Okładka Pomocnika Historycznego "Polityki". Fot. Polityka
Gdzie się zaczynała, a gdzie kończyła Warszawa za czasów „Lalki”, dlaczego nie ma czego zazdrościć Izabeli Łęckiej, kogo Prus sportretował, a kogo pominął w swojej powieści? – odpowiedzi na te i inne pytania znaleźć można w Pomocniku Historycznym „Polityki”: Warszawa czasów „Lalki”.
Podwójna premiera – filmu oraz serialu na podstawie powieści Bolesława Prusa zaowocowała wzrostem zainteresowania dziejami XIX-wiecznej Warszawy. W podróż po tej epoce zaprosili autorzy Pomocnika Historycznego „Polityki”, nie tylko historycy, ale też np. etnografka Wika Filipowicz, kulturoznawczyni Alicja Urbanik-Kopeć i specjalistka od literatury Agata Zawiszowska-Semeniuk.
Lekturę warto zacząć od tekstu profesora Uniwersytetu Warszawskiego Błażeja Brzostka, który szczegółowo opisał przestrzeń Warszawy. To jedno z największych w XIX wieku miast imperium Romanowych zajmowało znacznie mniejszy obszar niż obecnie. Południowy jego kraniec wyznaczały Park Łazienkowski i Rogatki Mokotowskie, a cały Mokotów (podobnie jak Ochota i Wola) znajdował się już poza jego granicami.
Największą grupę mieszkańców stanowili Polacy, ale co trzeci z Warszawiaków był Żydem. Sporo było też Rosjan (nie tylko wojskowych i urzędników), a także Niemców. Od narodowych różnic większe znaczenie często miał status materialny i przynależność do określonej grupy. Zamożne mieszczaństwo uznawało wprawdzie siebie za podstawę kultury i rozwoju, ale miejsce na salonach gwarantowało tylko arystokratyczne pochodzenie, co na własnej skórze odczuł powieściowy Wokulski.
Przynależność do danej grupy znajdowała odbicie w architekturze, np. w rosnących jak grzyby po deszczu kamienicach. Frontowe mieszkania w nich zajmowali najbogatsi. Ściśle przy tym przestrzegano zasady, że frontowe wejście nie było przeznaczone dla wszystkich. Służba domowa, ale też usługodawcy i strażacy kontrolujący przewody kominowe wchodzili wejściem kuchennym.
Prawosławni stanowili ok. 5 proc. ludności Warszawy, ale znaczenie tej grupy przewyższało jej liczebność: byli to w większości wojskowi i urzędnicy, którzy sprawowali władzę nad miastem.
Generał-gubernator rezydował na dawnym Zamku Królewskim, odartym ze śladów obecności królów Rzeczpospolitej. Sprawował kontrolę nad wojskiem i – poprzez oberpolicmajstra – nad policją. Ten z kolei urzędował w budynku ratusza na Placu Teatralnym. Należało się do niego zwracać w niezliczonych sprawach, na przykład dla zatwierdzenia treści mowy pogrzebowej, a także z prośbą o zgodę na zatrudnienie służby domowej czy stróża.
Władzę cywilną nad miastem sprawował prezydent. Sokrat Starynkiewicz, gdy to stanowisko obejmował, nie zdradzał z początku niczym, że tak dobrze się zapisze w pamięci Warszawiaków.
Tomasz Targański, który w „Pomocniku” poświęcił oddzielny tekst, przypomniał że przed Starynkiewiczem przedstawiciele rosyjskiej administracji wysyłani do Warszawy traktowali to jak zesłanie dla ludzi o niedostatecznych kwalifikacjach. Stanowisko prezydenta było bardziej reprezentacyjne niż wiążące się z realną władzą. Zakres obowiązków ograniczono do funkcji administracyjnych, bez realnego wpływu na budżet czy prawo decydowania o inwestycjach.
