Warszawa, 18.12.2024. Od lewej: Olgierd Łukaszewicz i Jerzy Łukaszewicz podczas gali rozdania Nagród Stowarzyszenia Filmowców Polskich w hotelu Hilton w Warszawie. Fot. PAP/Albert Zawada
Bez ich udziału „Sól ziemi czarnej”, „Brzezina”, „Perła w koronie”, „Vabank”, „Seksmisja”, „Dolina Issy”, „Faustyna”, „Generał Nil” i wiele innych polskich filmów, które odcisnęły się w zbiorowej pamięci, wyglądałoby inaczej. 7 września 1946 roku urodzili się Jerzy i Olgierd Łukaszewiczowie.
Pierwszy na planie naszej rzeczywistości pojawił się przyszły wybitny operator filmowy, reżyser, scenarzysta, wykładowca akademicki, profesor sztuk filmowych. Drugi – charyzmatyczny aktor filmowy i teatralny – jest młodszy o 40 minut.
„Miało to potem swoje konsekwencje. Mianowicie on się uważał za starszego i na bankietach pił moją rację” – powiedział Olgierd Łukaszewicz Tomaszowi Miłkowskiemu, autorowi książki pt. „Seksmisja i inne moje misje” (2016).
Ich ojciec Julian Łukaszewicz (1899-1972) był lekarzem, urodzonym w Uzbekistanie wnukiem polskiego zesłańca, matka, Helena z domu Kozakiewicz (1919-2003), pochodziła z Kamienia Podolskiego. Do Polski uciekli po puczu bolszewickim 1917 roku. Poznali się i pobrali w 1942 roku w Warszawie.
„Po Powstaniu Warszawskim rodzice ze starszym bratem Krzysztofem przez obóz w Pruszkowie dotarli na Śląsk. Nasze korzenie związane są jednak z Kresami, moje imię jest przecież bardzo wileńskie” – powiedział Olgierd Łukaszewicz Piotrowi Czartoryskiemu-Szilerowi („Nasz Dziennik”, 2009). Zamieszkali w Katowicach-Ligocie przy ul. Mazurskiej 4.
„Śląsk to jest rzeczywiście moja ojczyzna – patrzymy przecież przez pryzmat dzieciństwa. Mieszkałem tam do 18. roku życia” – przypomniał Olgierd Łukaszewicz. „Urodzony w Chorzowie, wychowany w Katowicach-Ligocie, w parafii panewnickiej, w dzielnicy, na której terenie znajduje się kopalnia »Wujek«, czuję, że jest to mój żywioł, moje dzieciństwo i gniazdo, reszta jest mitem” – podkreślił.
Na wychowanie chłopców miała duży wpływ „babcinka” Franciszka Biskup, matka dziewięciu synów – wszystkich przeżyła, kilku z nich zginęło w kopalniach – piastunka pomagająca Łukaszewiczom w wychowywaniu pociech. To w dużej mierze dzięki niej śląski stał się dla Olgierda „językiem serca”.
Ważną rolę w kształtowaniu osobowości braci odegrało harcerstwo i ministrantura. „Jako harcerze odwiedzaliśmy z bratem byłych powstańców śląskich, jako ministranci asystowaliśmy przy pogrzebach” – wspominał Olgierd Łukaszewicz.
„Mama starała się uwrażliwić nas na odbiór sztuki poprzez obowiązkowe słuchanie koncertów czy konkursów chopinowskich. Nie wolno nam było wtedy śmiać się, żartować, trzeba było siedzieć i słuchać. Bywały także niedzielne popołudnia, kiedy starała się nas zainteresować albumami malarstwa, jakie zostały w naszym domu jeszcze po Niemcach” – opowiadał.
Helena Łukaszewicz „kierowała domem niepodzielnie”, hodowała króliki, pisała felietony do „Gościa Niedzielnego”, była bardzo religijna.
