Łódź, 29.08.2016 r. Marian Turski przemawia podczas uroczystych obchodów 72. rocznicy likwidacji Litzmannstadt Ghetto. Fot. PAP/Grzegorz Michałowski
26 czerwca Marian Turski obchodziłby 100. urodziny. Marek Zając w książce „Nieobojętny. 100 portretów Mariana Turskiego” przybliżył postać tego niezwykłego człowieka – zdjął jednak z niego ciężar spiżu, a w to miejsce włożył humor i dystans. Ta książka nie jest biografią, tylko portretem człowieka.
Książka Marka Zająca, sekretarza Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej, ukazała się pod koniec maja. Autor w stu krótkich anegdotach ukazał mniej oficjalną twarz zmarłego 18 lutego 2025 r. Mariana Turskiego – człowieka z krwi i kości, o wielkim poczuciu humoru, serdeczności i pogodzie ducha. Poznajemy go jako osobę ciekawą świata i pełną dystansu do samego siebie. Ten ciepły, codzienny obraz zestawiony z dramatyczną biografią Turskiego – ocalonego z łódzkiego getta, więźnia Auschwitz-Birkenau i uczestnika marszów śmierci – tworzy portret nieoczywisty.
Turski znany z mediów to postać wręcz pomnikowa, głosząca proste, ale bardzo ważne prawdy wynikające z dramatycznych doświadczeń życiowych. To on mówił: „Auschwitz nie spadło z nieba” i „XI przykazanie: Nie bądź obojętny”. Marek Zając pokazał go inaczej.
PAP: Turski dla wielu ludzi jest postacią pomnikową. W opublikowanych przez pana felietonach to wulkan humoru i pogody ducha, a także człowiek żądny doświadczeń życiowych. Jaki był Marian Turski w pana oczach?
Marek Zając: Przejdzie do historii jako człowiek wygłaszający słynne przemówienie w 75. rocznicę wyzwolenia Auschwitz, w którym padły dwa sformułowania – zapożyczone zresztą od innych osób, czego nie krył – czyli „Auschwitz nie spadło z nieba” i „XI przykazanie: Nie bądź obojętny”. Według ostrożnych szacunków to wystąpienie, poprzez transmisje telewizyjne, oglądało minimum 750 milionów ludzi na świecie, a jego słowa weszły do globalnej kultury i języka.
Marian był człowiekiem, który przeszedł przez piekło na ziemi. To nie jest metafora, ale precyzyjne nazwanie tego, czego był świadkiem i uczestnikiem. Jednak pod wpływem tego doświadczenia nie załamał się, nie zgorzkniał, nie nabrał nienawiści do świata, chociaż miałby do tego święte prawo. Po tych wszystkich okropnościach pozostał człowiekiem głodnym życia, ciekawym świata, z potężnym autodystansem i błyskotliwym poczuciem humoru. I to jest jeden z fascynujących elementów jego natury i charakteru.
Mógł być pomnikiem surowo oceniającym świat, a był człowiekiem kochającym świat, starającym się zawsze zrozumieć drugiego, pokornym w zdrowym tego słowa sensie, mającym świadomość swoich ograniczeń, a jednocześnie radosnym i zawsze podtrzymującym nadzieję.
PAP: Co pana skłoniło do napisania tej książki?
M.Z.: Napisałem ją, żeby taki Marian Turski, jakiego tam opisałem, nie zniknął z pamięci. Z biegiem czasu niestety gasną żywe wspomnienia o człowieku, który w coraz większym stopniu albo ulega zapomnieniu, albo przekształca się właśnie w kawał spiżu. A tymczasem Marian tego wszystkiego, co powiedział w 75. rocznicę wyzwolenia Auschwitz, by nie powiedział, gdyby nie był takim człowiekiem, jakim był.
PAP: Anegdota numer 15 w pana książce opowiada o tym, jak Marian Turski recenzował maszynopis książki Teresy Torańskiej „Oni”, będącej zbiorem rozmów z komunistycznymi dygnitarzami. „Torańska przyszła do mieszkania Mariana. Siedzi, a milczący Marian chodzi w tę i we w tę. Torańska myśli sobie: »Nie jest dobrze. Książka się nie spodobała«. Wreszcie Marian się zatrzymuje i przeszywa Torańską wzrokiem. – Proszę pani, ja bym to napisał mądrzej, ale pani to zrobiła lepiej”. Która z anegdot pana najbardziej rozbawiła?
M.Z.: Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy w 2013 r. zwiedzaliśmy nową wystawę żydowską w bloku 27 w Auschwitz. Jako Międzynarodowa Rada Oświęcimska niejako akceptowaliśmy ostateczny kształt ekspozycji. Już w pierwszym pomieszczeniu Marian do mnie podszedł i szelmowskim szeptem mówi: „Coś ci na koniec pokażę”.