Już na samym początku urzędowania Starynkiewicz podjął się jednak wielkiego zadania modernizacji i rozbudowy kanalizacji miejskiej. W połowie lat 70. XIX w. stan sanitarny Warszawy był bowiem godny pożałowania, a wody pitnej często brakowało. Dzięki Starynkiewiczowi i projektowi Williama Lindleya, to się zmieniło. Największym wyzwaniem było jednak przekonanie odpowiednich czynników w Petersburgu że taka inwestycja ma sens. Starynkiewicz wielokrotnie jeździł w tej sprawie do carskiej stolicy. W końcu udało mu się uzyskać zgodę na opłacenie części robót z pożyczek, a pozostałą (większą) część pieniędzy zdobył, wypuszczając obligacje miejskie.
Poza wodociągami Starynkiewicz dał się poznać jako wielki zwolennik powołania do życia regularnego transportu publicznego. Od 1866 r. działała wprawdzie linia tramwajów konnych łącząca dworce Wiedeński z Petersburskim, ale to Starynkiewicz w ciągu zaledwie dwóch lat błyskawicznie rozbudował sieć tramwajową. Był modernizatorem – przypomniał Tomasz Targański - wierzył, że aby zmienić coś na lepsze, trzeba to najpierw dogłębnie poznać.
W dodatku miał liberalne (przynajmniej jak na carskiego urzędnika) poglądy na sposób zarządzania imperium. W kwestii języka i szeroko pojętej kultury był zwolennikiem autonomii Królestwa Polskiego. Wielokrotnie wyrażał się krytycznie o carskim aparacie administracyjnym. „Rozsierdziło mnie przemianowanie ulic warszawskich na modłę rosyjską” – zapisał w swoim dzienniku w 1888 r. Kiedy zaś Polacy zabiegali o budowę pomnika Adama Mickiewicza, Starynkiewicz był zdania, że jest to inicjatywa prywatna i carskiemu rządowi nic do tego. Opowiedział się więc za umieszczeniem na nim tablicy w języku polskim, stwierdzając niedwuznacznie: „Wszak język rosyjski jest tutaj wyłącznie językiem urzędowym”.
Tomasz Targański przypomniał również, że choć Starynkiewicz sam nie mówił po polsku, świetnie ten język rozumiał i prosił, aby Polacy rozmawiali przy nim w ojczystym języku.
W kolejnym tekście ten sam autor odmalował mikroświat rosyjskiej Warszawy: z jednej strony luksusowe sklepy, eleganccy oficerowie gwardii, bale i rauty na Zamku Królewskim, z drugiej represje i złowieszczy cień Cytadeli.
Przechadzając się po Warszawie w czasach Wokulskiego, bylibyśmy zdumieni mnogością mundurów – podkreślił Tomasz Targański. Przypomniał, że po stłumieniu powstania styczniowego stan wojenny wprowadzony w Królestwie Polskim nigdy nie został formalnie zniesiony, więc obecność wojsk rosyjskich – tak skutecznie pominięta przez autora „Lalki” – stanowiła nieodłączną część krajobrazu miasta. Na ulicach roiło się od carskich oficerów w ciemnozielonych wojskowych kurtkach z epoletami, ze skórzanymi pasami wokół talii. W dorożkach widać było brodatych generałów w płaszczach z szerokimi klapami, a za nimi – w obstawie – podążali Kozacy z nahajkami.
Jeszcze bardziej egzotyczny widok stanowiły formacje Czerkiesów w wysokich baranich czapkach, z zakrzywionymi szablami u boku i kindżałami za pasem. Najszerzej rozpoznawalnym – i najbardziej znienawidzonym elementem codzienności – był niebieski mundur owianej złą sławą carskiej policji politycznej, czyli Korpusu Żandarmów. Obok mundurów wojskowych pełno było także mundurów cywilnych, jako że w całym Imperium Rosyjskim wszyscy urzędnicy, od gubernatora do szeregowego pracownika biblioteki, zobowiązani byli nosić uniformy, zazwyczaj w formie fraku z wysokimi, sztywnymi kołnierzami na wzór wojskowy.
Opera, balet czy sale restauracyjne były tymi nielicznymi przestrzeniami, gdzie sfery życia carskich oficerów i cywilnych mieszkańców Warszawy się przecinały. Obie grupy wytworzyły formalne normy, pilnując, aby linia podziału się nie zamazała. Przez cały okres popowstaniowy przedstawiciele carskiej kadry oficerskiej musieli na przykład uzyskać od przełożonych oficjalną zgodę na małżeństwo z kobietą wyznania rzymskokatolickiego. Tylko członkowie Korpusu Żandarmerii pod żadnym pozorem nie mogli żenić się z Polkami. Zakazu tego ściśle w Królestwie przestrzegano, a jego naruszenie mogło skutkować usunięciem ze służby.