„Myślę, że to, że obaj z bratem bliźniakiem Jerzym mamy takie natury artystyczne, zostało wywołane przez matkę. A ojciec, marzyciel, opowiadał o swoim dzieciństwie, że wyjeżdżał w step na osiołku i oglądał gwiazdy” – wspominał Olgierd Łukaszewicz („Notacje NInA”, 2013). „Zabierał nas do planetarium, pokazywał niebo, uczył gwiazdozbiorów… I uczył jakiejś refleksji, namysłu… Dom rodzinny to fundament mojego aktorskiego życia, wyobraźni i w ogóle stosunku do świata” - wyjaśnił.
Artystyczną wenę poczuł, gdy w szkole ogłoszono konkurs recytatorski wierszy o Leninie. „Podniosłem rączkę – były dziewczynki i byłem ja” – wspominał. Ucząc później w harcerstwie recytacji, stał się swoistym „kaowcem”. „Po latach, na zdjęciach próbnych do »Perły w koronie« spotykam Łucję Kowolik (odtwórczynię głównej roli żeńskiej – PAP), a ona mówi: Ty mnie uczyłeś wierszyki mówić. I rzeczywiście doszliśmy do tego, że to było w harcerstwie” – opowiadał w książce „Seksmisja i inne moje misje”. Wyniesione z harcerstwa doświadczenie w organizacji i zarządzaniu zaprocentowało niewątpliwie dużo później podczas prezesury w ZASP-ie.
Pierwsze kino mieli w swoim dziecięcym pokoju – mama pozwoliła wymalować na ścianie biały ekran, na którym Jerzy wyświetlał rozmaite rzeczy. „Zdobył aparat do wyświetlania, miał też kamery, 16 mm i 8 mm, bardzo dużo tego sprzętu nagromadził pod łóżkiem” – wspomniał Olgierd. „Wypożyczał go z różnych organizacji, z Pałacu Młodzieży w Katowicach, z klubu Żak, a także z klubu ZBoWiD przy oddziale w Katowicach oraz z Harcerskiej Służby informacyjnej” – wyjaśnił. „Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem siebie na ekranie, zrozumiałem, co to znaczy grać na zbliżeniu. Brat mi tłumaczył: No, widzisz, wystarczy spojrzeć w tym czy tamtym kierunku, nie trzeba się nadymać, trzeba być bardzo naturalnym” – dodał.
W 1964 roku Łukaszewiczowie zdali do szkół wyższych - Olgierd do szkoły aktorskiej w Krakowie, a Jerzy do łódzkiej Filmówki na wydział operatorski. „Na pierwszym roku siedziałem w jednej ławce z Krzyśkiem Kieślowskim” - wspominał Jerzy.
Olgierd przyznał, że gdyby nie siedzący obok niego na egzaminie Leszek Długosz, to by się nie dostał. „Nie umiałem nic sensownego napisać o teatrze rybałtowskim. Leszek jeszcze dziś mi przypomina, że dał mi odpisać” – opowiadał aktor Miłkowskiemu.
Żeby zdawać do krakowskiej szkoły teatralnej, zachęcił go Bogusław Kierc – poznany na konkursie poetyckim we Wrocławiu w 1963 roku poeta, aktor, odtwórca roli Krzysztofa Cedry w „Popiołach” Andrzeja Wajdy. Ten film, obejrzany jeszcze w liceum, był dla Olgierda głębokim przeżyciem. „Po latach umiałem opowiedzieć, jak będzie wyglądał następny kadr, gdzie, z której strony i co będzie widać” – wspominał.
Na samym początku swych artystycznych karier bliźniacy zagrali… braci.
W filmie „Sól ziemi czarnej” Kazimierza Kutza wcielili się w postaci Cyryla (Jerzy) i Gabriela (Olgierd) Basistów, uczestników II powstania śląskiego.
Według scenariusza Cyryl zostaje zastrzelony na samym początku. „Panie Kazimierzu, właściwie po co ta postać, skoro już w pierwszym akcie ginę?” – zapytał Jerzy Łukaszewicz Kutza. „Słuchaj, jesteś mi potrzebny, żeby tu robić fotosy i na drugiej kamerze pracować” – odparł reżyser. „To był rzeczowy argument, w związku z tym dałem się ukatrupić tak wcześnie. Musiałem się położyć do trumny” – wspominał Jerzy Łukaszewicz w „Notacjach Archiwalnych SFP” (2013). „Byłem obłożony kwiatami, które tak intensywnie pachniały, choć to przecież był chyba marzec, jeszcze zima” – zapamiętał. „Już sięgnąłem troszeczkę zaświatów i myślę, że bardzo miłe wrażenie mnie czeka” – podsumował swój jedyny występ przed obiektywem kamery.
