Warszawa, luty 1981 r. Członek-założyciel Komitetu Obrony Robotników (KOR), historyk i krytyk literatury Jan Józef Lipski w swoim domu. Fot. PAP/Tomasz Michalak
Jan Józef Lipski przypominał, że patriotyzm nie jest nienawiścią wobec innych, tak samo jak miłość wobec własnej rodziny nie sprawia, że mamy nienawidzić innych ludzi napotkanych na ulicy – mówi PAP Łukasz Garbal, jego biograf i edytor pism. 25 maja przypada 100. rocznica urodzin Jana Józefa Lipskiego.
Jan Józef Lipski urodził się 25 maja 1926 roku w Warszawie. Był żołnierzem Armii Krajowej, uczestnikiem powstania warszawskiego, działaczem opozycji demokratycznej w PRL, publicystą, historykiem literatury, krytykiem, socjalistą i kontynuatorem niepodległościowego nurtu Polskiej Partii Socjalistycznej, założycielem i działaczem Komitetu Obrony Robotników, doradcą i działaczem „Solidarności”, a także senatorem I kadencji. Zmarł 10 września 1991 r.
PAP: W biografii Jana Józefa Lipskiego napisał pan, że powstanie warszawskie było dla niego „jednym z najważniejszych odniesień”. Jak to się przejawiało?
Łukasz Garbal: To trudny do opowiedzenia paradoks. Lipski był powstańcem warszawskim, który ostrzegał przed beztroskim podejmowaniem ryzyka kolejnego przegranego powstania. Namawiał do starannego wyważania szans – co nie było równoznaczne z kapitulanctwem, ale z odwagą cywilną. Jak wielu jego rówieśników i rówieśniczek założył biało-czerwoną opaskę, bo taki był rozkaz. Wierność przysiędze była dla niego i dla wielu powstańców miernikiem patriotyzmu.
Polskie państwo podziemne nie miało narzędzi, by wymusić posłuszeństwo. Pójście do powstania było dowodem, że etos Armii Krajowej i obowiązek wobec ojczyzny są czymś, co traktuje się z całą powagą. Równocześnie Lipski do końca życia był przekonany, że nie należy stawiać ludzi przed podobnym wyborem, przed jakim stanęły młode dziewczyny i chłopcy 1 sierpnia 1944 roku. Wracały do niego obrazy umierających ludzi i płonących bibliotek – i chciał tego uniknąć. Bał się desperackiej szarży, która przyniesie tragiczne konsekwencje. Czuł się osobiście odpowiedzialny za losy ludzi, którzy mu zaufali.
PAP: Jak to wpłynęło na jego działalność opozycyjną w PRL?
Ł.G.: Dobrą ilustracją jego postawy było to, jak zachował się po wprowadzeniu stanu wojennego. Jako jeden z członków władz mazowieckiej „Solidarności”, uznał, że musi pojechać do robotników fabryki w Ursusie, którzy ogłosili strajk okupacyjny. Być z nimi. Kiedy przyjechał na miejsce, nie namawiał, żeby robotnicy się poddali. Mówił, że trzeba zaprotestować, bo nie można się godzić na przemoc, ale równocześnie trzeźwo zauważał, że robotnicy nie mają szans w konfrontacji z żołnierzami i milicjantami uzbrojonymi w pistolety maszynowe PM-63 RAK. Przekonał ich, żeby w jednej z hal usiedli w kręgu i czekali, aż tamci wkroczą – aby zaprotestować, ale unikając masakry.
Uważał, że należy stawiać opór niesprawiedliwości, ale nie można doprowadzić do sytuacji, by bezbronni ludzie znowu musieli stawać naprzeciw czołgom.
Bo Lipski sam tego doświadczył, gdy pierwszego dnia powstania miał tylko butelki zapalające i widział kolegów, którzy ginęli, ponieważ nie dostali żadnej broni do ręki. Ale mimo wagi powstańczego epizodu – a może właśnie z jego powodu – dla Lipskiego niezwykle ważna była odwaga cywilna.
PAP: Na czym polegała jego odwaga cywilna?
