Ignacy Mościcki , polski polityk i chemik. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1926–1939. Fot. PAP/CAF-reprodukcja
2 października 1946 r. na emigracji w Szwajcarii zmarł Ignacy Mościcki. Zapamiętano go przede wszystkim jako prezydenta i naukowca, ale w wielu rodzinach odegrał także inną rolę – dla ponad 900 chłopców był ojcem chrzestnym.
Można powiedzieć, że patriotyzm i zamiłowanie do działalności konspiracyjnej Ignacy Mościcki miał w genach. Był bowiem synem ziemianina Faustyna Mościckiego, który pod pseudonimem Markiewicz dowodził jednym z oddziałów partyzanckich w powstaniu styczniowym. Nie dziwi zatem fakt, że Ignacy już jako uczeń gimnazjum buntował się przeciwko przymusowemu prowadzeniu młodzieży do cerkwi na nabożeństwa dziękczynne związane ze zwycięstwami Rosji w wojnie rosyjsko-tureckiej. Za karę w dni wolne zamykano go na kilka godzin w klasie. Był też karany za łamanie zakazu mówienia w szkole po polsku.
Urodził się 1 grudnia 1867 r. – był o cztery dni starszy od Józefa Piłsudskiego, z którym los miał go związać na długie lata.
W czasie nauki w Ryskim Instytucie Politechnicznym, po tym, jak został wybrany gospodarzem „Welecji” – tamtejszej polskiej korporacji studenckiej – próbował organizować koła samokształcenia. W późniejszych latach działał najpierw w Związku Młodzieży Polskiej „Zet”, który nie do końca mu odpowiadał, a następnie w II Proletariacie. W trakcie studiów trzymał też pieczę nad tajną drukarnią oraz kolportażem konspiracyjnej prasy. W 1890 r. pod ubraniem przemycił nawet z Berlina około 40 kg czcionek. Jak sam twierdził, „brak bibuły dla organizacji politycznej pod caratem to brak krwi, anemia, skazująca organizację na suchotniczy żywot”.
Gdyby dalsze wydarzenia w życiu Ignacego Mościckiego potoczyły się inaczej, nie miałby okazji zostać ani sławnym chemikiem, ani prezydentem Polski. Wszystko dlatego, że zaangażował się w działalność spiskową, która już wtedy mogła zakończyć się jego śmiercią. Mościcki miał 24 lata i planował skonstruowanie bomby, która miałaby zabić ówczesnego generał-gubernatora Warszawy Josifa Hurkę. Posłużyć do tego miała nitrogliceryna, której litr Mościcki sam wyprodukował w swoim warszawskim mieszkaniu.
Ignacy Mościcki wraz z Michałem Zielińskim mieli przeprowadzić zamach samobójczy. W międzyczasie przyszły prezydent testował pod Warszawą różne ładunki wybuchowe. Sam zamach miał polegać na tym, że obaj spiskowcy, przebrani za rosyjskich oficerów, wtargną na nabożeństwo odbywające się w soborze Trójcy Świętej przy ul. Długiej.
Mościcki w swoich wspomnieniach opisał to tymi słowami: „Zdecydowaliśmy wtargnąć w mundurach oficerskich w dniu galowym do wnętrza soboru, gdzie gromadziły się najwyższe sfery naszych siepaczy, i salwą bomb ich powitać, ginąc razem z nimi!”. Do tego przygotowywał nawet swoją żonę, informując ją, że niedługo zostanie wdową. Rosyjskie służby wpadły jednak na trop potencjalnego spisku i od pewnego momentu pilnowały potencjalnych zamachowców na każdym kroku. Zieliński spróbował doprowadzić całą akcję do końca. Został jednak aresztowany i zmarł po przegryzieniu ampułki z cyjankiem, zanim doprowadzono go do cyrkułu.
Mościckiego nie było już w tym momencie w kraju, ponieważ na dość stanowcze zalecenie Zielińskiego pod koniec lipca 1892 r. przez Berlin i Rotterdam wyjechał do Londynu. Nie znał wtedy języka angielskiego. Zresztą, jak sam przyznawał we wspomnieniach, nauka języków obcych nie przychodziła mu łatwo. Podczas pobytu w Wielkiej Brytanii imał się różnych prac. Zajmował się rzeźbieniem w drewnie, był też pomocnikiem fryzjerskim, który wsławił się w okolicy tym, że odmawiał przyjmowania napiwków. Później wsparła go finansowo matka i dzięki jej funduszom udało mu się kupić zakład, w którym produkował kefir. Zainteresowanie jego produktami było jednak niewielkie, a zatem Mościcki po raz kolejny się przekwalifikował, by tym razem zająć się stolarką.
To właśnie na emigracji Ignacy Mościcki poznał Józefa Piłsudskiego, z którym dość szybko połączyła go szczera przyjaźń. Obaj utrzymywali ze sobą częsty kontakt, a sam Ziuk, czyli towarzysz „Wiktor”, jak zwano wtedy Piłsudskiego, wprost uwielbiał przebywać w domu Mościckich. Tak zresztą wypowiadał się o tym sam Piłsudski, kiedy Mościcki został wybrany na prezydenta Polski: „Znam profesora Mościckiego od bardzo dawna i nie raz w mem życiu, podróżując po Świecie, zawadzałem o niezwykle gościnny i serdeczny Jego dom”.
