Na zdjęciu ofiary napadu na pociąg na trasie relacji Bełżec–Rawa Ruska dokonanego 16 czerwca 1944 roku w okolicy wsi Zatyle przez nacjonalistów ukraińskich. Autor: nieznany. Sygnatura: IPN Lu 81/1557 t. 1 (sygn. kopii cyfrowej IPNLU-2-21-1-27)/Źródło: https://zbrodniawolynska.pl/zw1/galeria-1/149,Galeria-zdjec.html
Jedni zadawali śmierć w męczarniach, aby Polacy umierali jak najdłużej. Inni ryzykowali życie, by ratować polskich sąsiadów. Ukraińcy i Ukraińcy. Albin Sulikowski, Marianna Sikora-Zawiślak i Daniela Kubiczek w rozmowie z PAP opisują dwa oblicza zbrodni wołyńskiej.
11 i 12 lipca 1943 r. UPA dokonała skoordynowanego ataku na polskich mieszkańców 150 miejscowości na Wołyniu. W sumie w latach 1943-45 na Wołyniu i w Galicji Wschodniej zginęło ok. 100 tys. Polaków zamordowanych przez oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii i miejscową ludność ukraińską. Wydarzenia te przeszły do historii jako zbrodnia wołyńska.
Prezentujemy fragmenty rozmów przeprowadzonych przez dziennikarkę PAP w latach 2018-2019.
Urodzony w Koźlińskim Majdanie Albin Sulikowski (1 marca 1931 r. - 12 sierpnia 2023 r.) opowiadał, że przed wojną z Ukraińcami żyło się bardzo dobrze. - Miałem kolegów Ukraińców, tylko z nimi się trzymałem. Święta spędzaliśmy razem – najpierw Boże Narodzenie u nas, a za dwa tygodnie byliśmy u nich. Żyliśmy ze sobą dobrze, braliśmy śluby. Ukrainki z Polakami i Polacy z Ukrainkami. Nikt nie myślał o tym, że takie rzeczy będą się dziać. Zresztą na wsi nie było żadnej polityki, każdy myślał o tym, żeby jak najlepiej pole obrodziło, żeby jak najwięcej plonów zebrać. Nie było nienawiści - wspominał.
Jesienią 1942 r. w Koźlińskim Majdanie doszło do pierwszego pojedynczego mordu. Ofiarą padł Adolf Grochowski. - Podjechali do niego na koniach, mówili, że są z policji i zabierają go na przesłuchanie. Pojechał z nimi. Przed wojną miał radio słuchawkowe, był Polakiem z duszą i sercem, dlatego jego chyba sprzątnęli pierwszego. Zamordowali go w lesie – relacjonował Sulikowski.
Kolejnymi ofiarami ukraińskich nacjonalistów byli Ludwik Szedler oraz ciężarna siostra Sulikowskiego Anna. - Szedlera wywieźli do lasu. Między palcami miał powbijane patyki, przybili go kołkiem przez brzuch do ziemi. Moja siostra w ósmym miesiącu ciąży szła z mężem do teściów w sąsiedniej wiosce. To był już lipiec 1943 r. Nie dotarła na miejsce. Ludzie znaleźli ją w rowie. Miała rozpruty brzuch, dziecko wyrzucone, mąż leżał obok martwy – opisywał.
Rodzinę Sulikowskich przed atakiem na miejscowość ostrzegł ukraiński sąsiad.
- Ten, który nas uratował, nazywał się Iwan Madera. Był już wtedy staruszkiem z siwą brodą. Powiedział do nas: „Ja na waszą krew nie będę mógł patrzeć”. Jego zięć należał do UPA i Madera dowiedział się od córki, że Koźliński Majdan zostanie wyrżnięty. Dziadek przyszedł do ojca i ostrzegł, że jutro będziemy okrążeni – wspominał.
"Moja siostra miała koleżanki Ukrainki, z jedną siedziała nawet w ławce szkolnej, bracia tak samo mieli kolegów Ukraińców. Trzymali się razem. Nikt się nie spodziewał, że oni staną się bandytami i będą nas zabijać."
