Brama Stoczni z Gdańskiej 31 sierpnia 1980 r. z hasłem Proletariusze wszystkich zakładów łączcie się. Fot. PAP/CAF/Janusz Uklejewski
„Solidarność” była ostatnim totalnym zrywem w XX w. Totalnym w tym sensie, że był to ruch społeczny zdolny zmobilizować i reprezentować wszystkie grupy społeczne – mówi PAP dr Jacek Kołtan, filozof i politolog, w 46. rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych kończących strajk w Stoczni Gdańskiej.
PAP: Dlaczego strajkujący w Stoczni Gdańskiej wywiesili transparent z hasłem nawiązującym do „Manifestu komunistycznego” z 1848 roku: „Proletariusze wszystkich zakładów, łączcie się”?
Jacek Kołtan: Z pewnością nie była to próba przypodobania się władzy, skoro strajk był ewidentnie wymierzony przeciwko autorytarnym standardom politycznym i głęboko odczuwanej niesprawiedliwości. Nie zapominajmy, że bezpośrednim impulsem do strajku w Stoczni Gdańskiej było zwolnienie z pracy Anny Walentynowicz zaledwie kilka miesięcy przed jej przejściem na emeryturę. Stoczniowcy szybko zrozumieli, że nie chodzi wyłącznie o ten jeden przypadek niesprawiedliwości, lecz o to, że jest on odbiciem spraw zasadniczych: braku wolności oraz poszanowania autonomii i godności ludzi, którzy na co dzień pracują, ale niewiele z tego mają.
Interesujące jest to, że robotnicy wybrali na transparent zawieszone przed historyczną Bramą nr 2 Stoczni Gdańskiej hasło bezpośrednio nawiązujące do „Manifestu komunistycznego” Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. To dokument fascynujący, ponieważ pokazywał, w jaki sposób kształtuje się nowoczesność, jak przyspieszają rewolucja technologiczna i rozwój kapitalizmu, a równocześnie jak niewiele korzyści może z tego czerpać przeważająca część społeczeństwa, czyli proletariusze – ludzie pozbawieni własności prywatnej, często bez stałego miejsca zamieszkania i praw obywatelskich, a przez to właściwie nieuwzględnieni w projekcie politycznym ówczesnego świata.
PAP: Gdańscy stoczniowcy czuli się jak proletariusze z połowy XIX wieku?
J.K.: Użycie tego hasła jest z jednej strony ironiczne, z drugiej zupełnie poważne: stoczniowcy chcieli się trochę pobawić językiem oficjalnej propagandy w komunistycznej Polsce i pokazać, że pod jego przykrywką potrafią stworzyć strajk wymierzony właściwie przeciwko całemu systemowi komunistycznemu. Ale ta ironia ma też drugą stronę: jednocześnie uwalnia i emancypuje. Wydaje mi się, że stoczniowcom zależało na odzyskaniu języka robotniczej emancypacji z połowy XIX wieku.
Nieprzypadkowo etos solidarności rodził się w czasie rewolucji przemysłowej przede wszystkim w środowiskach robotniczych.
A samo pojęcie solidarności było nieodłącznie związane ze wspomnianym wezwaniem Marksa i Engelsa, ruchami anarchistycznymi, socjalistycznymi i komunistycznymi, a przede wszystkim z walką robotników o prawa polityczne. Apel Marksa „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się” wzywał przecież robotników, żeby mobilizowali się nawzajem i uświadamiali sobie wspólny cel oraz stawkę: własną wolność i prawo do bycia obywatelami, którego dotąd im nie przyznano. To wszystko ma swój odpowiednik w 1980 roku, gdy pozbawieni politycznego znaczenia robotnicy ponownie z wielką siłą domagali się swoich praw.

Gdańsk, sierpień 1980. Strajk w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Na zdjęciu: brama nr 2. Fot. PAP/Jakub Grelowski
PAP: W książce „Solidarność i nowoczesność” napisał pan, że inspiracją dla ostatecznej wersji logo „Solidarności” był projekt plakatu Jerzego i Krystyny Janiszewskich nagrodzony w konkursie zorganizowanym z okazji 60. rocznicy rewolucji październikowej. Zestawienie ze sobą bolszewickiego przewrotu i strajku w Stoczni Gdańskiej może się wydawać obrazoburcze.
