Letnie Igrzyska Olimpijskie w Berlinie, 1936 r. Olimpijska drużyna piłkarska. Stoją od lewej: Teodor Peterek, Ryszard Piec, Józef Kotlarczyk, bramkarz Spirydion Albański, Jan Wasiewicz, Ernest Wilimowski, Antoni Gałecki, Walerian Kisieliński. Siedzą od lewej: Fryderyk Scherfke, Władysław Szczepaniak, Ewald Dytko./NAC
90 lat temu piłkarska reprezentacja Polski była bliska pierwszego sukcesu - mogła zdobyć medal olimpijski. Skończyło się na czwartym miejscu na igrzyskach w Berlinie, a lepszego wyniku nie udało się uzyskać w dużym stopniu na własne życzenie.
Reprezentacja Polski w piłce nożnej swoje mecze rozgrywa od 1921 roku, a pod sam koniec II RP mogła się pochwalić pewnymi osiągnięciami - to przede wszystkim udział w mistrzostwach świata we Francji w 1938 roku, podczas których Polacy rozegrali dramatyczny mecz z Brazylią, zakończony wynikiem 5:6 po dogrywce. Ale to także czwarte miejsce w turnieju piłkarskim na igrzyskach olimpijskich w Berlinie w 1936 roku.
Zwłaszcza ten drugi występ był jednak już 90 lat temu oceniany ambiwalentnie. Bo choć był to dopiero drugi udział piłkarzy na olimpiadzie, oceniano, że akurat na igrzyskach organizowanych przez III Rzeszę było do osiągnięcia więcej. Dziś trudno się z tym nie zgodzić.
Turniej w Berlinie był specyficzny. Nie tylko dlatego, że olimpiada była maksymalnie wykorzystywana propagandowo przez reżim hitlerowski - sam Adolf Hitler bywał na stadionie, a nawet gratulował osobiście medalistom. Specyfika związana była też z tym, że szczególny był turniej piłkarski.
To był czas, kiedy w piłce nożnej bardzo starannie zaczęto pilnować rozdziału na piłkę zawodową i amatorską. O ile w latach 20. pozwalano w igrzyskach występować pierwszym reprezentacjom narodowym, patrząc czasem przez palce na ewentualne zawodowe epizody niektórych piłkarzy, to odkąd od 1930 roku FIFA zaczęła organizować mistrzostwa świata, w których mieli prawo występować wszyscy, w igrzyskach wprowadzono restrykcyjny zakaz występu zawodowców.
Nieprzypadkowo z programu igrzysk wypadły najbardziej już wtedy skomercjalizowane dyscypliny, takie jak tenis. Wyglądało na to, że to samo spotka piłkę nożną - nie znalazła się ona zresztą w programie igrzysk w 1932 roku w Los Angeles. Jednak cztery lata później w Berlinie zdecydowano się przeprowadzić turniej piłkarski, tyle że przeznaczony wyłącznie dla amatorów.
Musiało mieć to wpływ na szanse poszczególnych reprezentacji. W państwach, gdzie piłka nożna była najbardziej rozwinięta, wprowadzano już wtedy zawodowstwo - pionierem była oczywiście ojczyzna futbolu, czyli Wielka Brytania. W niektórych jednak jeszcze nie - do takich należała Polska.
Sytuacja ta stwarzała polskiemu zespołowi duże możliwości. Polacy mieli już wtedy reprezentację grającą na niezłym poziomie, zdolną do powalczenia z najlepszymi. Z udziału w mistrzostwach świata we Włoszech w 1934 roku zostali wyeliminowani przez Czechosłowację, ale i w dużym stopniu przez politykę - pierwszy mecz przegrali nieznacznie 1:2, a do rewanżu nie doszło z powodu napiętych stosunków między oboma państwami. Zaś Czechosłowacja zdobyła potem na MŚ we Włoszech wicemistrzostwo świata.
Wobec perspektywy, że w turnieju olimpijskim Polacy mieli grać przeze wszystkim z amatorskimi reprezentacjami krajów mającymi futbol zawodowy, czyli często z trzecim garniturem, szanse na sukces wzrastały. Ten argument wpłynął zresztą na to, że PZPN zdecydował się zgłosić reprezentację do turnieju w Berlinie. Mimo że po doświadczeniach z igrzysk w 1924 roku Paryżu i porażce 0:5 z Węgrami, poniesionej mimo dużych nakładów na przygotowania (włącznie z odwołaniem krajowych rozgrywek), do udziału w igrzyskach władze piłkarskie miały uraz.