Zwrócił uwagę, że „partyzanci z UPA na koniach okrążali wioskę, ale mordowali sąsiedzi z następnych wiosek ukraińskich”. - Dzieci po 14, 16 lat, dziewczynki, chłopcy. Ściągali skóry, piersi obcinali, oczy wydłubywali, żeby jak najdłużej człowiek umierał - podkreślił. Dzięki ostrzeżeniu sąsiada rodzinie Sulikowskiego udało się uciec do Równego.
Marianna Sikora-Zawiślak (z domu Plejznerowska) urodziła się 12 września 1939 r. w Mokwinie (powiat kostopolski). Kiedy rozpoczęła się rzeź wołyńska, miała zaledwie cztery lata.
– Mokwin to była niewielka wieś, można powiedzieć, że osada, mieliśmy kościółek drewniany z polskim księdzem. Mieszkaliśmy w domu częściowo murowanym, miał dwie izby, pamiętam sporą kuchnię – opisywała. Była jedną z najmłodszych z rodzeństwa. Najpierw na świat przyszedł Stanisław, później Tytus Romuald, Halina i Jan. Piąta jest Marianna, po niej rodzi się jeszcze Leonarda.
Sikora-Zawiślak wspominała, że nic nie wskazywało na to, że może dojść do masakry. Ludzie żyli obok siebie w zgodzie, spędzali ze sobą czas, bawili się razem i przyjaźnili. Jej starsze rodzeństwo chodziło do tej samej szkoły co dzieci ukraińskich sąsiadów, uczyli się wzajemnie polskiego i ukraińskiego.
- Moja siostra miała koleżanki Ukrainki, z jedną siedziała nawet w ławce szkolnej, bracia tak samo mieli kolegów Ukraińców. Trzymali się razem. Nikt się nie spodziewał, że oni staną się bandytami i będą nas zabijać – mówiła.
Kiedy zaczęły się regularne napaści na Polaków również zostali ostrzeżeni przez sąsiadów, Ukraińców. - Mój ojciec przychodził do domu i mówił, że dzisiaj mogą być u nas banderowcy. Zarządzał ucieczkę do lasu. Wtedy wszyscy uciekaliśmy, w lesie się rozdzielaliśmy, żeby nie było dużych grup - relacjonowała.
- Ukraińcy, którzy ostrzegali Polaków, tak samo się bali, żeby ktoś ich nie wydał, że sprzyjają Lachom. Podczas jednej z ucieczek do lasu ja i Halinka zabłądziłyśmy. Przez dziesięć dni chodziłyśmy od domu do domu, po lasach. Trafiałyśmy na różnych ludzi, niektórzy nas wyganiali, ale zdarzali się też dobrzy Ukraińcy, pomocni. Jedna Ukrainka przyjęła nas, dała nam jeść. Siostrę przebrała za jedną z nich. Ukrainki ubierały się inaczej niż my. Pytała, czy moja siostra potrafi się modlić po ukraińsku, ponieważ banderowcy, jak zaczepiali ludzi, to kazali się modlić. Kiedy szłyśmy przez las natknęłyśmy się na grupę Ukraińców. Pierwsza ich reakcja była taka, że jesteśmy Polkami, ale moja siostra zaczęła się modlić po ukraińsku. Wydawało się, że jesteśmy uratowane, ale mnie się strasznie chciało jeść. Zaczęłam prosić o jedzenie, ale po polsku. Ukraińcy, jak to usłyszeli zaczęli krzyczeć, że my Laszki. Ale na szczęście był tam kolega ze szkoły mojej siostry i on nas wybronił, że my Ukrainki. I darowali nam życie. Puścili nas wolno do domu - opowiadała.
Zdarzały się jednak odwrotne sytuacje - że Ukraińcy wydawali Polaków. - W trakcie chowania się w lesie dwójka mojego rodzeństwa trafiła do domu Ukrainki. Byli zadowoleni, że ona ich przyjęła. Ostrzegła ich także, że za chwilę na podwórku będą banderowcy, i poradziła, żeby ukryli się w stodole. Oni poszli do stodoły i rzeczywiście przyjechała za chwilę banda. Patrzą przez szpary w drzwiach, a ta Ukrainka pokazuje palcem na stodołę, zdradzając miejsce ukrycia mojego rodzeństwa. Dobrze, że z drugiej strony stodoły była wyjęta deska i dzięki temu wydostali się z niej. Polecieli w żyto, a Ukraińcy strzelali do nich - wspominała Wołynianka.