Po zapoznaniu się z opisem Warszawy, sylwetką jej prezydenta i charakterystyką „rosyjskiej” Warszawy warto sięgnąć po szczegóły z życiorysu autora „Lalki”. Justyna Sobolewska, która napisała o Bolesławie Prusie, zwróciła uwagę, że w biografii pisarza wciąż pełno jest pustych miejsc. Nawet metryka urodzin była przedmiotem sporów: czy rzeczywiście urodził się 20 sierpnia 1847 r. w Hrubieszowie.
Prus – jak napisała Justyna Sobolewska - nie pragnął zostać pisarzem, a gatunku powieści w ogóle nie poważał. Fascynowały go za to nauki ścisłe. W szkole okazało się, że ma zdolności matematyczne, zakończył ją z bardzo dobrymi ocenami, i zdecydował się na studia w Szkole Głównej Warszawskiej na wydziale matematyczno-fizycznym. Marzył o karierze naukowca i wynalazkach, o studiowaniu inżynierii w Petersburgu, ale nic z tego nie wyszło, prawdopodobnie z powodów finansowych. W rezultacie - na szczęście dla miłośników twórczości - nie skończył żadnych studiów. Dorabiał korepetycjami i zaczął pisać do gazet, choć był również krótko robotnikiem w fabryce firmy Lilpop, Rau i Loewenstein.
W młodości zdrowie nadszarpnęło mu powstanie styczniowe. Do końca życia doskwierały mu nadwrażliwość na światło, nasilająca się agorafobia i lęk wysokości. To z powodu tych przypadłości kiedy jechał dorożką przez most na Wiśle, zawsze zamykał oczy. Na dworcu w Zurychu w ataku paniki wpadł pod koła pociągu. Uratował go posługacz kolejowy. To scena prawie jak z „Lalki” – zwróciła uwagę w nakreślonym w Pomocniku Historycznym Polityki portrecie Justyna Sobolewska.
Przypomniała też, że Prus miał poczucie, że jego pokolenie zostało oszukane przez przywódców i organizatorów powstania. Wielokrotnie krytykował polskie zrywy, przejawy romantycznego ducha, które pochłaniają mnóstwo istnień, ale nie przynoszą niczego dobrego. Takim przekonaniom też dał wyraz na łamach swojej powieści.
Spełniał się jako kronikarz Warszawy. Codziennie przemierzał miasto z notatnikiem w ręku. Wszystko go interesowało – kanalizacja zaprojektowana przez Williama Lindleya, drzewka, które wyglądały mizernie i brud w Ogrodzie Saskim w części dla dzieci.
Mówiono, że potrafi lekko i z humorem pisać o sprawach ważnych. Porównywano jego pisanie do mięsa pod beszamelem, bo dobry felietonista musi mieć przede wszystkim styl lekki i dowcipny, a pod tym beszamelem, który najbardziej czytelnikom smakuje, powinno znaleźć się mięso, czyli ważny temat.
Jako pierwszy pisarz w Polsce zaczął używać maszyny do pisania. Sięgnął po nią przede wszystkim ze względu na kłopoty ze wzrokiem, ale również z powodu bardzo niewyraźnego pisma.
Bohaterami kilku kolejnych tekstów są osoby lub grupy osób, które służyły Prusowi jako inspiracja przy „Lalce”.
O arcybogatych (dzięki własnej przedsiębiorczości, a nie z racji urodzenia) Kronenbergach w Pomocniku Historycznym „Polityki” napisał Andrzej Krajewski. Najpotężniejszy z tego rodu - Leopold - nazywany był królem dróg żelaznych i bankowości. Ten pierwszy przydomek zawdzięczał m.in. rządowym kontraktom na budowy strategicznych linii: Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej oraz Kolei Nadwiślańskiej. Jego największym sukcesem okazał się jednak bank oplatający imperium Romanowów. Tworzenie tej instytucji zaczął od powołania do życia w 1869 r. Petersburskiego Banku Dyskontowego. Utworzony przez niego w Warszawie Bank Handlowy każdego roku miał obroty przekraczające 2 mld rubli, czyli wyższe niż całoroczne wpływy do budżetu Rosji.