„Dziś widzę wyraźniej, że bardzo się różnimy. Gdy patrzę na siebie i bliźniaka, mam wrażenie, że wszystko bierze się z dzieciństwa” – ocenił Olgierd Łukaszewicz. „Mama opowiadała, że kiedy chłopcy grali na placu, ja potrafiłem zabrać im piłkę, a mój brat chował się za mamą. Śmieję się: »Widzisz, zostało ci to do dziś. Ty chowasz się za kamerą, a ja przed kamerą lubię się popisywać«” – wspominał w jubileuszowej rozmowie „Olgierd Łukaszewicz: Na USG jąder badała mnie piękna pani doktor. Wtedy uświadomiłem sobie coś ważnego” (wyborcza.pl, 4 września 2026).
Jako ten „popisujący się” zyskał niewątpliwie większą sławę od brata bliźniaka. Na warszawskim pokazie premierowym „Soli ziemi czarnej” dostał od Wajdy propozycję zagrania w „Brzezinie”. Rolą w tym filmie zaczął swój pierwszy aktorski „przydział” - postaci melancholijnych, delikatnych wrażliwców, ludzi słabych i chorowitych.
„»Szpilki« wtedy kpiły, że Łukaszewicz albo umiera, albo się rozbiera, albo jedno z drugim” – przypomniał.
Jako jedną z pierwszych prób wyłamania się ze stereotypu aktor wymienił rolę apostoła Tomasza w „Wieczerniku” Ernesta Brylla (1985). „Z tego powodu dwukrotnie byłem przesłuchiwany. Za drugim razem usłyszałem, że jeśli jeszcze raz zagram w tym spektaklu, to już nigdy nie pojawię się ani w żadnym filmie, ani w telewizji” – wspominał.
Jednak jeszcze przed „Wieczernikiem” był m.in. zimnym i bezwzględnym bojownikiem PPS-u w „Gorączce” Agnieszki Holland (1981). Później też udatnie wcielał się w role mężczyzn stąpających twardo po ziemi – m.in. Stefana Wyszyńskiego w filmie „Prymas w Komańczy” Pawła Woldana i w „Generale Nilu” Ryszarda Bugajskiego.
Jerzy Łukaszewicz za ważny moment swojego życia zawodowego uważa pracę przy filmie Jerzego Kawalerowicza „Śmierć prezydenta” (1977), do którego realizował zdjęcia wspólnie z Witoldem Sobocińskim. Kawalerowicz nauczył go „tego, co jest najważniejsze w filmie, czyli myślenia o tym projekcie non stop”. Duży wpływ miał też Sobociński. „Przyznam, że wszystko, czego się nauczyłem w zawodzie operatora, to właściwie od Witka Sobocińskiego” – ocenił.
Drogi zawodowe braci Łukaszewiczów przecinały się wiele razy – stawali jednak po przeciwnych stronach kamery.
„»Seksmisja« to radosna stacja na drodze mojego aktorskiego życia – nigdy bym się nie spodziewał, że ten film będzie komedią stulecia” – ocenił Olgierd Łukaszewicz. „Scenariusz od początku wydawał mi się zabawny, a dodatkowo wiedziałem, że autorem zdjęć będzie mój brat. Miałem więc pewność, że będę pracował w miłym towarzystwie. Chociaż muszę przyznać, że Jerzy dystansował się i był wymagający. Pamiętam, że gdy poprosiłem go, żeby mi coś zasugerował na planie, powiedział: »Nie mogę ci pomóc, bo gdy patrzę, jak grasz, to mnie brzuch boli«. Tak wielkie miał za mnie poczucie odpowiedzialności” - wspominał.