Ł.G.: Chociażby na tym, że jako redaktor w Państwowym Instytucie Wydawniczym pracował nad wydawaniem pisarzy źle widzianych przez cenzurę. To on wysunął pomysł wydania pierwszych powojennych dzieł Witolda Gombrowicza czy Witkacego. Gdy z jakiegoś tekstu cenzura usuwała nazwisko na przykład Czesława Miłosza, zostawiał je w indeksie osobowym albo dawał cytat np. z „Traktatu moralnego”. W sytuacji gdy o jakimś pisarzu nie można w ogóle pisać, taki gest oporu był czytelnym mrugnięciem do czytelników, którzy w PRL czytali teksty bardzo uważnie, wychwytując takie rzeczy. Z pracy w PIW-ie został wyrzucony z powodów politycznych za to, że pisał krytyczną pracę o ideologii ONR, a Bolesław Piasecki, przedwojenny szef „Falangi”, był sojusznikiem PZPR i członkiem establishmentu.

Warszawa, 28.10.1990 r. Jan Józef Lipski, prezes Rady Naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej, przemawia na XXV Kongresie PPS. Fot. PAP/CAF/Adam Urbanek
PAP: Od połowy lat 60. Lipski był też skarbnikiem środowiskowej kasy pomocy dla osób represjonowanych i ich rodzin. Nie mógłby pełnić tej funkcji, gdyby nie cieszył się szacunkiem i zaufaniem całego opozycyjnego środowiska. Z czego wynikało to, że potrafił łączyć ludzi, których poglądy polityczne były bardzo odmienne?
Ł.G.: To nie był działacz traktujący ludzi jak pionki na szachownicy. Naprawdę interesował się tym, co drugi człowiek ma do powiedzenia. Ważne było też to, że potrafił śmiać się sam z siebie – wielokrotnie zauważał, że właśnie poczucie humoru bywa szczepionką na autorytarne tendencje.
Nie był trybunem ludowym w rodzaju Jacka Kuronia. Mówił cicho, nie potrafiłby powtarzać partyjnych przekazów dnia, był bardzo wyważony, zniuansowany, precyzyjny. Świetny w polityce dążenia do konsensusu. Początkowo chciałem jego biografię zatytułować „Wielki łącznik” albo „Wielki zwornik”, ale obawiałem się, że książka trafi na dział inżynierski...
Lipski był prawdziwym „budowniczym mostów”. Sprawiał, że osoby o różnych poglądach, jak Adam Michnik, Antoni Macierewicz czy Jan Olszewski, potrafiły znaleźć się blisko siebie - ważną funkcję integrującą spełniały choćby jego słynne imieniny, na których bywało po 100-200 osób. Był jednym z założycieli Komitetu Obrony Robotników, bo swoją postawą i działalnością przełamywał nieufność między osobami, które były związane z lewicą, a środowiskami bardziej tradycjonalistycznymi, z bardzo różnych kręgów. Charakterystyczne jest to, że gdy w 1976 roku powstawał KOR, działał równie aktywnie jak młodzi, choć faktycznie był w wieku średnim i w dodatku chorował na serce. Był na styku środowisk i generacji, ale również w poprzek podziałów.
Czasem zastanawiam się, czy jego pamięci w dzisiejszych czasach paradoksalnie nie szkodzi właśnie to, że łączył wszystkich. W tej naszej żywiącej się polaryzacją współczesności nikt nie może bowiem powiedzieć, że jest do końca „nasz” i że można go użyć przeciwko „wam”.
Był socjalistą, ale mówił o chrześcijańskich fundamentach Europy. Był radykalny w kwestiach społecznych, ale obyczajowo konserwatywny.
To jest ktoś wyjątkowy w polskiej historii idei, łącznik z klasyczną polską inteligencją lewicową spod znaku PPS, a jednocześnie doceniający znaczenie chrześcijaństwa – choć agnostyk, ostrzegający przed trucizną szowinizmu, przypominający, że własną historię trzeba czytać w duchu rachunku sumienia.

Warszawa, październik 1980 r. Bankiet w Salonie Kultury Niezależnej w mieszkaniu Elżbiety i Pawła Bąkowskich z okazji 100. publikacji Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWa. Nz. m.in. Marcin Jabłoński (3. od lewej, z brodą bez okularów), Jan Józef Lipski (siwy w okularach), Jan Lityński (obok Lipskiego w kamizelce w paski). Fot. PAP/Tomasz Abramowicz
PAP: Jaki jest według pana najważniejszy tekst Lipskiego?
