Waffen-SS. Fot. domena publiczna
Himmler uznał, że rezerwuarem dla jego prywatnej armii - bo tak w gruncie rzeczy traktował Waffen-SS – mogą być ziemie podbite przez III Rzeszę. Także te polskie – mówi w rozmowie z PAP dr Tomasz E. Bielecki, autor książki „Polacy w Waffen-SS. Polskie Pomorze”.
PAP: Nakładem Wydawnictwa Pomost wychodzi książka „Polacy w Waffen-SS. Polskie Pomorze”. Dlaczego podjął się Pan jej napisania?
Tomasz Bielecki: Zagadnienie służby Polaków, albo osób o polskim pochodzeniu w oddziałach Waffen-SS pojawiało się dotąd głównie w pamiętnikach, wspomnieniach czy dziennikach. Chociaż o Polakach w Wehrmachcie mówi się i pisze już od wielu lat, to jednak kwestia ich służby w oddziałach Waffen-SS pozostawała cały czas nieopisana, a jeśli już to przyczynkarsko.
Postanowiłem więc podjąć ten trop, i w ramach studiów doktoranckich zająć się tą problematyką w sposób możliwie dogłębny. Temat był w zasadzie nieopisany, a materiały źródłowe, choć nie z łatwością to jednak dało się odnaleźć w czeluściach archiwów. Zaintrygowała mnie w tym zagadnieniu pewna sprzeczność z obowiązującym w czasach mojej młodości kanonem narracji historycznej, czy precyzyjniej - z polityką pamięci historycznej prowadzoną w czasach PRL. Jeszcze innym zagadnieniem jest mitologia i stereotypizacja, która narosła wokół Waffen-SS i to nie tylko w zbiorowej pamięci historycznej, ale także wśród profesjonalistów. Do takich mitów należy na przykład przekonanie o tym, że w Waffen-SS służyli wyłącznie ochotnicy, często poparte jeszcze założeniem, że musieli oni spełniać wymogi rasowe. Kolejnym mitem jest stwierdzenie, że wszystkie dywizje tej formacji były elitarne. Oczywiście nie mam zamiaru walczyć z tego typu przekonaniami, ale w książce staram się pokazać, na ile są one odległe od rzeczywistość wyłaniającej się z różnego rodzaju archiwaliów.
PAP: Kto służył w Waffen-SS?
TB: Trzeba wyjść od wyjaśnienia, czym była ta formacja i rozróżnienia między nią a Allgemeine SS – organizacją o charakterze politycznej przybudówki. Jedne i drugie były częścią imperium, jakie stopniowo budował Reichsführer-SS Heinrich Himmler. Kojarzące się z terrorem wobec przeciwników reżimu nazistowskiego i czarnymi mundurami struktury Allgemeine SS z początku były służbą odpowiedzialną za ochronę Hitlera i działań partii narodowo socjalistycznej. To właśnie przy pomocy SS Hitler w trakcie nocy długich noży rozprawił się z przywódcami SA.
Od tamtego czasu, w 1934 r., Himmler cierpliwie poszerzał zakres swojej władzy. W rezultacie powstały specjalne oddziały SS – uzbrojone i skoszarowane, między innymi te, zajmujące się zarządzaniem i pilnowaniem obozów koncentracyjnych. Te SS-Totenkopfverbände – oddziały trupiej czaszki – już po zakończeniu kampanii polskiej rozrosły się do kilkunastu uzbrojonych pułków. Także sporo przed wybuchem wojny, równolegle do SS-Totenkopfverbände, Himmler tworzył SS-Verfügungstruppe – oddziały dyspozycyjne.
Na bazie właśnie tych formacji powstało zbrojne ramię SS – Waffen-SS. Z początku złożone były w znacznej mierze z ochotników, ale w miarę jak wojna się przedłużała wcielano tam także zwykłych poborowych. Za sprawą ambicji Himmlera, SS stały się też w miarę przedłużania się wojny państwem w państwie. Z czasem Wehrmacht z zazdrością patrzył na niektóre z dywizji Waffen-SS jako najlepiej wyposażone.
PAP: Skąd się tam wzięli Polacy?
TB: Podczas wojny Himmler stale rywalizował z Wehrmachtem, którego dowództwo niechętnym okiem patrzyło na Waffen-SS. Samo bowiem potrzebowało rekruta. Z tego powodu dochodziło do ciągłych spięć, bo, choć ustalano procentowo i liczbowo, ilu rekrutów ma trafić z każdego poboru do Waffen-SS, Himmler ani myślał tego typu umowy respektować. Zwłaszcza, że dowództwo Wehrmachtu nie było zanadto hojne w kwestii zasobów osobowych. Szybko się jednak zorientował, że rezerwuarem dla jego prywatnej armii - bo tak w gruncie rzeczy traktował Waffen-SS – mogą być ziemie podbite przez III Rzeszę. Także te polskie. Stąd się wzięły próby stworzenia Legionu Góralskiego na Podhalu oraz przymiarki do Legionu Kaszubskiego w zaanektowanym dawnym województwie pomorskim. W pierwszym przypadku prawie wszyscy rekruci uciekli zaraz po tym, gdy się zorientowali co się święci. Pojedyncze osoby tego nie zrobiły, żeby nie narażać na represje swoich bliskich. W drugim wypadku najwyraźniej zarzucono w ogóle pomysł.