To właśnie Józef Piłsudski stał po latach za pomysłem, by po tym, jak sam odmówił objęcia tego stanowiska, kolejnym prezydentem Polski został Ignacy Mościcki. Było to zaskakujące nawet dla samego Mościckiego, który, jak wspominał, w nocy po wysunięciu jego kandydatury nie zmrużył oka.
Jako prezydent Ignacy Mościcki zyskał nowe możliwości działania. Na emigracji jego żona Michalina urodziła kilkoro dzieci. Tymczasem po objęciu urzędu prezydenta Mościcki został również ojcem chrzestnym ponad 900 chłopców. Sam wyszedł z taką inicjatywą tuż po swoim zaprzysiężeniu w czerwcu 1926 r. Zadeklarował, że będzie „honorowym ojcem chrzestnym każdego siódmego syna urodzonego z obywateli polskich, w rodzinie rdzennie polskiej, katolickiej i dotychczas niekaranej sądownie”.
Pomysł wynikał z przekonania Mościckiego, że po latach zaborów i wojny naród polski powinien się jak najdynamiczniej rozwijać.
Chrześniacy Mościckiego mieli korzystać z ulg w opłatach za naukę, także za granicą, tańszej opieki lekarskiej oraz ulg w przejazdach koleją, a na dobry początek dostawali po 50 złotych na książeczce oszczędnościowej założonej w Pocztowej Kasie Oszczędności.
Oświadczenie prezydenta Mościckiego miało charakter czysto prywatny. W praktyce zaczęto jednak tę sprawę traktować niezwykle poważnie, a z czasem ukształtowała się nawet specjalna procedura. Zdarzało się, że jej finałem był rzeczywisty chrzest, podczas którego Mościcki zostawał ojcem chrzestnym siódmego syna. Przyrzeczenie miało dotyczyć rodzin, dlatego istniał wymóg wcześniejszego zawarcia małżeństwa, bez rozwodów w rodzinie. Śmierć ojca przed chrztem, ale już po złożeniu wniosku, nie dyskwalifikowała jednak potomka.
System podobny do zaproponowanego przez Mościckiego istniał również w Prusach, przy czym obowiązywała w nim równość płci – dotyczył także dziewczynek. Od zasady dotyczącej kolejności synów również zdarzały się wyjątki, np. kiedy zgłaszano bliźniaków urodzonych jako szósty i siódmy albo siódmy i ósmy syn. Zdarzył się też przypadek, w którym odstąpiono od reguły, a Ignacy Mościcki został ojcem chrzestnym siódmego, ósmego i dziewiątego syna, którzy nie urodzili się tego samego dnia. Jeszcze inaczej określano liczbę synów w rodzinach, w których związek małżeński zawierało dwoje wdowców – wtedy synów z obu poprzednich związków sumowano.
Różnie wyglądało również przestrzeganie pozostałych wymogów. Co do zasady chrześniakiem Mościckiego mógł zostać jedynie syn wywodzący się z polskiej rodziny wyznającej wiarę rzymskokatolicką. Jak jednak wynika z akt archiwalnych, zdarzało się, że zostawali nimi również synowie z rodzin prawosławnych czy baptystycznych. Odnotowano nawet przypadek, w którym ojciec siódmego syna z prawosławnej rodziny złożył wniosek, ponieważ chciał, by jego potomek wychowywał się w wierze rzymskokatolickiej. Również narodowość ukraińska, białoruska czy ruska nie zawsze stanowiła przeszkodę.
17 września 1939 r., podobnie jak większość innych przedstawicieli najwyższych władz Rzeczypospolitej, Mościcki przez Zaleszczyki opuścił kraj. Złożył urząd i udał się do Szwajcarii. Miał tam zapewnioną możliwość korzystania z pełni praw przysługujących obywatelom szwajcarskim, ale odmówiono mu immunitetu dyplomatycznego. Od polskiego rządu na emigracji otrzymywał niewielką pensję. Pracował w laboratorium firmy Hydro-Nitro, dopóki pozwalało mu na to zdrowie. W 1940 r. zaczął pisać „Autobiografię”.
Zmarł 2 października 1946 r. w Versoix, gdzie też pierwotnie został pochowany. W swoim testamencie zapisał: „PS. Trumna moja ma być bezpośrednio zakopana w ziemi. Murowanego grobu stanowczo sobie nie życzę. Również nie życzę sobie żadnych pomników”.
10 września 1993 r. jego szczątki zostały sprowadzone do Polski. Tym razem spoczęły w krypcie katedry warszawskiej. Pewnym paradoksem jest fakt, iż odprawione w jego intencji nabożeństwo żałobne odbyło się w świątyni, która jeszcze wiek wcześniej służyła jako świątynia prawosławna. Była to ta sama świątynia, w której Ignacy Mościcki wraz z Michałem Zielińskim planowali przeprowadzić zamach na generał-gubernatora. W ten sposób losy Ignacego Mościckiego symbolicznie zatoczyły koło.
Herbert Gnaś (PAP)