Ł.G.: Na pewno esej „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy”. Lipski przypominał, że patriotyzm nie jest nienawiścią wobec innych, tak samo jak miłość wobec własnej rodziny nie sprawia, że mamy nienawidzić innych ludzi napotkanych na ulicy. Najważniejsze jest dla mnie zdanie: „Patriotyzm jest z miłości – i do miłości ma prowadzić”. On, socjalista, odwoływał się tutaj do pojęcia chrześcijańskiego. Uważał, że szowinizm, megalomania narodowa i ksenofobia nie dadzą się pogodzić z nakazem miłości bliźniego.
PAP: Jaką postawę wobec polskiej historii przyjął Lipski?
Ł.G.: W „Dwóch ojczyznach, dwóch patriotyzmach” możemy zobaczyć, co oznacza patriotyzm, który wstaje z kolan. Niektórzy pod adresem takiej postawy rzucają obelgę „pedagogika wstydu”, tymczasem właśnie taka postawa wymaga odwagi - Lipski czuł się obywatelem i spadkobiercą historii Polski, dlatego brał odpowiedzialność za całość jej dziejów, a nie same piękne obrazki. Nie tylko zwycięstwa husarii pod Wiedniem, ale także dokonane przez Stefana Czarnieckiego masakry na ziemiach ukraińskich w czasie powstań kozackich; nie tylko Somosierra, ale także gwałty na zakonnicach dokonane przez polskich żołnierzy w Hiszpanii – i tak dalej. Jego wizję można nazwać patriotyzmem krytycznym, odważnym, prawdziwie wstającym z kolan, bo czytającym historię nie na klęczkach.
Chciał, aby czytać historię w całości – jednak nie po to, aby się samobiczować, ale by uczyć się na dawnych błędach niektórych naszych przodków.
Jeśli jesteśmy dziedzicami polskiej historii, to bierzemy ją z całym bagażem: z tym, co było dobre, i z tym, co było złe. I uczmy się na błędach!

Warszawa, marzec 1981 r. Odczyt Jana Józefa Lipskiego na temat "Marzec 68". Fot. PAP/Mariusz Szypeko
PAP: Lipski napisał ten esej w 1981 roku, czyli w czasie legalnej „Solidarności”. Czy ma to znaczenie?
Ł.G.: Powstawało wtedy Zjednoczenie Patriotyczne „Grunwald”, organizacja, która wybiórczo traktowała historię Polski i używała antysemityzmu jako broni politycznej, żeby uderzyć w część opozycji. Lipski ironicznie nazywał ich ułanami rakowieckimi, bo przy ulicy Rakowieckiej swoją siedzibę miało Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Przez pewien czas organizacja była finansowana przez MSW i miała dobre relacje ze Służbą Bezpieczeństwa. Podnosiła hasła i rekwizyty patriotyczne, których bezpieka używała, by sprawować kontrolę nad ludźmi. W PRL największym wrogiem był Niemiec, a polski strach i nienawiść wobec zachodniego sąsiada były gwarantem sojuszu ze Związkiem Sowieckim, bo szerzono pogląd, że tylko Moskwa mogła nas obronić przed agresją rewizjonistów chcących odebrać nam ziemie zachodnie.
Lipski nie chciał, abyśmy ulegali takiemu sposobowi myślenia, który z mieszanki strachu, wrogości i patriotyzmu czyni narzędzie polityczne.
Taki sposób myślenia był obecny w części PRL-owskich elit władzy, ale i dzisiaj znajdują się politycy, którzy pod pretekstem patriotyzmu rozbudzają nienawiść do obcych.
Już po 1989 roku Lipski do nowego wydania „Dwóch ojczyzn, dwóch patriotyzmów” dołączył tekst „Depozyt”, w którym przypominał, że Polacy, którzy mieszkają na dawnych ziemiach niemieckich, powinni czuć się odpowiedzialni także za pamiątki poniemieckie, bo to jest depozyt pewnej kultury. Mówił, że w ten sam sposób damy przykład Ukraińcom, Białorusinom i Litwinom, którzy mieszkają na ziemiach, które z kolei są ważne dla nas. Ale dbanie o pamięć o wcześniejszych mieszkańcach była dla niego po prostu zobowiązaniem moralnym.
PAP: Dlaczego Lipski wybrał taki tytuł dla swojego tekstu?