J.K.: Chyba nikt wcześniej nie odważył się połączyć tych dwóch obrazów. Ale skoro odkryłem tego rodzaju zależności, uznałem, że warto o nich rozmawiać.
Kiedy para gdańskich artystów szukała motywów, które pozwoliłyby im przygotować plakat dla robotników w Stoczni Gdańskiej, Jerzy Janiszewski sięgnął do pracy, którą trzy lata wcześniej przygotował z Krystyną Janiszewską na konkurs z okazji 60. rocznicy Wielkiej Rewolucji Październikowej. Wygrali ten konkurs. Byli wtedy szczęśliwymi, młodymi ludźmi, którzy trafili na pierwsze strony gazet. Plakat był minimalistyczny i niezwykle klarowny w wyrazie. W 1980 r. Janiszewski postanowił ponownie wykorzystać poetykę plakatu, którą wypracował z żoną. Użył motywu czerwonej farby na białym tle, przy czym wyraźnie widać, że litery jak na murze zostały namalowane ludzką ręką. To one ostatecznie składają się na napis „Solidarność”. Nawiązania do plakatu z 1977 roku są ewidentne. Zarówno Jerzy Janiszewski, jak i Krystyna Janiszewska opowiadali o tej inspiracji i o tym, że tamten plakat odegrał istotną rolę w stworzeniu logo „Solidarności”. Uważam to za nieprzypadkowe – ludzie „Solidarności” intensywnie eksplorowali socjalistyczne imaginarium.
Ten znak można odczytywać właśnie jako pragnienie bardziej demokratycznego świata, w którym ludzie w sprawiedliwy sposób dzielą się zasobami wytwarzanymi przecież wspólnie. Nie zapominajmy, że gdy sięgniemy po uchwalony w 1981 roku przez Krajowy Zjazd „Solidarności” program „Samorządna Rzeczpospolita”, nie będzie w nim słów „własność prywatna” czy „wolny rynek”. Znajdziemy w nim za to wiele odniesień do dobra wspólnego i współodpowiedzialności.
Wiem, że dziś w Polsce ciągle jeszcze żyjemy w kulturze antykomunistycznego resentymentu, ponieważ marksizm i lewica często wciąż kojarzą się z tradycją stalinowskiego totalitaryzmu, a później z autorytaryzmem socjalistycznym.
Ale socjalizm ma także radykalnie odmienną tradycję, która ujawnia się m.in. w robotniczym i intelektualnym wymiarze „Solidarności”.

Gdańsk, sierpień 1980. Strajk w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, napisy i transparenty na ogrodzeniu stoczni od strony ulicy. Fot. PAP/Erazm Ciołek
PAP: Napisał pan, że „robotnicy realizują marzenie o komunizmie – a można potraktować ruch społeczny i związkowy »Solidarność« w latach 1980–1981 jako oryginalną realizację tego ideału”. Dlaczego pan tak uważa?
J.K.: Chcę przez to powiedzieć, że kiedy robotnicy zdecydowali się formułować swoje postulaty w Stoczni Gdańskiej, a potem, gdy członkowie i członkinie związku zawodowego „Solidarność” tworzyli dokument „Samorządna Rzeczpospolita”, odwoływali się afirmatywnie do robotniczej tradycji świata pracy, którą kilka miesięcy wcześniej nazywali wprost myślą socjalistyczną. Zatem wśród wielu wymienionych w nim tradycji – w tym chrześcijańskiej etyki czy tradycji narodowej – znalazła się także tradycja socjalistyczna. „Solidarność” w tamtym czasie traktowała te tradycje serio. Mówimy przecież o tradycji syndykalistycznej – o tworzeniu instytucji, które reprezentować będą ludzi świata pracy, a to stanowiło fundament związku zawodowego „Solidarność”.
Nie zapominajmy też, że głównym przedstawicielem i liderem tego ruchu był robotnik ze Stoczni Gdańskiej – elektryk z wykształceniem zawodowym. To właśnie on stał się centralną, symboliczną figurą, która skupiała właściwie całą energię społeczną tamtego czasu.
Takim ludziom marzył się świat rządzący się zupełnie innymi prawami niż liberalny kapitalizm rozwijany na Zachodzie, ale też innymi niż autorytarny socjalizm rozwijany w Europie Środkowej i Wschodniej.
