W dwa dni po zamachu bombowym IRA w Lisburn (7 października 1996 r.) na ulicach Belfastu. Fot. PAP/EPA/ Alan LEWIS
Zależało mi na podkreśleniu ludzkiego aspektu Kłopotów, cierpienia i ofiary. Dlatego piszę o moich sąsiadach, zwykłych ludziach, którzy ponieśli największy koszt - mówi PAP irlandzki dziennikarz Martin Doyle, autor książki „Brudne płótno. O Kłopotach w mojej rodzinnej okolicy”.
Martin Doyle o burzliwym czasie Kłopotów - trwającego ponad 30 lat konfliktu między republikanami a lojalistami na tle religii, języka, poglądów politycznych - pisze nie przez pryzmat jej najsłynniejszych bohaterów czy najgłośniejszych wydarzeń, ale historii północnoirlandzkiej prowincji, niewielkiej parafii, w której się urodził. Mimo oddalenia od centrum politycznych wydarzeń historia naznaczyła także tę małą społeczność. Autor w „Brudnym płótnie” przywołuje opowieści znane, jak zabójstwo członków zespołu Miami Showband, przypomniane w 2019 r. przez Netflix w filmie dokumentalnym Stuarta Sendera, a także historie swoich sąsiadów, żyjących w okolicy rodzin, ofiar Kłopotów, o których nie rozpisywały się gazety i nie kręcono filmów.
Doyle - podkreślił wydawca w opisie książki - „tworzy opowieść poruszającą szczególnie tam, gdzie wplata w tekst osobiste historie ofiar i ich rodzin, pokazując rozmaite punkty widzenia i postawy wobec Kłopotów. Autor nie stroni przy tym od humoru i wzmianek autobiograficznych, dzięki czemu otrzymujemy wyjątkowo autentyczne świadectwo”.
PAP: Jaki cel przyświecał panu podczas pisania książki? Nie jest to próba wyczerpującego przedstawienia historii wydarzeń, które eufemistycznie nazywa się Kłopotami (The Troubles).
Martin Doyle: Poproszono mnie o napisanie eseju do antologii na temat mojego pochodzenia - wywodzę się z klasy pracującej. Ale gdy dorastałem ważniejsza niż klasa była religia. Bycie katolikiem oznaczało status obywatela drugiej kategorii. Urodziłem się w 1967 r. w kraju rządzonym przez protestancką władzę w Londynie, katolicy byli dyskryminowani w pracy i na rynku mieszkaniowym, a przez rejony, w których mieszkali, regularnie przechodziły protestanckie marsze. Mój tekst na ten temat ukazał się nie tylko w antologii, ale także w gazecie, z którą współpracuję, „The Irish Times”. Pisałem o wpływie, jaki konflikt w Irlandii Północnej miał na małą społeczność, w której dorastałem.
W latach 70. zamordowano dwóch synów naszego mleczarza Barneya, on sam został postrzelony. Zamordowano też jego brata. W końcu Barney wyjechał. Pewnego dnia jeden z czytelników mojej gazety napisał do mnie, że jest jego synem. I spytał, czy chciałbym się spotkać z jego ojcem. Było to dla mnie bardzo poruszające doświadczenie, nie widzieliśmy się wiele lat. Nie wiedziałem, że około 2000 r., po śmierci żony Barneya, rodzina postanowiła przenieść groby zamordowanych braci i pogrzebać ich obok matki. Że zrobili to sami.
"Pewnego dnia jeden z czytelników mojej gazety napisał do mnie, że jest jego synem. I spytał, czy chciałbym się spotkać z jego ojcem. Było to dla mnie bardzo poruszające doświadczenie, nie widzieliśmy się wiele lat."
Samo to, że wykopali szczątki swych braci i złożyli je w nowych trumnach, wydało mi się wstrząsające. To gest miłości i symbol głębokiej traumy. Rzecz trudna do pojęcia, ale dobrze oddająca to, co nazywam długą traumą Kłopotów - śmierć nie jest czymś, co się przytrafia, z czym się uporasz i idziesz dalej przed siebie. Śmierć niesiesz ze sobą przez resztę życia. Natomiast to, co spotkało rodzinę tego mleczarza, nie było przypadkiem, lecz częścią szerszego zjawiska. Broni, z której zastrzelono jego synów, użyto także w wielu innych morderstwach w okolicy. To odkrycie doprowadziło do dochodzenia w sprawie Gangu z Glenanne, współpracy grup paramilitarnych, policji i brytyjskich żołnierzy.
