NAC
Nowa Polska, o którą walczyła Armia Krajowa, miała być nie tylko państwem suwerennym i wolnym, lecz miała także stworzyć warunki do uwolnienia społecznego potencjału i zbudować prawdziwie polską nowoczesność – mówi PAP prof. Dariusz Gawin, zastępca dyrektora Muzeum Powstania Warszawskiego.
PAP: „Wierzymy mocno, że z potoku krwi przelanej o wolność, z wysileń najlepszych swych synów wyrośnie wkrótce Polska wspaniała, piękniejsza i potężniejsza niż ta, którą widzieliśmy w 1939 roku” – to fragment artykułu opublikowanego na łamach pisma „Baszta” we wrześniu 1944 roku. O jaką Polskę walczyli powstańcy warszawscy, gdy myśleli o „Polsce wspaniałej”?
Prof. Dariusz Gawin: Przede wszystkim miała to być Polska wolna. Ale Powstanie Warszawskie stanowiło również kulminację tradycji insurekcyjnej zapoczątkowanej 150 lat wcześniej przez powstanie kościuszkowskie. W tej tradycji podjęcie walki i przystąpienie do insurekcji było także deklaracją etyczną. Wolność Polski postrzegano jako dobro, a jej utratę jako niesprawiedliwość i krzywdę. Odbudowanie Polski nie oznaczało zatem tylko odzyskania własnego państwa, lecz także przywrócenie ładu moralnego w świecie. Stąd brało się przekonanie, że nowa Polska będzie nie tylko wolna, ale również etyczna i nowoczesna.
PAP: Co to znaczy?
D.G.: We wszystkich powstaniach chodziło o realizację ideałów nowoczesności: demokratyzację i budowę sprawiedliwego ładu. U niektórych, jak u Zygmunta Krasińskiego, przybierało to formę bardziej chrześcijańską, inni – na przykład działacze związani z Towarzystwem Demokratycznym Polskim – odwoływali się przede wszystkim do ideałów humanistycznych, uniwersalnych i demokratycznych. Powstanie Warszawskie wpisywało się w ten sposób myślenia i była to wizja bliska polskiej inteligencji – przede wszystkim lewicowej i postępowej, tak myślał chociażby Stefan Żeromski – ale także tej, która nie miała wyraźnych afiliacji politycznych. Obraz szklanych domów jest przecież wizją państwa, które wykorzystuje nowoczesność dla dobra Polaków. Potencjał człowieczeństwa, niemożliwy do pełnego rozwinięcia w warunkach niewoli, miał zostać uwolniony i służyć budowie nowoczesnej i sprawiedliwej Polski.
PAP: Czy powstańcy chcieli przywrócenia II RP?
D.G.: W powstających podczas wojny tekstach programowych i politycznych można znaleźć założenie, że II Rzeczpospolita nie była państwem w pełni demokratycznym, a rządy sanacyjne obarczano odpowiedzialnością za klęskę wrześniową. Polityczne rozliczenie sanacji łączono przy tym z rozliczeniem niesprawiedliwości panujących w II Rzeczypospolitej. Pamiętano o brutalnie tłumionych strajkach chłopskich, prześladowaniu opozycji i osadzaniu jej przedstawicieli w Berezie Kartuskiej. Kiedy rodziło się Polskie Państwo Podziemne, uznano, że polityczną podstawę konspiracji będą stanowiły partie, które przed wojną znajdowały się w opozycji. Były to ugrupowania lewicowe i prawicowe: Polska Partia Socjalistyczna, Stronnictwo Ludowe, Stronnictwo Narodowe i Stronnictwo Pracy. Wszystkie chciały rozliczenia sanacji. Na przykład w „Programie Polski Ludowej”, ogłoszonym przez PPS w sierpniu 1941 roku, zapowiadano nawet powołanie trybunału, który miał osądzić „ozonową klikę”. Miało to być bardzo radykalne rozliczenie, bo piłsudczyków oskarżano nie tylko o doprowadzenie do klęski, lecz także o zaprzepaszczenie potencjału, który pojawił się wraz z odzyskaniem niepodległości.
Nowa Polska, o którą walczyła Armia Krajowa, miała być zatem nie tylko państwem suwerennym i wolnym w sensie politycznym, lecz miała także stworzyć warunki do uwolnienia społecznego potencjału i zbudować prawdziwie polską nowoczesność.
