Oliver Neuville świętuje po zdobyciu gola. Bramkarz Artur Boruc siedzi zrozpaczony. Mecz grupy A Mistrzostw Świata 2006 między Niemcami a Polską w Dortmundzie, 14 czerwca 2006 roku. PAP/EPA/YOURY KOCHETKOV
Porażki w dwóch pierwszych meczach, szybkie pożegnanie z turniejem, napięcia między selekcjonerem i dziennikarzami - mistrzostwa świata 2006 w Niemczech były nieudane dla polskiego futbolu. Z tarczą do kraju wracał jedynie Bartosz Bosacki, strzelec obu goli.
Po mistrzostwach świata 2002 w Korei Południowej i Japonii kolejny mundial - znów z udziałem biało-czerwonych - zapowiadał się dla kibiców przyjemnie. Nie dość, że mieli niedaleko na mecze, to na dodatek mogli liczyć na sportowy sukces.
Optymizm wzmogły udane eliminacje (aż osiem zwycięstw w 10 meczach, drugie miejsce w grupie za Anglią) oraz losowanie grup turnieju finałowego. Kadra Pawła Janasa trafiła na Niemcy, Ekwador i Kostarykę.
Zespół gospodarzy to silny rywal, ale Ekwador i Kostaryka wydawały się w zasięgu możliwości polskich piłkarzy. Na dodatek kilka miesięcy wcześniej - w listopadzie 2015 - podopieczni Janasa wygrali w świetnym stylu z przeciwnikiem z Ameryki Południowej 3:0 w towarzyskim spotkaniu w Barcelonie.
Wszystko zaczęło się jednak psuć kilka tygodni przed mistrzostwami. Mnóstwo kontrowersji wzbudził 23-osobowa kadra na turniej, ogłoszona przez selekcjonera w jednej z restauracji w centrum Warszawy. Ku ogromnemu zdziwieniu kibiców, mediów i... samych zainteresowanych w gronie powołanych zabrakło m.in. Jerzego Dudka, Tomasza Kłosa i Tomasza Frankowskiego. Gole tego ostatniego w dużej mierze przyczyniły się do awansu Polaków na mundial.
Niedługo później reprezentacja zagrała w Chorzowie towarzyski mecz z Kolumbią (1:2) i wielu kibiców na trybunach, delikatnie mówiąc, nie było zadowolonych z pominięcia w kadrze pochodzącego ze Śląska Dudka, czemu dali wyraz swoim dopingiem podczas spotkania.
Na domiar złego, stojący w drugiej połowie w bramce Tomasz Kuszczak puścił gola po wykopie piłki przez... bramkarza rywali Luisa Martineza z jego pola karnego. Gwizdy w Chorzowie stały się jeszcze głośniejsze...
Kadra Janasa wyjeżdżała do Niemiec w niezbyt dobrej atmosferze, która pogorszyła się jeszcze bardziej po pierwszym występie.
Biało-czerwoni zamieszkali niedaleko Hanoweru, w miasteczku Barsinghausen. Inauguracyjne spotkanie rozegrali 9 czerwca w Gelsenkirchen, z dobrze już znanym Ekwadorem. Ku zaskoczeniu kibiców przegrali 0:2 po golach Carlosa Tenorio i Agustina Delgado, co mocno skomplikowało ich sytuację w grupie.
Nastroje były fatalne, a oliwy do ognia dolała sytuacja, jaka miała miejsce dwa dni później. Dziennikarze oczekiwali przyjścia na konferencję prasową selekcjonera, aby zadać pytania o porażkę, tymczasem na spotkanie został delegowany... kucharz reprezentacji. W budowaniu atmosfery nie pomagało również coraz większe odseparowanie kadry od mediów, czego przykładem były zamykane treningi. Narzekali nie tylko dziennikarze, ale również licznie przyjeżdżający do Barsinghausen kibice.
Następnym rywalem byli 14 czerwca faworyzowani Niemcy (0:1). Na stadionie w Dortmundzie Artur Boruc dokonywał cudów w bramce, ale skapitulował w doliczonym czasie gry, gdy w jednej z ostatnich akcji gola wślizgiem strzelił Oliver Neuville.
