Źródło: Sąd Okręgowy w Olsztynie/facebook
Pożar Sądu Wojewódzkiego w Olsztynie wybuchł o godz. 8.30 w niedzielę 25 stycznia 1976 roku. Był to monumentalny budynek z XIX w. zbudowany wg. projektu cenionego architekta Zygmunta Gorgolewskiego. Choć ten pożar na zawsze odmienił wygląd centrum Olsztyna, opinia publiczna nigdy oficjalnie nie poznała jego przyczyn ani wysokości strat. Te wg akt z IPN wyniosły blisko 1,5 mln zł (średnia ówczesna pensja wynosiła 4,2 tys. zł – PAP).
„Pożar sądu nie wywołał w społeczeństwie Olsztyna nastrojów zaniepokojenia. Zanotowano pojedyncze wypowiedzi, iż pożar był wynikiem celowego działania m.in. z uwagi na to, że w gmachu znajdowały się materiały Komisji do Spraw Badania Zbrodni Hitlerowskich” – napisano tuż po pożarze w milicyjnym raporcie, który teraz znajduje się w zasobach IPN w Białymstoku, do których dotarła PAP. Nigdy dotąd ustaleń milicji związanych z pożarem sądu nie ujawniono.
- To, że sąd się spalił wielu osobom było na rękę. Wielu tego gmachu nie lubiło. Jedni za to, że był zbyt poniemiecki, okazały, z czerwonej cegły. Jak się spalił można było się tej poniemieckiej budowli pozbyć. Inni nie lubili sądu za to, że w jego podziemiach była katownia UB. Mój ojciec, AK-owiec, był tam przesłuchiwany. Jak zacząłem pracować w sądzie, to on nigdy do tego budynku nie wszedł. Nigdy. Zawsze mi przez woźnego kartki posyłał – wspomina w rozmowie z PAP ówczesny sędzia Józef Lubieniecki, który podkreśla, że mimo tych okoliczności architektura budynku zachwycała.
- Nikt nie dopytywał co się stało, bo i tak byśmy prawdy nie poznali. A pytanie o to nie było dobrze widziane. Gazety o tym nie pisały, bo zamiast dziennikarzy śledczych była cenzura – podsumowuje dziś Lubieniecki, który tak, jak większość mieszkańców miasta dowiedział się o pożarze sądu pocztą pantoflową. Przybiegł, by ratować akta spraw, które wtedy prowadził.
- Dziś to nie do pomyślenia, ale pracownicy sądu wchodzili do budynku i każdy zabierał swoje akta, papiery. Palił się najpierw dach, a my zajmowaliśmy niższe kondygnacje, więc strażacy gasili, a my zabieraliśmy co się dało – wspomina Lubieniecki, który już następnego dnia sądził sprawy w tymczasowym budynku przy ul. 1 Maja.
Sama akcja gaszenia okazałego gmachu sądu przebiegała bardzo dramatycznie.
„Tysiące przechodniów obserwowało strażaków sprawnie montujących węże gumowe, a następnie ich bezsilność” – odnotowała następnego dnia w notce na drugiej stronie „Gazeta Olsztyńska”, która nie dała nawet fotografii pożaru. Zamiast zobaczyć, jak płonie sąd, jej czytelnicy tego dnia mogli podziwiać m.in. fotografię żołnierza z oddziału MPLA z Angoli, który trzymał na rękach dwoje dzieci, bo akurat zajęto miasto Santa Comba na północy kraju.
Bezsilność, o której wspomniała gazeta wynikała z tego, że w hydrantach było zbyt niskie ciśnienie wody. Na dodatek, jak wynika z akt w IPN, hydranty wewnątrz budynku także nie działały. Wszystko dlatego, że zamknięto główny zawór wody i ani strażacy, ani pracownicy sądu go nie odkręcili.
Wśród gapiów przed sądem były też lokalne władze. Z informacji z IPN wynika, że gdy pożar szalał w najlepsze „pod przewodnictwem wojewody olsztyńskiego z udziałem I Sekretarza KW PZPR w Olsztynie odbyło się posiedzenie kierownictwa władz wojewódzkich, na którym podjęto decyzję o odbudowie gmachu”. Akta te podają, że narada odbyła się o godz. 11, a pożar zauważyli o godz. 8.30 strażnicy pobliskiego więzienia.
Strażak Stanisław Mikulak po latach w branżowej książce „Ochotnicze straże pożarne na Warmii i Mazurach” napisał, że oprócz władz wojewódzkich na miejscu był też prokurator i komendant milicji. To zrodziło chaos organizacyjny. Doszło to tego, że strażacy dowodzący akcją podzielili się, kto się „zajmie się władzami, które zaczynają chaotycznie interweniować”, a kto akcją gaśniczą.
„Władza, głównie prokurator Poznysz, daje mi polecenie wycofania z tego piętra wszystkich ludzi. Polecenie to (…) wykonujemy tylko częściowo, zmuszając do opuszczenia piętra pracowników sądu i strażaków przeprowadzających ewakuację dokumentów. Pozostawiamy natomiast obsadę stanowisk gaśniczych, gaszących powstające przepalenia stropu – ryzykujemy za zgodą naszych podwładnych (…)” – napisał strażak Mikulak.