PAP: Po wojnie mówienie o Polsce ludowej, sprawiedliwej i demokratycznej stało się częścią rządowej propagandy i dziś może niektórym kojarzyć się wyłącznie z PRL.
D.G.: Komuniści przejęli ten rodzaj dyskursu. Wśród ludzi, którzy doświadczyli awansu społecznego w PRL, rozpowszechniło się przekonanie, że tylko Polska Rzeczpospolita Ludowa mogła być gwarantem tego awansu. Znam osoby, które uważają, że stały się inteligentami i zdobyły wolne zawody wyłącznie dzięki możliwościom stworzonym przez PRL. Nie dostrzegają, że po II wojnie światowej Polska pod władzą inną niż komunistyczna prawdopodobnie przeszłaby podobną drogę jak państwa Europy Zachodniej, a więc przyspieszony proces modernizacji społecznej. W tym kontekście można zupełnie inaczej spojrzeć na Powstanie Warszawskie.
"Powstanie Warszawskie stanowiło również kulminację tradycji insurekcyjnej zapoczątkowanej 150 lat wcześniej przez powstanie kościuszkowskie. W tej tradycji podjęcie walki i przystąpienie do insurekcji było także deklaracją etyczną."
Zazwyczaj jest ono postrzegane przede wszystkim jako wydarzenie militarne. Tymczasem w granicach wyznaczonych przez powstańcze barykady ujawniły się legalne władze państwowe. Gdyby to państwo przetrwało, nosiłoby numer trzy. Ta III Rzeczpospolita już w projektach ogłaszanych podczas okupacji zapowiadała budowę polskiej wersji welfare state, czyli państwa opiekuńczego lub państwa dobrobytu. Był to model społeczny, gospodarczy i polityczny, który zapewnił Europie rozwój i dostatek w trzydziestoleciu między 1945 rokiem a połową lat 70., kiedy nastąpił kryzys naftowy. Był to nieprawdopodobny okres rozwoju Europy, budowania jej bogactwa i integracji. To właśnie wtedy ukształtowało się w dużej mierze to, do czego odwołujemy się dzisiaj, kiedy używamy pojęcia „Zachód”. Polska od początku znajdowała się w samym sercu tego procesu – zarówno w wymiarze politycznym i geopolitycznym, jak i społecznym oraz gospodarczym. Rząd londyński był przecież sygnatariuszem Deklaracji Narodów Zjednoczonych z 1942 roku. W polskich tekstach okupacyjnych pisano o potrzebie powołania nowej organizacji współpracy międzynarodowej. Podkreślano konieczność budowania w Europie federacji i międzynarodowej współpracy, odrzucając narodowy separatyzm. W pewnym sensie przygotowywało to późniejsze myślenie o integracji europejskiej.
PAP: Czy Armia Krajowa walczyła o ideały zbliżone do programu zachodniej lewicy?
D.G.: Tak, zdecydowanie. W czasie okupacji broszura z „Programem Polski Ludowej” została przetłumaczona na język angielski i spotkała się z dobrym przyjęciem wśród labourzystów. Był to czas, kiedy pracowali oni nad założeniami przyszłego państwa opiekuńczego. Brytyjska Partia Pracy wygrała wybory w 1945 roku, a rząd Clementa Attlee wprowadził rozwiązania charakterystyczne dla państwa opiekuńczego: publiczny system opieki zdrowotnej, ubezpieczenia społeczne i budownictwo mieszkaniowe na dużą skalę. Pokazuje to, że oba sposoby myślenia rozwijały się równolegle.
Można postawić hipotezę, że gdyby ludowcy i socjaliści zdobyli władzę w Polsce, musieliby stoczyć polityczną walkę z endekami, którzy byli bardzo krytyczni wobec części tego programu. W Radzie Jedności Narodowej narodowcy zgodzili się wprawdzie na wspólny program, ale nie oznaczało to, że w pełni go popierali. Gdyby doszło do wolnych wyborów, ujawniłyby się bardzo poważne różnice. Lewica chciała nacjonalizacji wielkiego przemysłu, rozwoju spółdzielczości, silnych związków zawodowych i reformy rolnej. Endecy odnosili się do części tych rozwiązań niechętnie. Stawiali w większym stopniu na prywatną przedsiębiorczość, a kapitalizm nie był dla nich pojęciem wyklętym.