Gdy już po igrzyskach analizowano przyczyny wyniku, który oceniano jako poniżej możliwości, ówczesna prasa sportowa wskazywała przede wszystkim na nieobecność w kadrze najlepszego już wówczas piłkarza - Ernesta Wilimowskiego z Ruchu Wielkie Hajduki. Wilimowski nie pojechał na turniej z niejasnych powodów. Przez lata obowiązywała opowieść, że został zdyskwalifikowany za zbyt aktywne świętowanie z kolegami zwycięstwa nad głównym rywalem Ruchu do mistrzostwa Polski - Wisłą Kraków, co skończyło się kompromitującą porażką 0:9 w kolejnym meczu z Cracovią.
Jednak Andrzej Gowarzewski w swojej "Encyklopedii piłkarskiej Fuji", posługując się cytatami z ówczesnej prasy przekonuje, że przyczyna była inna. Wilimowski miał zostać zawieszony po tym, jak rzekomo składał nieprawdziwe zeznania przed komisją PZPN, badającą przypadek wypłacenia piłkarzom Ruchu premii za mecz z Wisłą, w czym dopatrywano się przejawów zawodowstwa. Ale nawet to, czy takie fałszywe zeznania rzeczywiście składał nie było pewne, a Gowarzewski skłania się do tezy ówczesnej prasy, że piłkarz Ruchu był po prostu kozłem ofiarnym w ówczesnym konflikcie między piłkarską centralą, a władzami klubu z Wielkich Hajduków (obecnie Chorzów). Nawiązał zresztą kontakt w mieszającym w Niemczech Wilimowskim niedługo przez jego śmiercią (w 1997 roku) i miał relację z pierwszej ręki. Zdaniem Gowarzewskiego cała afera, w której Wilimowski czuł się pokrzywdzony, mogła mieć wpływ na wybory, jakich ten piłkarz dokonał po wybuchu II wojny światowej.
W każdym razie na olimpiadę nie pojechał, a zgodnie z ówczesnymi i późniejszymi opiniami, reprezentacja z jego udziałem na pewno sięgnęłaby po medal. Przeciwników nie miała bowiem trudnych. W pierwszym meczu rozprawiła się z amatorską reprezentacją Węgier 3:0, a w kolejnym, ćwierćfinałowym, pokonała 5:4 składającą się z amatorów reprezentację Wielkiej Brytanii, powoływaną w takiej formule wyłącznie na igrzyska. Wielka Brytania jako państwo nie ma bowiem i nie miała wówczas federacji piłkarskiej, tylko cztery niezależne federacje - Anglii, Walii, Szkocji i Irlandii Północnej.
W półfinale Polska trafiła na reprezentację Austrii. Choć kraj ten wtedy należał do piłkarskiej czołówki, a słynny "wunderteam" zdobył czwarte miejsce na mistrzostwach świata we Włoszech w 1934 roku, to złożona z amatorów reprezentacja olimpijska prezentowała znacznie niższy poziom i Polacy przed tym meczem byli uważani za faworytów. Właśnie wokół tego spotkania narosło najwięcej mitów w kontekście udziału Polski w berlińskim turnieju.
Przede wszystkim nie mógł zagrać kontuzjowany czołowy zawodnik Fryderyk Scherfke z Warty Poznań. Z niejasnych powodów ówczesny kapitan związkowy (czyli selekcjoner) Józef Kałuża nie wystawił do składu w jego miejsce Michała Matyasa z Pogoni Lwów (w latach 50. i 60. również selekcjonera reprezentacji), który był co prawda po kontuzji, ale już czuł się dobrze i chciał grać. Wystawił natomiast debiutanta Walentego Musielaka z A-klasowego (ówczesny drugi poziom rozgrywek) HCP Poznań, a ten spętany tremą zagrał bardzo słabo.
