Polski alpinista Krzysztof Wielicki (trzeci od prawej) w towarzystwie dwóch alpinistów wloskich po wejściu 10 sierpnia 1996 r. na drugi co do wysokosci szczyt swiata K2 (8611 m). Fot. PAP/EPA
30 lat temu - 1 września 1996 roku - Krzysztof Wielicki samotnym wejściem na Nangę Parbat domknął swoją podróż po Koronę Himalajów i Karakorum, czyli zdobycie 14 wszystkich ośmiotysięczników świata. Uczynił to jako piąty alpinista w historii i drugi Polak - po Jerzym Kukuczce.
- Przez całe swoje górskie życie nie myślałem o Koronie i nie dążyłem do niej. To był „wypadek przy pracy”. Po cholerę mi ta Korona pomyślałem, gdy kolega z klubu wspinaczkowego zapytał mnie, po wejściu na 12. ośmiotysięcznik, kiedy dokończę robotę - powiedział PAP alpinista, który zmagania z naturą i własnymi słabościami po Koronę Himalajów i Karakorum rozpoczął spektakularnie zimą na Mount Evereście w 1980 roku.
Historycznego wyczynu - pierwszego zimowego wejścia na najwyższy szczyt globu (8848 m) - dokonał z Leszkiem Cichym 17 lutego 1980 podczas wyprawy kierowanej przez prekursora zimowego alpinizmu Andrzeja Zawadę.
Pisanie swojej historii podboju ośmiotysięczników Wielicki zakończył 16 lat później - samotną wspinaczką na pakistański masyw Nanga Parbat (8126 m).
Jak przyznał, w środowisku wspinaczy wyścig Reinholda Messnera z Kukuczką o to, kto pierwszy stanie na wszystkich głównych wierzchołkach 14 ośmiotysięczników wzbudzał znacznie mniej emocji niż wśród zwykłych ludzi nizin. Ostatecznie Włoch z Tyrolu uczynił to 16 października 1986, a Polak - 18 września 1987.
- Owszem, śledziłem, bardziej medialną niż rzeczywistą, rywalizację Messnera z Kukuczką, ale prawda jest taka, że gdy ona się skończyła, to nikt się już tym nie interesował. Ja byłem skupiony na zimowych wejściach, nowych drogach, robieniu z kolegami z mojego pokolenia czegoś fajnego, co - jak się okazało - na trwale zapisało się w historii himalaizmu - podkreślił.
W lipcu 1995 zdobył 11. i 12. szczyt do kolekcji - samotnie Gaszerbrum II, a położony obok Gaszerbrum I z Jackiem Berbeką w stylu alpejskim, sześć dni po wejściu na niższy z wierzchołków tego masywu w Karakorum.
- Skoro kolega po zdobyciu Gaszerbrumów zasiał w mojej głowie myśl, że lepiej mieć Koronę niż nie mieć, to w 1996 roku zorganizowałem wyprawę na K2 od strony chińskiej. To było moje czwarte podejście pod ten szczyt. I w końcu stanąłem na wierzchołku, z dwoma wspinaczami z Włoch, bo z powodu późnej pory wycofali się w tym ataku Rysiek Pawłowski i Piotr Pustelnik, którzy zdobyli go pięć dni później. Potem została mi już tylko jedna góra - Nanga Parbat - wspominał alpinista pochodzący z niewielkiej Szklarki Przygodzickiej (gmina Ostrzeszów).
Na szczycie K2 stanął 10 sierpnia 1996 roku, a już po 12 dniach dotarł do bazy pod Nangą Parbat, położoną ok. 200 km od K2. Tam mieli czekać na niego koledzy z klubu wysokogórskiego z Katowic. Pogoda była jednak tego lata bardzo kapryśna i nieprzewidywalna. Polacy, i nie tylko oni, zrezygnowali więc z podboju góry, choć niskiej jak na ośmiotysięcznik (8126 m), to mającej złą sławę wśród wspinaczy. „Naga Góra” - potężny, skomplikowany orientacyjnie masyw z granią o długości prawie 26 km - zajmuje pod względem wypadków śmiertelnych niechlubne drugie miejsce, właśnie za trudnym pod względem technicznego wspinania i wysokości K2 (8611 m).