PAP: Chodziło im jednak o rodzimą przedsiębiorczość, a nie o kapitał z międzynarodowym akcjonariatem.
D.G.: Oczywiście. Warto w tym miejscu spojrzeć na powstańcze Dzienniki Ustaw. Nie zawierały one ustaw w ścisłym sensie, ponieważ Rada Jedności Narodowej była namiastką parlamentu i nie funkcjonowała w normalnych warunkach. Publikowano więc przede wszystkim rozporządzenia władz cywilnych. Dotyczyły one między innymi Niemców i volksdeutschów, bezpieczeństwa oraz systemu sądowniczego. Znalazło się w nich jednak również miejsce na decyzje dotyczące nacjonalizacji lasów, przejęcia majątków ziemskich o powierzchni przekraczającej 50 hektarów, samorządu terytorialnego czy rad zakładowych. Było to rozwinięcie elementów programu przedstawionego wcześniej przez Radę Jedności Narodowej w deklaracji „O co walczy naród polski” z marca 1944 roku. Niedoszła III Rzeczpospolita, istniejąca w Warszawie przez 63 dni, zdążyła wejść na drogę wyznaczoną przez tamten dokument. Ten aspekt powstania został później zapomniany.
PAP: Dlaczego tak się stało?
D.G.: Kwestie ideowe i programowe zeszły na drugi plan między innymi dlatego, że w PRL pamięć o powstaniu była niszczona lub zniekształcana. Koncentrowano się więc przede wszystkim na opowiadaniu o bohaterstwie, walce i oddziałach powstańczych. Projekty ustrojowe wydawały się utopijne, a ponadto pozostawały właściwie nieznane lub przejęte. Znamienne jest chociażby hasło „Polski Ludowej”, które komuniści po prostu zawłaszczyli.
PAP: Wspomniał pan o deklaracji „O co walczy naród polski”. Co dla powstańców oznaczało pojęcie narodu polskiego? Myślano o nim w kategoriach politycznych i obywatelskich czy raczej etnicznych i kulturowych?
D.G.: Jestem zwolennikiem przykładania do powstania kategorii zaczerpniętych z klasycznej filozofii politycznej. Władysław Siła-Nowicki pisał o jednym z najważniejszych fenomenów powstania: walczyły wszystkie klasy i warstwy społeczne oraz ludzie w różnym wieku. Użył pojęcia demos – lud, bo na ulicach Warszawy można było zobaczyć właśnie lud, który był wspólnotą.
Istotą takiego myślenia o polityczności było miasto rozumiane jednak nie jako pojęcie urbanistyczne czy zbiór budynków, lecz jako wspólnota polityczna. Chodzi o Arystotelesowską koinonia politike – wspólnotę polityczną połączoną wspólną sprawą. Rzymianie nazywali to res publica, a od tego już niedaleko do Rzeczypospolitej. W tym znaczeniu res publica nie jest materialną rzeczą, lecz sprawą publiczną i wspólnym zobowiązaniem. W myśli klasycznej wspólnotę polityczną tworzyli przede wszystkim ludzie oraz łączące ich więzi. Wszystko, co należało do sfery instytucji, rzeczy i materialnych zasobów, miało znaczenie wtórne wobec siły więzi łączącej obywateli zobowiązanych do troski o dobro wspólne. Dlatego Ateńczycy mogli poważnie rozważać, czy w obliczu perskiego najazdu nie porzucić miejsca, w którym mieszkali, i nie odtworzyć swojej wspólnoty politycznej gdzie indziej.
Benjamin Constant wprowadził rozróżnienie między wolnością starożytnych i wolnością nowożytnych. Wolność starożytnych była wolnością do uczestniczenia w polityce. Wolność nowożytnych, liberalna, była natomiast w dużej mierze wolnością od polityki: państwo miało zajmować się sprawami publicznymi, a obywatele mogli poświęcić się własnemu życiu i zarabianiu pieniędzy. U starożytnych wspólnota obywatelska była państwem, co na przykład prowadziło do zatarcia się różnicy między obywatelem a żołnierzem. W Atenach członkowie Zgromadzenia Ludowego głosowali nad podjęciem działań zbrojnych, a następnie sami przeistaczali się w armię hoplitów, która wykonywała te decyzje.