W książce „Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej” Patrick Radden Keefe opowiedział o Kłopotach poprzez historię sióstr Dolours i Marian Price, zaginięcia Jean McConville i możliwego udziału w tym zaginięciu Gerry'ego Adamsa (polityka, aktywisty, wieloletniego przywódcy organizacji niepodległościowej Sinn Féin - PAP). Nie brakuje podobieństw w naszych książkach. On opowiada o tej historii poprzez jedno wydarzenie, jednak jego bohaterowie to znani ludzie, jak Adams. Ja staram się mówić o Kłopotach przez pryzmat miejsca, z którego się wywodzę, małej parafii oddalonej od wielkich miast, ośrodków władzy i polityki.
PAP: Wydawać by się mogło, że na peryferia nie dociera wielka polityka.
M.D.: Noel, jeden z synów Barneya, pokazał mi to, co zostało z ich rodzinnego domu na wsi. Od 1976 r. stoi w ruinie. To miejsce traumy, w którym zamordowano ludzi. Chciałem je jednak zobaczyć, stanąć przed nim, zamiast udawać, że nie istnieje. O to chyba w tym wszystkim chodzi: jak radzić sobie z tragedią? Czy uznać, że co było, to było, i lepiej do tego nie wracać, czy też badać i dociekać prawdy? Kto za to opowiada? A potem jak żyć z tym dalej - może z głębszym zrozumieniem, może nawet dzieląc się tym z innymi. Moim zdaniem zamiatanie pod dywan nie przynosi ukojenia, a jedynie odkłada w czasie traumę, z którą będą się musiały zmierzyć przyszłe pokolenia. Prawda musi zostać ustalona i przekazana dalej, jeśli mamy wyciągać wnioski, uczyć się na własnych błędach.
Noel zawiózł mnie także w miejsce, gdzie zastrzelono protestanckiego policjanta, znajomego rodziny. A także na pole, na którym stała niegdyś chata, gdzie w wybuchu bomby zginęło trzech brytyjskich żołnierzy. Kilkanaście miejsc w okolicy jest naznaczonych taką historią. Chciałem opowiedzieć także te historie. Zebranie ich w książce wydało mi się bardziej znaczące niż skupienie się na jednej. W ten sposób lepiej mogłem oddać skutki tej przemocy, jej wpływ na małą społeczność.
PAP: Mnogość nazw organizacji paramilitarnych, policyjnych, wojskowych, skrótów i akronimów w książce może zdezorientować. Z drugiej strony przypomina, że to - frakcje, podziały, ideologie - ostatecznie nie ma znaczenia. Przecież na końcu ktoś ginie i jakaś rodzina cierpi.
M.D.: Zależało mi na podkreśleniu ludzkiego aspektu Kłopotów, cierpienia i ofiary. Nie polityków i nie paramilitarnych, choć to oni są najbardziej odpowiedzialni. Chciałem pisać o moich sąsiadach, o tak zwanych zwykłych ludziach, którzy ponieśli największy koszt. To książka antywojenna. Choć w latach 60. często protestowano w sposób pokojowy, biorąc przykład z amerykańskiego ruchu praw obywatelskich, te pokojowe protesty były brutalnie tłumione. Skoro nie pozwolono na zaprowadzenie zmiany pokojowo, niektórzy sięgali po przemoc. Ginęli niewinni ludzie, terroryzowano społeczności.
„Krwawa niedziela”, gdy brytyjscy żołnierze otworzyli ogień do pokojowego marszu w Derry, zabijając 13 osób, była największym sukcesem rekrutacyjnym IRA. A w organizacji byli ludzie, których zamiarem była walka z państwem za pomocą przemocy. Nie tylko nie mieli racji strategicznie, ale także moralnie. Rozpoczęli wojnę, choć nie mogli jej wygrać, a jej ofiarami byli ich protestanccy sąsiedzi. Zamieniło się to w wojnę domową, naznaczyło całe pokolenia.
PAP: Czy wyobrażał pan sobie jako chłopak, że pewnego dnia Kłopoty się skończą?
M.D.: Urodziłem się w 1967 r., Kłopoty zaczęły się w 1969. Nie znałem innej rzeczywistości, nie widziałem drogi wyjścia. Latem 1989 r. byłem w Berlinie i Pradze, widziałem, jak zachodzi wielka zmiana. Pamiętam, że czułem zazdrość, prawie gniew na myśl, że Niemcy się zjednoczą. Nie widać było podobnej nadziei w Irlandii, choćby na koniec przemocy. Kiedy w 1994 r. rozpoczęto negocjacje, które doprowadziły do porozumienia wielkopiątkowego, wciąż nie wierzyłem, że ten węzeł da się rozplątać. Gdy się udało, zdawało się to prawdziwym cudem.
Książka „Brudne płótno. O Kłopotach w mojej rodzinnej okolicy” Martina Doyle'a (przeł. Maciej Studencki) ukazała się nakładem wydawnictwa ArtRage. (PAP)
pj/ miś/