Wiele lat później podczas wspólnej pracy przy serialu „Plebania” doszło do „wybuchu na planie”. „Próbowałem z nim dyskutować o tekście, tak jak z innymi reżyserami, ale żaden reżyser tak mnie nie objechał jak on wtedy. A byłem już po 40 latach uprawiania zawodu” – poskarżył się Olgierd na brata Tomaszowi Miłkowskiemu.
„Seksmisja” była trzecim z kolei filmem, przy którym Jerzy Łukaszewicz współpracował z Juliuszem Machulskim. Ta współpraca dała mu rozgłos i znakomite rezultaty.
„W obu »Vabankach« operator, chcąc podkreślić nostalgiczny charakter filmów, narzucił obrazowi ciepłą dominantę barwną, a do tego przymglił niektóre sceny specjalnym filtrem” – napisał Andrzej Bukowiecki w „Akademii Polskiego Filmu”. „»Seksmisja«, zrealizowana przecież w siermiężnych warunkach technicznych kinematografii w PRL, zadziwia do dziś nowoczesnością strony wizualnej” - podkreślił. „Duża w tym zasługa wyobraźni plastycznej reżysera, scenografa Janusza Sosnowskiego, ale i warsztatowo-artystycznej biegłości Łukaszewicza, który – zgodnie z trendem, jaki objawił się wcześniej w kinie amerykańskim – źródłem światła ekspozycyjnego uczynił rozmieszczone w dekoracji, widoczne w kadrze źródła oświetlenia powszechnego użytku, np. świetlówki w suficie. Dzięki temu, oglądając »Seksmisję«, nie wyczuwa się »świecenia«, jak mawiają operatorzy, potężnymi reflektorami; obraz, przy całej fantastyczności, wygląda bardzo naturalnie” – ocenił Bukowiecki.
„Zobaczyłem w Julku takiego fantastycznego młodego człowieka, któremu o coś więcej chodzi niż tylko odfajkowywanie kolejnych tytułów” – wspominał Jerzy Łukaszewicz. „To było jego życie, jego żywioł, jego powołanie” – wyjaśnił, podkreślając, że współpraca z Machulskim przy czterech filmach z rzędu była „jednym z najlepszych okresów jego życia”. Realizację „Kingsajzu” (1988) ocenił jako rzecz „przerastającą wszystkich”, głównie z powodu wielości zdjęć specjalnych, które „w owych czasach musiały się obyć bez komputera”. „Ale myśmy to zrobili, to się udało” – podsumował operator.
Jerzy Łukaszewicz zrealizował też m.in. niezwykłe zdjęcia do „Doliny Issy” (1982) Tadeusza Konwickiego i „Siekierezady” (1986) Witolda Leszczyńskiego. Wyreżyserował m.in. „Przyjaciela wesołego diabła” (1987) i „Faustynę” (1994). W 1994 roku został wykładowcą w Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego.
„Tak się wydaje, że w zawodzie filmowca potrzebny jest talent, pracowitość… Ale ja mogę powiedzieć, że jedną z najważniejszych rzeczy jest szczęście do ludzi” – ocenił Jerzy Łukaszewicz. „I ja miałem. Dziękuję niebu, że mogłem ich spotkać i mogłem tyle od nich otrzymać” – podkreślił.
„Artystą być to rodzaj powołania. Jak istnieje etos inteligenta niosącego kaganek oświaty, tak istnieje etos artysty, który dzieli się z widownią tym, co przeżywa, dzieli się zagadką bytu, miłości, ciekawością innego człowieka. Artystą się bywa. Kiedy uda się dotknąć najistotniejszych problemów, filozoficznego skrótu, jakiegoś wyrazu, przenikającego do kości” – powiedział Olgierd Łukaszewicz „Gazecie Lubuskiej” (1999).
Liczba jego istotnych ról teatralnych i filmowych dawno przekroczyła setkę. „Jestem wdzięczny życiu, że przyniosło mi tyle wspaniałych propozycji od genialnych reżyserów, fantastycznych ludzi. Bo przecież to oni pomogli mi zbudować – aktor od tego zależy – tak zwaną karierę” – wyjaśnił artysta.
Paweł Tomczyk (PAP)