- K2 było połowę drogi po Koronę. Pod Nangę Parbat jechałem z myślą, że będę się wspinał z kumplami. Już w wiosce Chilas (położonej ok. 75 km od szczytu - PAP) dowiedziałem się, że koledzy wyjechali, a po dotarciu do bazy zobaczyłem, że nie ma tam żadnej wyprawy, a były tego lata chyba trzy czy cztery. Zostali na łąkach pod szczytem tylko miejscowi pasterze. Gdy powiedziałem, że chcę iść do góry i wskazałem czekanem na szczyt, popatrzyli na mnie jak na osobę szaloną - dodał.
Wielicki przyznał, że miał poważny dylemat, co robić w sytuacji, gdy nikogo ze wspinaczy nie było u podnóża masywu.
- Gdybym się dłużej zastanawiał, to pewnie bym zrezygnował, ale... wyłączyłem dłuższe myślenie i postanowiłem spróbować. Wiem, że nie powinienem tego robić... Miałem tylko czarno-białe zdjęcie ściany Diamir i całą górę dla siebie. Po trzech dniach wspinaczki stanąłem na szczycie. No i znowu dylemat - nikogo nie ma pod górą, a to mój ostatni ośmiotysięcznik, więc trzeba mieć jakiś dowód, że tu byłem. Nazbierałem nieco kamieni do plecaka, ale w ostatniej chwili moją uwagę przykuł jakiś żółty kawałek tkaniny. Chciałem go podnieść, lecz gdy mocniej chwyciłem to okazało się, że w ręku trzymałem mosiężny, pamiątkowy hak austriacki z wygrawerowanym napisem „Graz”. To było to! Odpowiedni dowód. Byłem bardzo zadowolony, że go znalazłem - relacjonował.
Na dole w bazie, po szczęśliwym zejściu, wiwatowali na cześć Wielickiego oniemiali lokalni pasterze, ale celebrowania sukcesu, także po powrocie do Polski, nie było.
- Koledzy z klubu nie podważali w ogóle, czy byłem na szczycie, bo liczyło się w tamtych czasach słowo. Nie chcieli nawet „twardych” dowodów. Interesowały ich tylko warunki wspinaczki. To podejście mnie nawet wkurzało. O haku nic więc nie mówiłem i jego historia w końcu wyszła na jaw po... czterech latach - wspomniał.
Historia haka z Nanga Parbat zatoczyła koło na konferencji organizowanej przez słynnego Messnera, w której brali udział wybitni himalaiści, w tym wszyscy żyjący wówczas wspinacze mający na koncie Koronę Himalajów i Karakorum.
- Każdy ze zdobywców Korony miał kilka minut na prelekcję. Pomyślałem, że to dobra okazja, by pokazać mój dowód z Nanga Parbat. Wyjąłem znaleziony hak i zacząłem opowiadać. Po zakończeniu wystąpienia z końca sali wstał Robert Schauer i mówi: „To jest mój hak. Byłem na szczycie w 1976 roku”. Chciał mi go nawet zabrać, ale powiedziałem, że przecież to ja go zniosłem w doliny i jest mój. Teraz znajduje się w muzeum w Katowicach i pewnie zostanie przeniesiony do powstającego Centrum Polskiego Himalaizmu im. Jerzego Kukuczki w tym mieście - powiedział.
Właśnie przypieczętowanie zdobycia Korony Himalajów i Karakorum wejściem na „Nagą Górę”, zwaną także „Górą-Mordercą”, Wielicki ceni najbardziej. Podobną rangę mają w jego gradacji dokonań w najwyższych górach świata także zimowe wejścia z happy endem, które docenia dodatkowo najbardziej pod względem wyczynu sportowego: Everest (z Cichym), Kanczendzonga (8586 m, 1986 rok z Kukuczką) oraz Lhotse (8516 m, samotnie w sylwestra 1988).