"Zaczęłam prosić o jedzenie, ale po polsku. Ukraińcy, jak to usłyszeli zaczęli krzyczeć, że my Laszki. Ale na szczęście był tam kolega ze szkoły mojej siostry i on nas wybronił, że my Ukrainki. I darowali nam życie. Puścili nas wolno do domu."
Ocalona opowiedziała również o wydarzeniach z 11 lipca 1943 r., czyli tzw. krwawej niedzieli. Jej rodzeństwo, Halina i Jan, było wówczas w kościele w Mokwinie.
- Wrócili roztrzęsieni. Mieli poplamione krwią ubranie. Okazało się, że banderowcy napadli na świątynię. Rozrzucili komunię świętą, księdzu poderżnęli gardło i czekali na Polaków wychodzących z kościoła. Siostra, opisując, co się działo, płakała. Brat ze strachu przez kilka godzin krył się w krzakach. Ukraińcy stali pod kościołem i kogo dosięgnęli, to atakowali - nożem, widłami. Okaleczyli wielu ludzi. Moje rodzeństwo przeżyło. Zrobili to młodzi banderowcy – wspominała.
Uzdolniony plastycznie brat Marianny - Tytus Romuald - został wydany Niemcom przez ukraińskich kolegów. Malował plakaty, które potem rozwieszano podczas akcji. Wspomina, że przychodzili do niego ukraińscy koledzy, razem słuchali radia, a potem go zdradzili.
- Niemcy go okropnie zbili, był siny jak śliwka, ale nie wydał kolegów. Moja mamusia powiedziała do niego: synu, czego nie powiedziałeś, kto z tobą był? Może by nie zbili ciebie tak mocno. Mój brat odpowiedział: nie, mamusiu, ja bym zginął i oni by zginęli, a musi ktoś zostać, żeby powiedział, co się działo na Wołyniu. Muszą zostać Polacy. Nie mogłem nikogo wydać! – opowiadała Sikora-Zawiślak, cytując słowa brata.
Ojciec Marianny, Stanisław, został zamordowany w marcu 1945 r. Wybrał się do sąsiedniej wsi na handel wymienny do znajomego ukraińskiego młynarza Andrija Kiszmana.
- Po kilku dniach zaczęliśmy go szukać, ale bezskutecznie. Dopiero po jakimś czasie jedna z Ukrainek opowiedziała mojej siostrze, jak zginął tata: przywiązali go do skrzydła wiatraku, podłożyli kamień, puścili wiatrak i tata uderzał głową w ten kamień – opisywała.
W rozmowach wspomina także grabieże, których dokonywali Ukraińcy. - Wpadali do chałupy i mówili: „to jest nasze”, i zabierali różne przedmioty. Moja mamusia nie chciała oddać patelni, dostała za to kolbą od pistoletu. Ja z kolei zauważyłam, że ukraińska dziewczynka siedząca na furmance trzyma moją ukochaną, piękną lalkę, którą dostałam od tatusia. Zaczęłam biec w jej kierunku, płakałam, chciałam, żeby mi ją oddała. Ukrainiec, który z nią był, powiedział do mnie: „won, przeklęta Laszko, bo ciebie zabiję!”. Lalka pojechała - opowiadała.
Daniela Teresa Kubiczek (z domu Dudek) urodziła się 13 kwietnia 1934 r. w Aleksandrii (powiat Równe). Jej dziadek prowadził przedsiębiorstwo zajmujące się wydobywaniem torfu, gdzie Polacy i Ukraińcy pracowali ramię w ramię.