Tomasz Targański napisał o podobnych do powieściowego Ignacego Rzeckiego sierotach po Napoleonie, Andrzej Szwarc o studentach, zaś Agata Zawiszewska-Semeniuk - o kobietach.
Autorem kilku tekstów w „Pomocniku” jest prof. Andrzej Chwalba. Bohaterem jednego z nich jest Stanisław Eugeniusz Hiszpański – szewc, który być może w równym stopniu zasłużył sobie na pomnik co Jan Kiliński. Klientami jego renomowanego warsztatu była warszawska elita. Nie musiał się reklamować w prasie, gdyż ci, którzy chcieli mieć najelegantsze i najwygodniejsze buty – i których na nie było stać – wiedzieli, jak do niego trafić.
O pozycji Hiszpańskiego w Warszawie – przypomniał prof. Chwalba - świadczył udział w składzie delegacji miejskiej, która 27 lutego 1861 r. udała się do generał-gubernatora Michaiła Gorczakowa z prośbą o zgodę na godny pochówek pięciu osób zabitych w pokojowej manifestacji. Byli w niej oprócz Hiszpańskiego m.in. Leopold Kronenberg, Tytus Chałubiński, Józef Ignacy Kraszewski. Hiszpański był jednym z tych, którzy zabrali głos w odpowiedzi na twierdzenie Gorczakowa, że strzały padły przez pomyłkę. Miał odpowiedzieć: „Jeśli z mego warsztatu wyjdą złe buty, nikt nie zapyta, który to niezręczny czeladnik towar zepsuł, ale powie partacz Hiszpański”. Ta riposta uczyniła go sławnym.
W innym tekście prof. Chwalba opisał krajobraz polityczny Europy w czasach Prusa. Wyjaśnił m.in. o co chodziło w wojnie rosyjsko-tureckiej z lat 1877-1878, która pozwoliła się wzbogacić Stanisławowi Wokulskiemu.
Koniecznie trzeba przeczytać tekst Alicja Urbanik-Kopeć o sytuacji kobiet. Bez niego nie da się dobrze zrozumieć Izabeli Łęckiej. Autorka przypomniała, że w czasach „Lalki” kobietom z kasty, do której należała bohaterka powieści Prusa, nie było czego zazdrościć.
Bez szybkiego ślubu zabezpieczającego jej przyszłość czekało je w najlepszym przypadku zastawienie w lombardzie rodowych sreber i porcelanowego serwisu. W najgorszym zaś poniżenie i zakon.
Prus – o czym przypomniała Alicja Urbanik-Kopeć - pisał w jednym ze swoich felietonów, że społeczeństwo drugiej połowy XIX w. każe kobietom płacić wysoką cenę za specjalne traktowanie. Wszystkie dowody szacunku i uwielbienia, jak prowadzenie pod rękę, ukłony, grzeczność i pobłażliwość dla damskich humorów, mężczyźni rekompensowali realną kontrolą nad każdym aspektem kobiecego życia. Ojciec, a następnie mąż decydowali, z kim młoda panna z dobrej rodziny rozmawia, czym się zajmuje, gdzie mieszka, co czyta, a także kiedy i czy w ogóle z ich wspólnego domu wychodzi. Zależne od mężczyzn dziewczęta poświęcały więc wiele wysiłku, by zyskać ich przychylność.
Anastazja Dzieduszycka, autorka książek o wychowaniu dzieci, porównywała kobiety na wydaniu do tresowanych pudli, Eliza Orzeszkowa do łaszących się kotów, lalek i delikatnych roślin doniczkowych. Rynek matrymonialny nazywała „pozłacaną klatką, w której papugi o malowanych piórach niezgrabnie naśladują mowę i obyczaje ludzkie”. Wszystko to po to, by unaocznić beznadziejną sytuację, w której znajdowały się panny na wydaniu. (PAP)
Jkrz/