Faktycznie, pod koniec zwiedzania Marian wziął mnie za rękę i szybko przeprowadził do pomieszczenia, które było ukoronowaniem całości. To robiło niezwykłe wrażenie – wiszące wielkie płachty papieru, ciągnące się metrami, zadrukowane drobnymi literami od góry do dołu. To były imiona i nazwiska tych ofiar Holocaustu, których tożsamość udało się ustalić do 2013 r. W sumie ponad 4 miliony imion i nazwisk z około 6 milionów ofiar. Miejsce, gdzie trudno spodziewać się anegdoty, ale Marian był bardzo poruszony i ożywiony. Szybko podszedł do tych wielkich płacht, zaczął przewracać, szukać. Wreszcie znalazł odpowiednią stronę. Zjechał palcem, zatrzymał się w konkretnym miejscu i tonem nieznoszącym sprzeciwu mówi do mnie: „Czytaj”. No i czytam, a tam są dane Mariana! Stałem zmieszany i mówię: „Marian, ale to przecież jesteś ty. Dlaczego tego nie zweryfikowałeś?”. On mówi: „Ale po co? Podobno taka pomyłka wydłuża życie”. I to jest ten jego niezwykły dystans, mimo piekła, przez które przeszedł.
PAP: Bohater pana książki to człowiek, który kocha bliźniego. W obecnym świecie to postawa bardzo chwalebna, ale realnie rzadko spotykana.
M.Z.: Tak, ale w jego przypadku to miało głębsze przyczyny. Najlepiej zobrazuję to, przytaczając inną anegdotę. Marian miał przedziwny zwyczaj: jak wyjeżdżał za granicę, brał miejscową książkę telefoniczną i szukał ludzi o nazwisku Turbowicz (to było jego rodowe nazwisko, które po wojnie zmienił na Turski – PAP) albo podobnym. Zdarzyło się, że odwiedzając córkę w Stanach Zjednoczonych, przewertował książkę telefoniczną i znalazł nazwisko „Trubowicz”. Zadzwonił, wywiązała się miła rozmowa, wkrótce w mieszkaniu córki pojawiło się młode małżeństwo z dziećmi. Rzeczywiście okazało się, że łączy ich nawet jakieś bardzo dalekie pokrewieństwo.
Marian wracał już do Polski i córka odwiozła go na lotnisko, razem z nowo poznaną Anetą Trubowicz. Kiedy wysiadał z samochodu, bardzo zadowolony powiedział na koniec: „A teraz macie się jeszcze zaprzyjaźnić”.
Ta ciepła i serdeczna anegdota ma drugie dno. Pokazuje co najmniej dwie niezwykłe rzeczy. Po pierwsze, jak straszną, nigdy niezagojoną raną w ocalałych z Holocaustu była wyrwa pozostawiona po utracie rodziny. Ci ludzie niosą w sobie wielką pustkę, którą próbują za wszelką cenę wypełnić. Robiąc nawet takie niezwykłe rzeczy, jak przeglądanie książki telefonicznej i wydzwanianie w najróżniejszych miejscach świata po obcych ludziach, którzy być może gdzieś tam są z nimi spokrewnieni.
Druga rzecz to wezwanie: „A teraz macie się jeszcze zaprzyjaźnić”. Jak spojrzymy na całe życie Mariana Turskiego, to widzimy, że za jedno z najważniejszych zadań uważał łączenie ludzi. Mógłbym przytoczyć o tym dziesiątki historii – ktoś mu coś opowiadał, a on mówi: „Wiesz, córka znajomych jest tym tematem bardzo zainteresowana, koniecznie musicie się porozumieć, ja do niej zaraz zadzwonię”. On zainspirował mnóstwo przyjaźni, nawet całych grup. To zaś brało się z faktu, że wielokrotnie w swoim życiu przetrwał właśnie dzięki solidarności swoich przyjaciół. Nie da się zrozumieć Mariana bez tej, w dobrym tego słowa sensie, obsesyjnej potrzeby łączenia ludzi.
I bardzo chciałbym, żeby po lekturze książki czytelnikom udało się łączyć takie odległe kropki między różnymi historiami. Ta książka to nie jest biografia, tylko portret człowieka.
PAP: Jaka myśl Mariana Turskiego jest dziś najważniejsza?
M.Z.: Mówił często takie zdanie: „Trzeba pamiętać, ale nie wolno być pamiętliwym”. To jest genialne. Przecież obowiązek pamięci to rzecz święta, ale zarazem ta pamięć musi być też wtłoczona w jakąś szerszą ramę; powinna służyć dobru. To zdanie możemy zaaplikować do wielu naszych osobistych, publicznych, a nawet geopolitycznych dylematów. Oczywiście to nie jest prosta recepta, ale kierunek, wskazanie na istotę rzeczy.
PAP: Czy widzi pan wokół nas ludzi, którzy potrafią tak myśleć? Kto jest dzisiaj spadkobiercą tych idei Mariana Turskiego?
M.Z.: Filarami tej pamięci są dwie instytucje. Muzeum POLIN, bo to jest jego dzieło, a także środowisko skupione wokół tygodnika „Polityka”. Nagrody za książki historyczne noszą teraz jego imię, on był pomysłodawcą tego wyróżnienia. To zresztą najdłużej przyznawane nagrody historyczne w Polsce.
Przyjaciele Mariana stworzyli również Fundusz Nieobojętnych jego imienia. 25 czerwca będą ogłoszone wyniki pierwszej edycji. To jest fundusz, który wspiera najróżniejsze osoby i inicjatywy, które walczą z obojętnością i nietolerancją w życiu społecznym. Marian, jako że zawsze chciał łączyć ludzi, na pewno będzie żył właśnie w ludziach skupionych wokół tych inicjatyw i instytucji.
Rozmawiał Tomasz Szczerbicki (PAP)