Przed ostatnim meczem w grupie, z Kostaryką w Hanowerze (miasto niedaleko Barsinghausen) biało-czerwoni nie mieli już szans na awans. Powtórzyła się zatem sytuacja z mundialu w Korei Południowej.
W meczu „o honor” podopieczni Janasa zwyciężyli 2:1, a bohaterem okazał się powołany niemal w ostatniej chwili - w miejsce mającego problemy zdrowotne Damiana Gorawskiego - Bartosz Bosacki.
- Gdy nie otrzymałem powołania, czułem rozczarowanie, choć z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że nie jestem podstawowym zawodnikiem tej kadry i coś takiego może się zdarzyć. Był taki mecz kontrolny z Wyspami Owczymi i po nim selekcjoner powiedział mi, że „widzimy się na zgrupowaniu”. Ale być może taki sygnał otrzymali wszyscy inni piłkarze – wspominał w rozmowie z PAP Bosacki.
Sezon się skończył, a on zamiast odpoczywać dalej trenował indywidualnie.
- Kilka dni później, dzień przed zaplanowanym wyjazdem na wakacje, zadzwonił do mnie ówczesny asystent Janasa Maciej Skorża i spytał, czy jestem gotów przyjechać na zgrupowanie. Jedyną rzeczą, nad którą się wówczas zastanawiałem, było jak szybko jestem w stanie dostać się do Warszawy, by zdążyć na samolot, którym następnego dnia reprezentacja wylatywała na obóz. Ucieszyłem się, choć przez moment zastanawiałem się, czy koledzy mi jakiegoś żartu nie robią. Ale to nie był żart – powiedział.
Obrońca, występujący wówczas w Lechu Poznań, odpłacił się dwoma golami. Jedynymi, jakie Polska uzyskała na mundialu w Niemczech i jednocześnie jedynymi, jakie Bosacki strzelił w drużynie narodowej.
- Od samego początku mówiłem, że te dwie bramki to taka łyżeczka cukru na dzbanek gorzkiej herbaty. Oczekiwania kibiców były większe, jeśli chodzi o zespół, i jeden zawodnik nie może być czy czuć się wygranym. Dzisiaj, z perspektywy lat, uważam, że sukcesem było już samo zakwalifikowanie się do mundialu. My nie byliśmy tak wysoko notowani, nie byliśmy żadnym faworytem. Dlatego braku awansu z grupy nie można traktować w kategoriach katastrofy. Nie takie drużyny odpadały po fazie grupowej... - przyznał bohater meczu z Kostaryką.
Polska jako pierwsza drużyna odpadła z fazy grupowej MŚ. Już 21 czerwca, gdy wiele drużyn szykowało się do kolejnych meczów, biało-czerwoni - w ciszy, praktycznie anonimowo - wylatywali z lotniska w Hanowerze.
Powody do satysfakcji mógł mieć jedynie Bosacki. Przeszedł do historii jako jedyny piłkarz na tym mundialu, który - oddając więcej niż jeden strzał - za każdym razem trafił do siatki (dwie próby, dwa gole).
- Na pewno tych dwóch goli, które udało mi się strzelić, nikt mi nie zabierze i one będą sobie cały krążyć w różnych kronikach. Doskonale je pamiętam, jednego strzeliłem głową, drugiego nogą, oba padły po rzutach rożnych. Te bramki widziałem jeszcze wiele razy, ale muszę szczerze przyznać, że nigdy mi się nie udało obejrzeć tego meczu od początku do końca - zauważył.
Po raz pierwszy od 1982 roku w półfinałach MŚ znalazły się wyłącznie kraje europejskie: Włochy, Francja, Niemcy i Portugalia.
Mistrzami świata zostali Włosi, którzy po dramatycznym meczu pokonali w finale w rzutach karnych Francuzów (po 90 minutach i dogrywce było 1:1).
Spotkanie przeszło do historii m.in. z racji wydarzeń w dogrywce. Sprowokowany przez Marco Materazziego słynny Zinedine Zidane (wybrany najlepszym piłkarzem turnieju) uderzył swojego rywala głową w klatkę piersiową i został ukarany czerwoną kartką. Wcześniej obaj piłkarze zdobyli w finale bramki.
lic/ bia/ pp/