Dokument „Samorządna Rzeczpospolita” jest właściwie dokumentem poszukiwania trzeciej drogi. Poważnie traktuje rady zakładowe i pyta, w jaki sposób ludzie mogliby oddolnie współrządzić miejscem pracy, a następnie jak ten oddolny impuls mógłby na coraz wyższym poziomie przekładać się na kształt życia politycznego Rzeczypospolitej. To niezwykły eksperyment polityczny, o którym zdążyliśmy zapomnieć i który wielu ludzi wyparło z pamięci, ponieważ Polska po upadku PRL rozwijała się według odmiennego scenariusza.
PAP: W czasie strajku w Stoczni Gdańskiej ważną rolę odegrał katolicyzm. Idea solidarności wiąże się z religijnością?
J.K.: „Solidarność” była kompozycją wielu nurtów, a tradycja chrześcijańska odgrywała w wydarzeniach 1980 r. arcyważną rolę. W Stoczni Gdańskiej odprawiano msze święte, robotnicy byli w przeważającej mierze wierzący, a rytuały religijne były dla nich ważnym punktem odniesienia. Nie zapominajmy też, że w 1981 r., kiedy odbywały się obrady pierwszego zjazdu NSZZ „Solidarność”, Jan Paweł II wydał encyklikę społeczną „Laborem exercens”, w której odwoływał się do pojęcia solidarności. Znalazła ona odzwierciedlenie także w dokumentach pierwszego zjazdu „Solidarności”. Mamy więc do czynienia z mozaiką różnych tradycji, które czynią „Solidarność” zjawiskiem interesującym właśnie ze względu na jej intelektualne bogactwo. Myślę, że to również jeden z powodów, dla których tak wiele osób mogło się identyfikować z „Solidarnością” - każdy znajdował w niej element własnej tożsamości politycznej.
PAP: Czy idea solidarności była w tym czasie żywa na Zachodzie?
J.K.: Rok 1980 był szczególny. Pod koniec lat 70. na mapie politycznej pojawiły się postacie, które wywarły ogromny wpływ na przemiany polityczne świata. Jako pierwszą wymienię Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii, liberalno-konserwatywną premierkę, która stała się symbolem radykalnego zwrotu w stronę gospodarki wolnorynkowej, deregulacji związanych z ograniczeniem roli instytucji państwowych w kontrolowaniu rynku i kapitalizmu w ogóle. W USA podobną rolę grał Ronald Reagan. Zmiany były widoczne nie tylko na Zachodzie. W Chinach Deng Xiaoping wprowadzał elementy kontrolowanego kapitalizmu, kierując kraj na drogę ogromnego rozwoju. Wśród wpływowych przywódców religijnych wymieniłbym ajatollaha Chomeiniego, który pod koniec lat 70. stanął na czele rewolucji i wprowadził w Iranie autorytarny reżim religijny. Są to postacie, które na różnych płaszczyznach wprowadzają świat w XXI wiek. Cechował je radykalny antykomunizm albo co najmniej krytyczny stosunek do tradycji lewicowej. Równocześnie rodzi się neoliberalny kapitalizm, w którym rynek marginalizuje znaczenie form społecznej samoorganizacji i kontroli świata gospodarczego czy politycznego.
Gdy zawiązuje się „Solidarność”, świat, a przynajmniej cywilizacja zachodnia, wchodzi w tak zwaną epokę późnej nowoczesności. Oznacza to, że wielkie zakłady przemysłowe przestają się znajdować w epicentrum rozwoju ekonomicznego i produkcji. Nie oznacza to oczywiście, że znikają, ale ta forma organizacji pracy stopniowo traci decydujący wpływ na organizację produkcji, a tym samym na kształt codzienności życia – relacji międzyludzkich, czasu wolnego, bezpieczeństwa zatrudnienia itd.
Dlatego uważam, że „Solidarność” była ostatnią wielką rewolucją robotniczą XX wieku i ostatnim totalnym zrywem. Totalnym w tym sensie, że był to ruch społeczny zdolny zmobilizować i reprezentować właściwie wszystkie grupy społeczne, co zdarza się niezwykle rzadko. W moim przekonaniu była to największa mobilizacja społeczna XX wieku.
Jeżeli spojrzymy na jej skalę, to niemal co druga pracująca osoba w Polsce formalnie dołączyła do związku zawodowego „Solidarność”, stając się jego członkiem lub członkinią.