"(...) w granicach wyznaczonych przez powstańcze barykady ujawniły się legalne władze państwowe. Gdyby to państwo przetrwało, nosiłoby numer trzy. Ta III Rzeczpospolita już w projektach ogłaszanych podczas okupacji zapowiadała budowę polskiej wersji welfare state, czyli państwa opiekuńczego lub państwa dobrobytu."
W powstańczej Warszawie także doszło do zatarcia tej granicy. Warszawa stała się wspólnotą polityczną, której wysiłek koncentrował się na wywalczeniu i obronie wolności. Jest to jeden z najbardziej niezwykłych aspektów powstania, trudny do uchwycenia, jeżeli patrzy się na nie z zewnątrz.
Historycy podkreślają rolę ludności cywilnej w pierwszych dwóch lub trzech dniach walk. W panującym chaosie mieszkańcy pomogli Armii Krajowej zbudować sieć barykad. Bez współdziałania cywilów z wojskiem nie byłoby to możliwe. Nastąpiło zlanie się ludności cywilnej i żołnierzy w jeden organizm. To właśnie był naród – poczucie wspólnoty.
W wielu relacjach powtarza się opis pierwszych dni wolności jako absolutnego, niemal ekstatycznego doświadczenia wspólnoty. Naród nie był wówczas wartością niebezpieczną, ponieważ to doświadczenie było pozbawione agresywnego nacjonalizmu. Oznaczało przede wszystkim pozytywne pragnienie bycia razem, wspólnego działania i wywalczenia wolności. Czy wie pan, jakie były hasło i odzew podczas pierwszej powstańczej nocy?
PAP: Nie.
D.G.: Hasło brzmiało: „Warszawa”, a odzew: „Wolność”. Jest w tym wielka symbolika. W granicach wyznaczonych przez barykady biła blaskiem wolność, a na zewnątrz panowała ciemność – czyli Niemcy. Takie rozumienie wspólnoty nie poddaje się prostym oskarżeniom o nacjonalizm. Jest pierwotne i dojmująco głębokie. Być może właśnie stąd bierze się siła mitu powstania. Używam słowa „mit” nie w potocznym znaczeniu nieprawdy, lecz jako określenia archetypu – powtarzającego się wzorca polskości i polskiego losu. Nie chodzi jednak o los rozumiany wyłącznie jako tragedia. Bohaterowie greckich tragedii nie wybierali swojego losu. Przyjmowali go, ponieważ ich decyzje nie były w stanie zmienić jego biegu. Wynikały natomiast z tego, kim byli. Polacy podobnie uporczywie obstają przy idei wolności.
PAP: Czy można wskazać ruchy polityczne, w których przetrwały tak rozumiane idee powstańcze?
D.G.: Kiedy patrzymy na późniejszą historię Polski, dostrzegamy ciągłość pewnego sposobu myślenia o rzeczy wspólnej Polaków. Był on obecny w PSL Stanisława Mikołajczyka, później w Październiku 1956 roku, a następnie w opozycji demokratycznej. Jednak najważniejszym wcieleniem idei, które rodziły się podczas okupacji i ujawniły się w Powstaniu warszawskim, była prawdopodobnie „Solidarność” w latach 1980-1981.
Kulminacją był program przyjęty podczas pierwszego zjazdu związku w 1981 roku, czyli program Samorządnej Rzeczypospolitej. Pojawiały się tam idee samorządu i samoorganizacji oraz założenie, że wolna jednostka jest podstawą dynamicznego i zdolnego do rozwoju społeczeństwa.
Taki sposób myślenia istnieje w Polsce od czasów Edwarda Abramowskiego i Stefana Żeromskiego. W „Solidarności” towarzyszył mu oczywiście silny komponent chrześcijański.
Zachodni, lewicowi dziennikarze nie potrafili w pełni zrozumieć polskiej specyfiki. Podobało im się, że wielkoprzemysłowa klasa robotnicza w Stoczni Gdańskiej walczy z poststalinowską, komunistyczną biurokracją, ale nie pasowało im, że na bramie Stoczni Gdańskiej imienia Lenina wisiał portret papieża, codziennie odprawiano mszę świętą, a pierwszy zjazd „Solidarności” miał właściwie swojego kapelana, którym był ksiądz Józef Tischner. Autor „Etyki Solidarności” głosił kazania o etyce pracy, w której nie chodziło wyłącznie o zatrudnienie i zarabianie pieniędzy. Praca miała być spełnieniem istoty człowieczeństwa – potencjału posiadanego przez każdego człowieka. Należało więc stworzyć system społeczny, polityczny i gospodarczy umożliwiający aktualizację tego potencjału. Ta idea przewijała się jak nić przez kolejne dziesięciolecia.