Sam Matyas we wspomnieniach w czasach PRL sugerował spisek niemieckiego trenera reprezentacji Kurta Otto (funkcja niezależna wtedy od kapitana związkowego), który miał celowo wprowadzić w błąd Kałużę, że on jest wciąż kontuzjowany, by nie dopuścić do zwycięstwa Polaków z Austriakami. Do takich opowieści dobrze pasował też fakt, że Musielak w czasie II wojny światowej podpisał volkslistę, więc zapewne już wtedy musiał być "piątą kolumną".
Gowarzewski polemizuje z tymi opowieściami, jako wynikającymi z antyniemieckiej atmosfery lat 60-tych. Słusznie zauważa, że przypisywanie trenerowi Otto zamiarów zaszkodzenia drużynie, która prowadził, było absurdalne. Zaś wystawienie Musielaka było po prostu błędem personalnym Kałuży, do którego już wtedy się przyznał.
Zresztą w meczu z Austrią, przegranym 1:3, cała polska drużyna zagrała słabo i trudno o wszystko winić niefortunnego debiutanta Musielaka. Jedna z bramek padła np. po wyraźnym błędzie bramkarza Spirydiona Albańskiego. Polakom po prostu tego dnia nie sprzyjał los. Już przed meczem przegrali z Austriakami losowanie o prawo gry w białych koszulkach, ale ponieważ nie mieli innych, zastępcze czerwone dostarczyli im niemieccy gospodarze.
Echa meczu z Austrią powróciły także w ostatnich latach. Po pierwsze odnaleziono krótki film z tego spotkania, będący niewykorzystanym fragmentem dokumentu o igrzyskach, kręconego przez słynną niemiecką reżyserkę Leni Riefenstahl. To jedyny znany zapis filmowy udziału polskich piłkarzy w olimpiadzie z 1936 roku. Po drugie, 88 lat po tamtym meczu Polska znów spotkała się z Austrią na tym samym stadionie olimpijskim w Berlinie, w ramach rozgrywek grupowych podczas Euro 2024. I znów padł ten sam wynik - 3:1 dla Austrii.
Po porażce z Austrią Polakom pozostała walka o brązowy medal z Norwegią. Teoretycznie ten przeciwnik też był do ogrania, choć akurat reprezentacja Norwegii w tamtym turniej prezentowała bardzo dobrą formę. Wyeliminowała m.in. gospodarzy, czyli reprezentację Niemiec, co bardzo nie spodobało się Adolfowi Hitlerowi.
W Norwegii jeszcze wtedy nie było zawodowstwa, więc kraj ten podobnie jak Polska wystawiał w igrzyskach pierwszą reprezentację. Rozegrany 13 sierpnia 1936 roku mecz o brązowy medal jest więc dziś jedynym z berlińskiego turnieju, który zaliczany jest w zatwierdzonym przez PZPN spisie do oficjalnych meczów reprezentacji Polski. Do spotkania z Norwegią Józef Kałuża wystawił już odnowioną drużynę, zagrał Michał Matyas, a także późniejszy kapitan reprezentacji Władysław Szczepaniak z Polonii Warszawa, wcześniej w turnieju ani razu nie wystawiany do składu. Polska zagrała lepiej niż z Austrią, mecz był wyrównany, ale finalnie przegrany 2:3, po tym, jak w końcówce Norwegowie strzelili zwycięską bramkę.
Cały turniej wygrali Włosi, którzy pokonali w finale Austriaków po dogrywce 2:1, utrwalając swój prymat w ówczesnym futbolu. Byli bowiem mistrzami świata z 1934 roku, a po tytuł ten sięgnęli także dwa lata po igrzyskach, w 1938 roku we Francji. Podczas wszystkich trzech turniejów reprezentacje Włoch prowadził ten sam trener - Vittorio Pozzo, choć w Berlinie grała oczywiście ekipa amatorska. Niemniej Pozzo włączył potem kilku złotych medalistów z igrzysk do składu na MŚ w 1938 roku.
W Polsce bezpośrednio po turnieju udziału piłkarzy w igrzyskach nie oceniono pozytywnie, choć obiektywnie czwarte miejsce na olimpiadzie nie jest złym wynikiem. Już wtedy była jednak we władzach sportowych świadomość popełnionych błędów, przez które spora szansa na medal została zaprzepaszczona. Trudno się więc dziwić, że stanowiskiem musiał zapłacić prezes PZPN gen. Władysław Bończa-Uzdowski.
Piotr Śmiłowicz (PAP)
pś/ krys/