Wspominała, że miała ukraińskie koleżanki, bawiła się z nimi, a stosunki miedzy ludźmi układały się jak najlepiej. - Ukraińcy chodzili z nami do polskiej szkoły, religię mieli oddzielnie. W Aleksandrii była cerkiew, kościół katolicki, a nawet niemiecki kościół – Kirche, bo mieszkało tam też kilka rodzin niemieckich. Mój tatuś miał wielu kolegów Ukraińców, zapraszali się nawzajem na święta i uroczystości - podkreśliła.
Sytuacja zmieniła się drastycznie wraz z rozpoczęciem rzezi. Ponieważ w Aleksandrii domy były rozproszone, napastnicy zmienili taktykę – polowali na pojedyncze osoby.
4 marca 1944 r. brat Danieli, niespełna 16-letni Walenty, oraz jego dwaj kuzyni (15 i 17 lat) pojechali saniami po paszę dla zwierząt. Trafili prosto na zasadzkę UPA zorganizowaną pod lasem.
- Zdjęli z mojego brata piękny kożuch, ze wszystkich trzech zdarli ubrania do naga. Obok paliło się ognisko, rzucili ubrania w ogień i śmiali się głośno, krzycząc, że „Lachy się palą”. Nagich, zmarzniętych chłopców zamknęli na kilka godzin w wykopanej ziemiance, a potem powiązali i wywieźli saniami głęboko w las. Gdzie dokładnie ich zamordowali i jak cierpieli, nigdy się nie dowiedziałyśmy. Ukraińcy z okolicy milczeli, nikt nic nie chciał powiedzieć – wspominała z żalem Kubiczek.
"Korolko od razu zbladł na twarzy. Powiedział do nas: »Chowajcie się szybko, bo oni już idą«. Otworzył nam drzwi do malutkiego pokoiku, gdzie stały tylko łóżko i szafa, a na łóżku leżała jego stara matka."
Po śmierci brata zostały same z siostrą i mamą. Kobietom trudno było się utrzymać, więc pomagała im babcia. Pewnego wieczoru, gdy wracały od babci, musiały wstąpić do budynku wodociągów. Mieszkał tam Ukrainiec nazwiskiem Korolko, który zaopatrywał ukrywających się w lesie bojowników w prowiant. W tym samym momencie do domu zaczęła się zbliżać grupa głośno rozmawiających mężczyzn.
- Korolko od razu zbladł na twarzy. Powiedział do nas: „Chowajcie się szybko, bo oni już idą”. Otworzył nam drzwi do malutkiego pokoiku, gdzie stały tylko łóżko i szafa, a na łóżku leżała jego stara matka. Mamusia w panice stwierdziła, że pod łóżkiem nie mamy się co chować, bo tam przecież zajrzą. Wsunęła mnie szybko pod poduszkę. Moja siostra położyła się wzdłuż pleców kobiety. Mamusia najpierw skoczyła do szafy, ale słysząc, że oni już się dobijają do drzwi, wyskoczyła stamtąd. Też położyła się na łóżku z drugiej strony kobiety i naciągnęła na nas pierzynę. To była jesień, było już dosyć ciemno, oczywiście elektryczności nie było – relacjonowała kobieta.
Napastnicy weszli do środka z mocnymi latarkami i zaczęli świecić po całym pokoju. Pytali, gdzie są „Laszki”, ponieważ ktoś zauważył wchodzące Polki.
- Korolko stał w ciemności i odpowiedział im spokojnie: „Nikt tu nie wszedł, tam leży tylko starucha chora na tyfus”. Na hasło „tyfus” wystraszyli się i zaczęli cofać. Jednak wychodząc, wyciągnęli ostre, długie szpikulce i podźgali nimi wnętrze szafy, żeby sprawdzić, czy ktoś się tam nie ukrył. Gdyby mamusia została w szafie, już by ją tam odkryli albo przebili. Jak napastnicy poszli, Korolko odetchnął i powiedział do mamusi: „Pani Dudkowa, dobrze żyliśmy, ale widzi pani, jaka sytuacja. Jakby was znaleźli, to i po mnie by było, i moją rodzinę by zabili”. Odczekałyśmy jeszcze pół godziny i po ciemku, cichaczem wróciłyśmy bezpiecznie do domu – zakończyła swoją relację Kubiczek.
Katarzyna Krzykowska (PAP)
ksi/ wj/ miś/