PAP: Można tylko żałować, że szansa na jej realizację objawiała się wyłącznie w formie krótkotrwałych wybuchów.
D.G.: Polskim problemem jest to, że potrafimy wywoływać eksplozje mocy, ale nie umiemy tej mocy zatrzymywać i kumulować. Społeczeństwa zachodnioeuropejskie posiadają tę umiejętność. Dopiero z niej wynika również zdolność trwałego gromadzenia bogactwa.
Bogactwo rodzi się właśnie z umiejętności kumulowania mocy, a materialny majątek jest tylko jednym z jej przejawów. Społeczeństwa zachodnie potrafią gromadzić mądrość instytucjonalną i budować trwałe struktury państwowe. Są to różne przejawy zachowywania i kumulowania mocy, z czym Polacy radzą sobie gorzej. Chociaż w III Rzeczypospolitej, wbrew powszechnemu narzekaniu, nie wychodzi nam to wcale aż tak źle.
"Warszawa stała się wspólnotą polityczną, której wysiłek koncentrował się na wywalczeniu i obronie wolności. Jest to jeden z najbardziej niezwykłych aspektów powstania, trudny do uchwycenia, jeżeli patrzy się na nie z zewnątrz."
Tradycja łączenia etyki z projektem modernizacyjnym miała jednak dramatyczne losy w ciągu ostatnich trzydziestu kilku lat. To, co przed wojną i podczas okupacji myśleli o świecie Kazimierz Pużak, Stanisław Thugutt czy Adam Ciołkosz, współgrało z tym, co myślał Clement Attlee oraz inni twórcy zachodniego państwa opiekuńczego. Tymczasem myśl „Solidarności” zupełnie nie współgrała już ze światem, który narodził się na Zachodzie z krytyki welfare state i w odpowiedzi na jego kryzys. Był to świat neoliberalizmu wraz z nowym sposobem myślenia o gospodarce i człowieku. Symbolami tej epoki są reformy epoki Ronalda Reagana i Margaret Thatcher. Warunkiem uczestnictwa Polski w tej wersji nowoczesności stało się w znacznej mierze odrzucenie etosu „Solidarności”. Wolna Polska po 1989 roku była nowoczesna i dynamicznie się rozwijała, ale jednocześnie musiała odrzucić część etycznego dziedzictwa, z którego sama się wywodziła.
PAP: Czy mit powstania jest żywy?
D.G.: Mit Powstania Warszawskiego trwa nadal. Być może dlatego, że nie posiada już wyraźnego kształtu politycznego. Przez lata koncentrowano się przede wszystkim na obronie samej możliwości mówienia o powstaniu. W polskim myśleniu pozostaje bardzo istotny element, który można zrozumieć przez odwołanie do klasycznej filozofii politycznej – wątek republikański. I jest on nadal żywy. Polacy wciąż odnajdują się w zdaniu skierowanym do świata 1 września 1944 roku przez Delegata Rządu RP na Kraj Jana Stanisława Jankowskiego: „Chcieliśmy być wolni i wolność sobie zawdzięczać”. Wyrażało to, co stanowiło największy grzech Polaków w oczach zarówno Stalina, jak i Hitlera. I to właśnie nadal gdzieś w Polakach tkwi. Jest to żywy spadek po powstaniu: chcemy być wolni i wolność zawdzięczać samym sobie.
Prof. Dariusz Gawin - historyk idei, redaktor, publicysta. Wicedyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego oraz szef Instytutu Stefana Starzyńskiego. Kierownik Zakładu Społeczeństwa Obywatelskiego w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Autor takich książek jak „Spór o powstanie. Powstanie warszawskie w powojennej publicystyce polskiej”, „Blask i gorycz wolności. Eseje o polskim doświadczeniu wolności”, „Granice demokracji liberalnej. Szkice z filozofii politycznej i historii idei” i „Wielki zwrot. Ewolucja lewicy i odrodzenie idei społeczeństwa obywatelskiego 1956-1976”
Rozmawiał: Igor Rakowski-Kłos (PAP)
irk/ jkrz/ dki/