Chorzów, 1.09.2001. Reprezentanci Polski, Emmanuel Olisadebe i Marek Koźmiński cieszą się po zdobyciu bramki podczas meczu eliminacyjnego piłkarskich mistrzostw świata 2002 w Norwegią. Polacy wygrali 3:0 i zapewnili sobie awans do finałów. Fot. PAP-PRZEMEK WIERZCHOWSKI
25 lat temu piłkarska reprezentacja Polski pokonała w Chorzowie Norwegię 3:0, wywalczając po 16 latach przerwy awans do finałów piłkarskich mistrzostw świata. Było to komentowane jako zdjęcie „klątwy Bońka i Piechniczka".
Obaj bowiem w studiu telewizyjnym po odpadnięciu Polski z mundialu w 1986 roku sugerowali, że Polacy mogą mieć problem z awansem do następnych turniejów.
1 września 2001 roku Polska grała na Stadionie Śląskim w Chorzowie z Norwegią w eliminacjach mistrzostw świata 2002 w Japonii i Korei. Choć Polakom do zakończenia eliminacji w Grupie 5 zostały jeszcze dwa mecze, dzięki zwycięstwu 3:0 już tego dnia wywalczyli awans na mundial. Zrobili to jako pierwsza drużyna europejska.
Umożliwił to korzystny układ w grupie. Druga w tabeli Białoruś tego samego dnia przegrała bowiem z Ukrainą, zaś Norwegowie po drugiej porażce z drużyną prowadzoną przez Jerzego Engela (w marcu 2001 w Oslo było 3:2 dla Polaki) definitywnie odpadli z rywalizacji.
Awans na mundial po 16 latach przerwy był dużym sukcesem polskiego futbolu. Reprezentacji Polski nie było bowiem ani na mistrzostwach świata we Włoszech w 1990 roku, ani w USA w 1994 roku, ani we Francji w 1998 roku. W każdych z powyższych eliminacji Polska trafiała w grupie na Anglię - tę samą, której wyeliminowanie z finałów MŚ 1974 otworzyło drogę do wielkich sukcesów polskiego futbolu.
W latach 90. ci sami Anglicy okazali się wykonawcami słynnej „klątwy Bońka i Piechniczka" z 1986 roku, po wielokroć rewanżując się Polsce za wyrzucenie z turnieju w RFN w 1974. Jedynie w przypadku mundialu w USA w 1994 roku nie tylko Polska, ale również oni nie przebrnęli z sukcesem eliminacji. Oba zespoły musiały ustąpić Holandii i wspomnianej Norwegii.
Co do samej „klątwy Bońka i Piechniczka", obrosła ona swoistą legendą. Po latach, zwłaszcza gdy nie był dostępny zapis telewizyjnej rozmowy red. Dariusza Szpakowskiego z selekcjonerem i kapitanem drużyny tuż po porażce 0:4 z Brazylią w 1/8 Mundialu 1986 w Meksyku, pojawiły się opinie, że Boniek z Piechniczkiem wprost mówili, iż Polska przez 16 lat nie zakwalifikuje się na mundial i na tym właśnie polegała owa "klątwa". W rzeczywistości taką interpretację ich słów można wyczytać jedynie między wierszami.
Ustępujący z funkcji selekcjonera Piechniczek życzył następcy, by tak jak on dwukrotnie doprowadził reprezentację do finałów MŚ - to akurat nie udało się dotąd nikomu innemu. Zaś Boniek sarkastycznie wyrażał nadzieję, że Polska będzie grać na następnych czterech mundialach, tak jak występowała na czterech dotychczasowych i osiągnie w nich podobny rezultat, czyli dwa razy trzecie miejsce, raz miejsce 5-8 i raz 1/8 finału. Co jak wiadomo nie nastąpiło, bo w ogóle od tamtego czasu Polacy grali tylko cztery razy, a tylko raz - w Katarze w 2022 roku - wyszli z grupy, odpadając w 1/8.
W to, że akurat drużyna prowadzona przez Engela przełamie ową klątwę mało kto wierzył. Engel objął reprezentację na przełomie 1999 i 2000 roku, gdy po raz siódmy z rzędu nie zakwalifikowała się do dużego turnieju - w tym przypadku do Euro 2000. Mimo że reprezentację prowadził w tych eliminacjach opromieniony srebrnym medalem z igrzysk olimpijskich w 1992 roku selekcjoner Janusz Wójcik.
Początki Engela było trudne - w pierwszych czterech spotkaniach pod jego wodzą reprezentacja nie tylko nie wygrała, ale i nie strzeliła bramki, co w połączeniu z ostatnimi meczami pod wodzą Wójcika tworzyło jedyny w swoim rodzaju bezbramkowy rekord. Trafił on nawet do piosenki Kazika, zatytułowanej „Cztery pokoje", a znajdującej się na wydanej w tym samym 2000 roku płycie „Melassa". Pierwszy gol padł dopiero w czerwcu 2000 roku, w przegranym 1:3 towarzyskim meczu z Holandią, a czas 661 minut bez bramki zakończył celnym strzałem Paweł Kryszałowicz.
Decyzją najbardziej brzemienną dla sukcesów kadry Engela było - jak się później okazało - załatwienie obywatelstwa polskiego dla Nigeryjczyka Emmanuela Olisadebe, który grał w drużynie mistrza Polski Polonii Warszawa. Selekcjoner był dyrektorem sportowym Polonii przed objęciem kadry i znał możliwości Nigeryjczyka, który nie tylko nie wywoływał zainteresowania szefów reprezentacji Nigerii, ale nie chciało go nawet kilka polskich klubów, gdy pojawił się nad Wisłą. Zdecydowała się jedynie mająca kłopoty kadrowe Polonia.