Po kilku godzinach przegrywania z ogniem strażacy rozwiązali problem zbyt niskiego ciśnienia wody w hydrantach: pompę o dużej mocy włożyli do rzeki Łyny przy moście na ul. Szrajbera i pompowali nią kilkaset metrów do ul. Dąbrowszczaków. Co więcej, na miejsce sprowadzili jedyną w regionie drabinę mechaniczną o wysokości 30 m. (Mikulak napisze o niej: na podwoziu Zisa 151 radziecka podróbka niemieckiej drabiny). Niestety, w trakcie gaszenia ognia na dachu budynku drabina się złamała.
„Na szczęście łamiąca się powoli na wysokości około 20 m drabina oparła się o krawędź dachu i strażak ostrożnie zszedł na ziemię” – podsumował Mikulak.
Gdy pożar ugaszono, ruszyło śledztwo. Z akt w IPN wynika, że dokonano w nim 4 oględzin pogorzeliska, wykonano 6 ekspertyz sądowych, powołano 4 biegłych, przesłuchano 36 świadków „przy czym niektórych kilkakrotnie”, do tego „przeprowadzono 14 rozmów sondażowych z pracownikami sądów i Okręgowej Komisji Arbitrażowej, która pracowała w gmachu sądu. Do tego wykorzystano technikę operacyjną i Wydział „W” (zajmował się czytaniem korespondencji - PAP.) Ustalenia śledztwa wskazały na tak wiele nieprawidłowości w działaniu ówczesnego Sądu Wojewódzkiego w Olsztynie, że prokurator zdecydował o… umorzeniu sprawy.
„Stwierdzono szereg nieprawidłowości, które istniały w gmachu sądu w okresie poprzedzającym wybuch pożaru” – napisała milicja we wniosku o umorzeniu sprawy. Jedną z tych nieprawidłowości było to, że na sądowym poddaszu urządzono kilka pokoi gościnnych i wspólną dla nich łazienkę. W pokojach, z założenia, mieli mieszkać sądowi aplikanci, ale śledztwo wykazało, że mieszkali w nich różni przypadkowi ludzie, np. kuzynka sądowego urzędnika, która zaocznie studiowała w Olsztynie. Gdy miała uczelniane zajęcia, zajmowała w sądzie lokum i do tego zabierała do niego koleżankę.
Jedna z dozorczyń mieszkała w sądowej suterenie z dwójką dorosłych dzieci, więc swojemu przyjacielowi pozwalała nocować albo w swojej dyżurce, albo na tapczanie postawionym na sądowym strychu pośród starych mebli z sądowych gabinetów. O tym wszystkim władze sądu nie miały pojęcia.
„Dozorcy gmachu zezwalali osobom obcym na wchodzenie do budynku po godzinach pracy nie rejestrując faktu, ani celu przybycia” – napisali milicjanci, którzy razem ze strażakami ustalili też, że do pokoi na strychu doprowadzono prowizoryczną instalację elektryczną. Kable elektryczne ułożono na drewnianych belkach i uszczelniano lnianymi pakułami i gazetami. To było niezgodne ze wszelkimi regułami.
Ponieważ w pokojach na sądowym strychu było zimno, ich lokatorzy dogrzewali się urządzeniami na prąd. Do tego mieli w pokojach grzałki, którymi gotowali wodę. O tym, że to niebezpieczne alarmował sąd konserwator. On też chodził po pokojach i zabierał zbyt obciążające sieć elektryczną urządzenia. A że lokatorzy i sądowi urzędnicy wciąż przynosili nowe grzałki i farelki konserwator z końcem 1975 roku zwolnił się z pracy. Do wybuchu pożaru sąd nie znalazł jego następcy.
Ekspertyzy zamówione przez milicję wykazały, że z nieosłoniętej puszki rozgałęźnikowej, w której były nieizolowane przewody elektryczne iskra najpierw zapaliła przylegające do tej puszki lniane pakuły i stare gazety, a potem drewniane belki w pokoju 306. Te tliły się dłuższy czas, a ogień powoli pełzł po sądowym poddaszu. Ponieważ pokój ten był przy kominie, następnego dnia „Gazeta Olsztyńska” podała, że nieszczelność komina wywołała pożar.
„Wersja powstania pożaru podana w »Gazecie Olsztyńskiej« została jednoznacznie odrzucona” – napisali milicjanci w raporcie ale o prowizorycznej instalacji elektrycznej i dzikich lokatorach w sądzie nie piśnięto ani słowem.
- Spalił się kompletnie dach i zawalił strop nad największą, piękną salą – wspomina dziś Lubieniecki, który jak większość mieszkańców Olsztyna żałuje, że po pożarze sąd odbudowano jako bezstylową, brzydką bryłę. Skuto nawet zachowane po pożarze klinkierowe cegły z elewacji, by zatynkować budynek.
Odbudowa sądu trwała dwa lata. W 2016 roku przeprowadzono remont tego gmachu. Nadal jednak z dawnym, okazałym sądem nie ma on wizualnie nic wspólnego. (PAP)
Joanna Kiewisz-Wojciechowska
jwo/ dki/