Jest jednym z alpinistów mających największy wkład w światowy zimowy himalaizm, który przez lata był polską specjalnością - na 10 spośród 14 szczytów mających główne wierzchołki ponad 8000 m jako pierwsi zimą stanęli właśnie Polacy.
- Nanga Parbat jest rzeczywiście wyjątkowa - samotnie, w takich okolicznościach, i w dodatku szybko. Cała droga od zejścia z nawierzchni asfaltowej prowadzącej do bazy i powrót na nią zajął mi osiem dni - powiedział laureat Nagrody Księżniczki Asturii w kategorii sport z 2018 r., którą odebrał w Oviedo wraz z Messnerem (pierwsi himalaiści uhonorowani prestiżowym wyróżnieniem przyznawanym od 1981 r.).
Jak zaznaczył, zdobycie 14 ośmiotysięczników nie wpłynęło na jego postrzeganie gór i ludzi.
- Oczywiście Korona Himalajów i Karakorum niczego nie zmieniła w moim życiu wspinacza, ale nie tylko tym górskim. Przecież na Koronie życie się nie kończy. Góry były i są nadal obecne w moim życiu. To pasja, z którą się umiera. Co roku praktycznie jeżdżę ze znajomymi w góry wysokie. W tym roku też byłem, w Pakistanie. Bez „napinki”, bez Szerpów rozwieszających liny poręczowe wspinamy się na niższe, puste szczyty i wszyscy są zadowoleni - podkreślił 76-latek.
Wielicki nie przywiązuje wagi do swoich górskich dokonań i nie celebruje rocznic wejść na szczyty, ale w tym roku 1 września będzie nieco inaczej. Odwiedzi bowiem... Szkołę Podstawową nr 3 w Łazach, która na początku roku uznała go za swojego patrona.
- Nie celebruję i nie pamiętam o rocznicach, bo to nie mój styl, ale w tym roku będzie inaczej, będę świętował... w szkole. Jako żyjący patron mam obowiązki. W sumie to nawet fajnie się złożyło, że rocznica mojej Korony przypada na ten dzień - powiedział.
Wielicki, który ma w dorobku wiele wybitnych osiągnięć w stylu alpejskim (tj. bez zakładania obozów pośrednich) w Tatrach, Dolomitach, Pamirze czy Himalajach (m.in. w 1993 roku wytyczył nową drogę na Sziszapangmie), nie śledzi również obecnych doniesień o rekordach w szybkości zdobywania ośmiotysięczników za pomocą Szerpów i butli z tlenem, nowoczesnej logistyki, w tym korzystania z transportu helikopterami, by łatwiej dotrzeć do baz pod górami. Przyznał, że to nie jego „bajka”, mimo że przed laty wszedł na Broad Peak w Karakorum (8051 m) w niecałą dobę. Droga z bazy na szczyt i z powrotem zajęła mu 15 lipca 1984 niespełna 22 godziny, co przez lata było rekordem szybkości.
- Nie miałem zamiaru bić rekordu na Broad Peak, po prostu były dobre warunki i tak wyszło. Obecnie jednak Himalaizm stał się turystyką wysokogórską, ale kto bogatemu zabroni...? Ci ludzie piszą swoją historię, do rozwoju alpinizmu takie dokonania nic moim zdaniem nie wnoszą. Jestem dumny z tego, co zrobiliśmy z moim pokoleniem zapisując się na kartach historii, której początek należał do naszych poprzedników eksplorujących wówczas dziewicze rejony i ośmiotysięczne szczyty - przyznał Wielicki, uhonorowany licznymi nagrodami, m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2003), Super Kolosem za całokształt (Gdynia 2006), Lowell Thomas Award przyznawanej przez The Explorers Club, Złotym Czekanem (2019), czyli górskim Oskarem za całokształt dokonań jako drugi Polak (po Wojciechu Kurtyce).
Olga Miriam Przybyłowicz (PAP)