Olisadebe okazał się świetnym wyborem nie tylko stołecznego klubu. Postawienie na niego dowodziło, że piłkarskiego nosa ma również selekcjoner. W trybie przyspieszonym Nigeryjczyk otrzymał obywatelstwo od prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i już w sierpniu 2000 roku wystąpił w towarzyskim meczu z Rumunią, strzelając bramkę. Potem trafiał do siatki w większości kluczowych meczy eliminacyjnych - przede wszystkim dwukrotnie w niezwykle ważnym pierwszym spotkaniu eliminacyjnym 2 września 2000 z Ukrainą w Kijowie, wygranym 3:1.
Rywalami Polski w eliminacjach w grupie 5. były, poza Ukrainą i Norwegią, Białoruś, Walia i Armenia. Do przełomowego meczu z Norwegią udało się pokonać Białoruś i Armenię u siebie, a Walię i Norwegię na wyjeździe. W tych dwóch ostatnich meczach kluczowe bramki strzelał również Olisadebe. Punkty reprezentacja straciła tylko w remisowych meczach z Walią u siebie i Armenią na wyjeździe.
Przed zaplanowanym na 1 września 2001 rewanżowym meczem z Norwegią Engel zadbał o szczególną motywacje piłkarzy. Jak wspomina w swojej książce „Futbol na tak", wyświetlił im m.in. film o ataku Niemiec hitlerowskich na Polskę 1 września 1939 roku.
Sam chorzowski mecz z Norwegią miał szczególny przebieg. Pierwsza połowa nie wskazywała, że może to być wysokie zwycięstwo - gra była bardzo wyrównana. Dopiero gol Kryszałowicza tuż przed przerwą ustawił dalszy przebieg gry. W drugiej połowie trafiali Olisadebe (choć dziś VAR zapewne zakwestionowałby tę bramkę, jaką zdobytą ze spalonego), a także Marcin Żewłakow. Co ciekawe, ci sami zawodnicy strzelali gole w jedynym wygranym meczu już na mundialu w Japonii i Korei - ze Stanami Zjednoczonymi, który był klasycznym meczem „o honor", bo drużyna Engela wcześniej odpadła po porażkach 0:2 z Koreą Płd i 0:4 z Portugalią.
Zanim to nastąpiło, sam awans wywołał w kraju euforię. Ówcześni komentatorzy powody sukcesu upatrywali tyleż w dobrym wyborze zawodników, co fachowym przygotowaniu drużyny pod względem taktycznym wobec konkretnych rywali. Tak zresztą źródła sukcesu przedstawia sam Engel we wspomnianej książce „Futbol na tak". Ale wskazywano również na umiejętności pozasportowe Engela. Na to, że potrafił dobrze nastawić drużynę psychicznie, zarazić optymizmem, zadbać o dobra atmosferę i brak konfliktów. Przypominał w tym trochę słynnego poprzednika Kazimierza Górskiego.
Wszystko to nie wystarczyło na finały mundialu. Po odpadnięciu Polski już po rozgrywkach grupowych Engel musiał pożegnać się z posadą. Przyczyny takiego wyniku były różne, choć w ówczesnych mediach wskazywano na wynikające z braku doświadczenia niewłaściwe przygotowanie mentalne polskich piłkarzy do tak dużego turnieju. Wskazywał na to zresztą sam Engel. Nie bez znaczenia był fakt, że pierwszy mecz Polacy grali z gospodarzami, czyli z Koreą Płd. Gospodarzom, jak wiadomo, pomagają ściany, a w tamtym turnieju pomagały szczególnie.
Wysłannik PAP na ten mundial Zbigniew Miller wspomina, że utkwiła mu scena tuż przed meczem z Koreą w Pusan. - Cały wielki stadion niemal kipiał od dopingu na rzecz gospodarzy. To nie był zwykły doping, tylko coś w rodzaju skrzyżowania pisku z wyciem. Ten dźwięk sprawiał upiorne wrażenie. Zobaczyłem dwóch polskich zawodników wychodzących na murawę, m.in. jednego z braci Żewłakowów. Wyszli, rozejrzeli się po trybunach i wrócili do szatni. Po ich mowie ciała było widać, że ten mecz będzie im ciężko wygrać - opowiada Miller.
Błędy popełnił sam selekcjoner. Jeden z atutów drużyny - dobra atmosfera - został zaprzepaszczony w dużym stopniu z jego powodu. Engel z niejasnych powodów nie zabrał na mundial jednego z podstawowych piłkarzy - Tomasza Iwana, co reszta drużyny miała mu za złe. Popełnił też błąd, wystawiając do drugiego meczu z Portugalią niemal ten sam skład, który przegrał z Koreańczykami. Trzeci mecz z USA, zagrany już w zupełnie innym zestawieniu pokazał, że może gdyby na tych zawodników postawił wcześniej, Polacy nie przegraliby z Portugalczykami tak sromotnie.
Co ciekawe, podobny błąd został popełniony także w eliminacjach, gdy kilka dni po dającym awans zwycięstwie z Norwegią Polacy grali z Białorusią w Mińsku. Dla nich mecz o niczym nie decydował, był zaś ważny dla Białorusinów, bo przedłużał im szanse na miejsce gwarantujące grę w barażach. Można było się spodziewać, że w polskiej ekipie motywacja do gry będzie niewielka, zaś u Białorusinów duża. Tak było i Białoruś wygrała 4:1. Niewykluczone jednak, że gdyby w tym meczu Engel postawił na zmienników, którzy chcieliby się pokazać w kontekście nadchodzącego mundialu, wynik byłby inny.
Piotr Śmiłowicz (PAP)