Jednocześnie był to trudny moment dla rozwoju takiej mobilizacji, ponieważ cała cywilizacja zachodnia przechodziła wówczas przeobrażenia związane z komputeryzacją i informatyzacją usług, co pogłębiało indywidualizację pracy. Tym samym etos współpracy rozwijający się w wielkich zakładach przemysłowych zaczynał być marginalizowany. W tym widzę dramatyczne położenie „Solidarności”, która łatwo nie miała.
Innymi słowy, ideał socjalistycznej, samorządnej Rzeczypospolitej nie mógł zostać zrealizowany nie tylko ze względu na wprowadzenie stanu wojennego, lecz także ze względu na radykalne przemiany gospodarcze lat 80. i ogromny sukces neoliberalnego kapitalizmu, z którym właściwie niepodobna było dyskutować.

Tłum przed Halą Olivia, gdzie we wrześniu i październiku 1981 r. odbyły się obrady I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ Solidarność. Fot. PAP/CAF/Tadeusz Zagoździński
PAP: Czy to oznacza, że skoro Polska jest dzisiaj częścią Zachodu, pojęcie solidarności jest przebrzmiałe?
J.K.: Nie, oznacza to, że forma solidarności związana z kulturą przemysłową zaczęła zanikać w latach 80., ale społeczeństwa rozwijają nowe formy solidarnościowych zachowań. Ekonomiczne marzenia lat 1980-1981 z całą pewnością nie zostały zrealizowane, stając się zapomnianym dziedzictwem związku zawodowego i ruchu społecznego „Solidarność”, ale jeżeli chodzi o formy protestu, „Solidarność” była wyjątkowo oryginalnym zjawiskiem na arenie międzynarodowej i przyczyniła się do stworzenia uniwersalnych form społecznej mobilizacji przeciwko autorytarnym rządom. W tym sensie ruch społeczny „Solidarność” jest interesującym fenomenem, ponieważ rozwinął nowoczesny język mobilizacji społecznej: język postulatów związanych z ludzką godnością i prawami człowieka, język walki bez użycia przemocy. Kiedy pojawiają się dzisiaj nowe ruchy społeczne – niezależnie od tego, czy są tego świadome – często mówią językiem „Solidarności”.
Dziś mamy do czynienia z pewnym rodzajem skrytej nostalgii za wielką mobilizacją; za takim momentem w historii, w którym ludzie czują się lepsi – również w sensie moralnym; za chwilą, w której konflikty i niezgoda schodzą na dalszy plan, ponieważ ludzie wiedzą, że istnieją sprawy, które można załatwić tylko wspólnie. Wówczas napięcia i konflikty, których na co dzień doświadczamy w życiu społecznym i politycznym, stają się przynajmniej na pewien czas drugo- czy trzeciorzędne.

Poznań, 9.03.2022. Uchodźcy z Ukrainy na dworcu Poznań Główny. Fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk
Kiedy w 2022 r., po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę i masowej ucieczce Ukraińców przez granicę polsko-ukraińską, doszło do wielkiej mobilizacji społecznej, jej forma była bardzo interesująca. Wiele osób odwoływało się wówczas do doświadczenia „Solidarności”. Byli wśród nich młodzi ludzie, którzy nie mogli jej pamiętać z własnego doświadczenia. Przywoływali jednak pewien mit – wyobrażenie o tym, że całkiem niedawno ludzie w Polsce byli zdolni do wielkiej mobilizacji i do potraktowania wspólnych spraw czy wspólnego dobra znacznie poważniej, niż działo się to w życiu politycznym przez ostatnie lata.
Wydaje mi się więc, że „Solidarność”, także jako pozytywny mit, pozostaje ważnym punktem odniesienia.
Odwołania do niej pojawiają się w tak dramatycznych momentach – wtedy gdy ludzie szukają nowych form mobilizacji, aby pomóc innym znajdującym się w wyjątkowo trudnym położeniu. Gotowi są poszerzyć ograniczony horyzont własnego interesu i wychylić się na stronę innych. To ewidentny gest solidarnościowego działania.
Rozmawiał Igor Rakowski-Kłos (PAP)
Jacek Kołtan – filozof i politolog, pełnomocnik dyrektora ds. naukowych Europejskiego Centrum Solidarności, adiunkt na Uniwersytecie Gdańskim, autor książki „Solidarność i nowoczesność. Przemiany pojęcia solidarności od rewolucji francuskiej do pokojowej rewolucji 1980 roku”.
irk/ jkrz/ miś/