Moim zdaniem, stracił on kompletnie na aktualności z chwilą wpisów na volkslistę, które na Pomorzu prowadzone były dzięki polityce gauleitera Alberta Forstera na szeroką skalę. Zwłaszcza od słynnej odezwy z lutego 1942 r. – kiedy Forster dał jasno do zrozumienia, że kto volkslisty nie podpisze, będzie w przyszłości traktowany na równi z największymi wrogami niemieckiego narodu. Jeśli dodamy do tego także terror, który zapanował na polskim Pomorzu po wejściu Niemców we wrześniu 1939 r., zaczyna nam się wyjaśniać obraz sytuacji Polaków tam mieszkających. W związku z tym, że tereny województwa pomorskiego wchodziły w skład państwa niemieckiego przed I wojną światową, Forster traktował mieszkającą tu ludność polskiego pochodzenia jako „warstwę pośrednią”. To właśnie na nich wywierano różnego rodzaju presje na wpisanie się do trzeciej grupy volkslisty, co w wypadku mężczyzn wiązało się nieuchronnie z obowiązkiem służby wojskowej.
PAP: Przynależność do Allgemeine SS wiązała się z koniecznością spełnienia różnych warunków. To miała być, rozumiana w specyficzny dla III Rzeszy sposób, elita.
TB: Przy Waffen-SS takich kryteriów nie stosowano, wyłączając korpus oficerski. Już na samym początku sięgnięto po volksdeutschów. Pomysł ten podsunął Himmlerowi prawdopodobnie jeden z jego najbliższych współpracowników, Gottlob Berger, od 1939 r. szef Urzędu do Spraw Rekrutacji w Wyższym Urzędzie SS. Szybko się okazało, że wśród volksdeutschów w Waffen-SS są tacy, którzy kiepsko sobie radzą z językiem niemieckim.
Tomasz E. Bielecki: Na Pomorzu mogło zdarzyć się i tak, że syna wcielono do Waffen-SS po otrzymaniu trzeciej grupy Volkslisty, a jego matkę wysiedlono do Generalnego Gubernatorstwa jako Polkę.
Z czasem zaczęto także tworzyć oddzielne formacje złożone z cudzoziemców. Wśród największych grup byli Holendrzy, Łotysze, Estończycy, Walonowie, Flamandowie, czy Ukraińcy. Niemcy – przedwojenni obywatele Rzeszy - stanowili zaledwie około jednej trzeciej wszystkich żołnierzy Waffen-SS. Jest pewnego rodzaju paradoksem, że Himmlerowi, który był purystą narodowosocjalistycznym, jeżeli chodzi o sprawy rasowe, jednocześnie nie przeszkadzało formowanie dywizji z ludzi, którzy nijak się nie wpisywali w wyznawane przez niego paradygmaty. Za moim promotorem określam to mianem specyficznej „elastyczności czasu wojny”.
PAP: Żadna polska formacja Waffen-SS nie powstała. Może więc nie należy mówić o Polakach, ale o Niemcach z polskich terenów?
TB: Żeby trafić do Waffen-SS mieszkaniec dawnego województwa pomorskiego czy śląskiego musiał się wylegitymować dokumentami, które poświadczały przed niemieckimi władzami jego przynależność do niemieckości. W praktyce chodziło o zaliczenie do co najmniej trzeciej grupy. Na Pomorzu mogło zdarzyć się i tak, że syna wcielono do Waffen-SS po otrzymaniu trzeciej grupy Volkslisty, a jego matkę wysiedlono do Generalnego Gubernatorstwa jako Polkę. Na tym właśnie polegała polityka Forstera – wpisywania na volkslistę szerokim strumieniem.
W sąsiedniej Wielkopolsce, polityka wpisowa gauleitera Arthura Greisera była za to zgoła odmienna. Niemcy zdawali sobie oczywiście sprawę z tego, że przynajmniej część rekrutów z niemieckością ma mało wspólnego, ale przymykali na to oko, bo formalnie wszystko się zgadzało. Zresztą od jesieni 1943 r., Himmler zabronił używania terminu „volksdeutsch” i nakazał zastąpienie go określeniem „Niemiec”. Szczerze powiedziawszy – zastanawiam się, dlaczego tak późno to uczynił.