Ł.G.: Było to nawiązanie do przedwojennego wiersza „Dwie ojczyzny” Antoniego Słonimskiego, za który autor został spoliczkowany przez pewnego nacjonalistę (paradoksalnie - ów nacjonalista w czasie wojny będzie współpracował z nazistami...). W tym wierszu Słonimski przeciwstawia sobie dwa modele patriotyzmu. Jeden czuje respekt wyłącznie przed siłą i lekceważy wartości moralne. A drugi widzi ojczyznę w każdym wzgardzonym człowieku, za którym trzeba się ująć – nie tylko w reprezentancie tego czy innego narodu. A to jest przecież tradycyjna polska postawa, która mówi, by walczyć „za wolność naszą i waszą”.

Warszawa, 12.06.2018 r. Odsłonięcie tablicy upamiętniającej Jana Józefa Lipskiego. Fot. PAP/Jacek Turczyk
PAP: Jakie były najważniejsze wartości dla Lipskiego?
Ł.G.: Wolność, równość, niepodległość. Nieprzypadkowo tak nazywała się konspiracyjna organizacja PPS. Chciałbym, żeby Lipski był patronem naszych czasów, bo on szukał porozumienia. Uważał, że istnieją fundamentalne wartości, które wszyscy uznajemy, i są one ważniejsze od dzielących nas różnic. Przede wszystkim trzeba szanować każdego człowieka. Każdy ma prawo do własnego zdania. Ważna jest tradycja kulturowa i ważna jest samorządność. Lipski był kimś, kto sprzeciwiłby się polaryzacji w społeczeństwie. Szukałby miejsc wspólnych i porozumienia, oczywiście do pewnych granic. Taką nieprzekraczalną granicą kompromisu było popieranie autorytaryzmu, narzucanie innym swoich przekonań i wartości – on przecież całe życie dążył do tego, aby każdy był prawdziwie niepodległy, by nie musieć służyć prawicowej czy lewicowej ideologii.
Wiele idei bliskich Lipskiemu było zawartych w programie Samorządnej Rzeczypospolitej uchwalonym na I Krajowym Zjeździe Delegatów NSZZ „Solidarność”. Ten program został zarzucony po 1989 roku, kiedy powszechne było urzeczenie „wolnym rynkiem” i neoliberalną ideologią. Lipski jako jeden z nielicznych – można tu wymienić Karola Modzelewskiego albo Ryszarda Bugaja – głosił, że podstawą społeczeństwa jest samorządność, czyli wartość kluczowa dla socjalistów.
Przypominał, że socjalizm wyrasta z ducha prawdziwej demokracji, oddolnej samoorganizacji społecznej, która umożliwia współdziałanie wspólnot obywateli bez kurateli państwa czy wielkiego kapitału – odwrotnie do komunistycznego czy faszystowskiego państwa, organizowanego „od góry”, centralistycznie.
Lipski bezskutecznie starał się odzyskać dla świadomości społecznej znaczenie słowa „socjalizm”, ukradzionego przez władze PRL.
Próbował odtworzyć PPS, co jednak zakończyło się niepowodzeniem. Może dlatego, że tworząc partię, nie był człowiekiem partyjnym. Powiedział w pewnym momencie, że partia nie jest po to, żeby patrzyła na sondaż i oglądała się na to, co się ludziom podoba, tylko że ma głosić pewien program działania i przedstawiać propozycje, które ludzie wybiorą albo nie. Patrząc na dzisiejsze życie polityczne uzależnione od sondaży, możemy się tylko uśmiechnąć. To bardzo niedzisiejsze. Ale może tego nam dzisiaj właśnie brakuje? I tej odwagi cywilnej, by iść pod prąd, bo, jak mówił, „ktoś to musi zrobić”?
Łukasz Garbal – polonista, edytor, kustosz dyplomowany w Instytucie Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, oddziale Muzeum Literatury. Autor kilku książek, m.in. „Jan Józef Lipski. Biografia źródłowa”, „Wedlowie. Czekoladowe imperium”, „Wańkowicz. Życie na kraterze”. Opracował korespondencję Jerzego Giedroycia ze Stefanem Kisielewskim i Janem Józefem Lipskim oraz wybór pism Jana Józefa Lipskiego („Słowa i myśli”, „Dziennik 1954–1957”, „Pisma polityczne”, „Idea Katolickiego Państwa Narodu Polskiego”). Laureat Nagrody Znaku i Hestii im. ks. Józefa Tischnera, Nagrody Historycznej „Polityki” oraz Nagrody im. Jerzego Giedroycia.
Rozmawiał Igor Rakowski-Kłos