowań. Jest anarchistą; jego filmy osadzone są w świecie, w którym wszystko jest możliwe, a skandaliczne sytuacje są prawdopodobne, a film »Nieme kino«, w którym Brooks podjął spore ryzyko pod względem stylistycznym i wyszedł z tego triumfalnie, bardzo mnie rozbawił” – ocenił Ebert.
Kolejnymi zaserwowanymi przez Brooksa parodiami były filmy „Lęk wysokości” (1977) i „Historia świata: Część I” (1981). W pierwszym wziął na warsztat filmy grozy, a w szczególności twórczość Alfreda Hitchcocka. Zaś w drugim filmy historyczne. W obu główną rolę zagrał on sam.
W 1983 r. wystąpił razem ze swoją żoną w filmie Alana Johnsona „Być albo nie być”. Obraz jest remakiem filmu Ernsta Lubitscha z 1942 r. Akcja dzieje się w Warszawie w przededniu wybuchu II wojny światowej. Frederick Bronski (Brooks) wraz z żoną Anną (Bancroft) jest właścicielem teatru wodewilowego, w którym oboje też grają główne role. W czasie okupacji ich teatr odwiedzić ma sam Adolf Hitler.
„Nagraliśmy do tego filmu »Sweet Georgie Brown« po polsku. Nie ma i nie było większej radości dla mnie niż śpiewanie »Sweet Georgie Brown« po polsku z moją żoną. To było niesamowicie ekscytujące i poruszające. Mieliśmy nauczyciela polskiego, to wszystko działo się naprawdę. Czasem, kiedy spotykam kogoś z Polski, zaczynam mu to śpiewać. Oni nie znają części z Georgie Brown, ale resztę części tak. To był film, który robiło mi się najprzyjemniej w życiu” – wspominał w 2013 r.
Cztery lata po „Być albo nie być” na ekranach amerykańskich kin pojawiły się „Kosmiczne jaja” (1987). Kolejny wyreżyserowany przez Brooksa film. Obraz odebrano jako parodię niezwykle popularnych „Gwiezdnych wojen” George’a Lucasa oraz takich filmów, jak „Star Trek” i „Obcy – ósmy pasażer Nostromo”. Dwa lata po światowym sukcesie produkcji „Robin Hood. Książę złodziei” z Kevinem Costnerem w tytułowej roli, Brooks wyreżyserował swoją wersję, czyli film „Robin Hood. Faceci w rajtuzach”. Ostatnim wyreżyserowanym przez niego filmem jest „Dracula – wampiry bez zębów” (1995) z Leslie Nielsenem, jako hrabią Dracula.
W 2023 r. napisał scenariusz do „Historii świata: Część II” filmu, w którym Brooks pełni także funkcję narratora. Na 2027 r. w 40. rocznicę premiery „Kosmicznych jaj”, zapowiadana jest premiera drugiej części filmu. Mel Brooks będzie miał wówczas 101 lat.
„Nie jest łatwo wyznaczyć jasną i wyraźną granicę, na której kończy się przedstawienie realistyczne, a zaczyna postmodernistyczny pastisz. Najbardziej trywialnym sposobem wykorzystania nawiązań intelektualnych jest parodia, która w kinematografii pojawiła się niemal od początków jej istnienia” – analizował w książce „Kino końca wieku. Historia kina, tom 4” Arkadiusz Lewicki.
Filmoznawca przywołuje analizy Davida Kiremidjana, zdaniem którego „parodia nie jest właściwie dziełem sztuki, nie naśladuje bowiem działania w naturze, lecz inne dzieło sztuki”. „Parodysty nie obchodzi więc obiektywna rzeczywistość; on, tak jak twórcy postmodernistyczni, kontestuje i ośmiesza reguły rządzące sztuką. Nie jest jednak prawdą, iż każda parodia jest dziełem postmodernistycznym. Nad fikcyjnym charakterem świata przedstawionego mogą bowiem dominować inne wyróżniki któregoś z kodów sygnifikacji” – dodaje Lewicki, podsumowując, iż „dobrym przykładem jest twórczość Mela Brooksa”. „Jeśli lubisz parodie, lubisz Mela Brooksa” – ocenił w magazynie „Empire” Andrew Collins.
Mateusz Wyderka (PAP)