Uwagę na to, że w Waffen-SS służyli Polacy zwrócili też przedstawiciele rządu RP na uchodźstwie, przy czym takie sygnały docierały tam także z kraju. Zresztą trzeba też przyznać, że władze londyńskie trafnie rozpoznawały zjawisko wpisów Polaków na trzecią grupę volkslisty i rozumiały sytuację w jakiej znaleźli się ci ludzie. Doskonale wiedziano także o powszechności służby tych osób w armii niemieckiej. Świadczą o tym dokumenty wytworzone jeszcze w roku 1943.
PAP: Jak tam trafiali?
TB: Najważniejsze jest to, że na wschodnich terenach wcielonych do Rzeszy stosowano pobór tak do Wehrmachtu, jak i do Waffen-SS wśród osób często pod presją wpisanych na volkslistę. Zdecydowana większość Polaków, którzy trafili do Waffen-SS z byłego województwa pomorskiego, została zwyczajnie wcielona po tym, jak uzyskali wpis na trzecią grupę volkslisty. Podobnie odbywało się to na innych obszarach, które przed wojną leżały w granicach II RP i zostały wcielone w październiku 1939 r. do Rzeszy.
Na Pomorzu częste było zjawisko, że wpisywali się na volkslistę rodzice, a ich nieletni synowie i córki otrzymywali tę samą grupę. Kiedy dobiegali wieku poborowego, najpierw wysyłano ich do Reichsarbeitsdienst (Służba Pracy Rzeszy), a jakiś czas po powrocie otrzymywali wezwanie i byli wcielani do Waffen-SS. Taki młody rekrut był podczas wojny na wagę złota. Nie były to jednak jedyne sytuacje, zdarzało się bowiem wcielanie starszych osób. Rekordzistą jest bodajże czterdziestokilkuletni mężczyzna, wcielony na początku 1945 r., tuż przed rozpoczęciem ofensywy styczniowej. Gdyby wojna potrwała odrobinę dłużej, to służby uzupełnień SS sięgnęłyby i po pięćdziesięciolatków. Warto też zauważyć, iż zdarzały się pojedyncze przypadki akcesu ochotniczego.
PAP: Z żołnierzy Wehrmachtu wziętych do niewoli przez aliantów na różnych frontach brały się uzupełnienia w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Czy zdarzały się też przypadki zakładania polskich mundurów przez żołnierzy Waffen-SS?
TB: W PSZ nazywano to „ewakuacją specjalną”. Zdarzały się takie przypadki, choć nie były tak częste, jak miało to miejsce w wypadku byłych żołnierzy Wehrmachtu. Nasiliły się w ostatniej fazie wojny.
Trzeba też podkreślić jedną rzecz. Poddanie się do niewoli, a tym bardziej przejście na drugą stronę, wcale nie było łatwą sprawą. Na froncie wschodnim żołnierzy Waffen-SS często w ogóle nie brano do niewoli, tylko zabijano, niekiedy w okrutny sposób. Na froncie zachodnim też nie zawsze przestrzegano konwencji, więc żołnierze Waffen-SS niekiedy walczyli do końca, ale częściej za wszelką cenę przedzierali się na niemiecką stronę frontu. Właściwie czy to na wschodzie, czy na zachodzie przejście na drugą stronę było najbezpieczniejsze po przebraniu się w mundur żołnierza Wehrmachtu, czy w cywilne ubranie, a to raczej rzadko było możliwe.
Ci, którzy trafili do obozów jenieckich, też nie byli bezpieczni. Alianci pozwalali bowiem jeńcom niemieckim na wymianę korespondencji. Wystarczyła wzmianka w liście, że taki czy inny volksdeutsch-jeniec zdradził – a tak traktowane było przejście na drugą stronę – a jego rodzina lądowała w obozie koncentracyjnym. Dlatego tym większe uznanie należy się tym, którzy na takie ryzyko się zdecydowali. Warto też zauważyć, że polskie władze na wychodźstwie starały się prowadzić filtrację jeńców-Polaków z Wehrmachtu, a także z Waffen-SS. Chodziło o to, aby w szeregi PSZ na Zachodzie nie dostali się ludzie, którzy mieli coś na sumieniu. Choć te działania nie były może stuprocentowo skuteczne, to udawało się jednak wyłuskać sporo „czarnych owiec”, najczęściej z pierwszej, albo drugiej grupy volkslisty. (PAP)
Dr Tomasz E. Bielecki jest historykiem, specjalistą w dziejach II wojny światowej. W 2024 r. obronił doktorat na Uniwersytecie Gdańskim na podstawie rozprawy „Służba Polaków z byłego województwa pomorskiego w Waffen SS”. Książka opublikowana nakładem wydawnictwa „Pomost” jest jej rozszerzoną wersją.
Rozmawiał Józef Krzyk
jkr/ aszw/
