Ojciec Jan Beyzym na Madagaskarze. Fot. domena publiczna
Gdy Jan Beyzym postanowił zbudować na Madagaskarze szpital dla trędowatych, niektórzy uznali go szaleńca. Ale dopiął celu, 15 maja przypada 176. rocznica jego urodzin.
Wedle legendy osada Marana na Madagaskarze miała wziąć swoją nazwę od imienia tajemniczego europejskiego arystokraty, który zaraził się trądem i rodzina wybudowała mu na wyspie siedlisko. Wiele stuleci później polski szlachcic miał wybudować tu nie tylko dom, ale i cały kompleks szpitalno-opiekuńczy dla chorych.
Jan Beyzym urodził się 15 maja 1850 roku na Wołyniu w rodzinie ziemiańskiej. Jego rodzicami byli Marceli Beyzym i Olga z domu Stadnicka. Miał zaledwie 13 lat, gdy po upadku powstania styczniowego jego rodzina znalazła się w ogniu carskich represji. Na ojca zaocznie wydano wyrok śmierci, a majątek skonfiskowano. Wówczas matka wraz z dziećmi przeniosła się do Kijowa, gdzie Jan ukończył gimnazjum. Następnie przedostał się do Galicji i wstąpił do seminarium duchownego jezuitów w Starej Wsi niedaleko Sanoka. Później kontynuował naukę w Krakowie, gdzie studiował teologię, filozofię i język francuski. Zwłaszcza znajomość tego języka miała w przyszłości okazać się szczególnie ważna.
Zaraz po otrzymaniu święceń Beyzym rozpoczął pracę z młodzieżą. Opiekował się uczniami m.in. w Tarnopolu oraz Chyrowie (obecnie obwód lwowski). Jak wspominali jego podopieczni i świadkowie tamtych wydarzeń, szczególną uwagę poświęcał zwłaszcza tym najtrudniejszym wychowankom, o których mówił, że są „drapichrustami i zbereźnikami”. Z drugiej jednak strony potrafił zdobyć ich szacunek nie krzykiem ani karami, lecz opowieściami.
Jak pisał badacz dziejów chyrowskiego zakładu ks. Jan Niemiec, Beyzym snuł historie „o rycerzach i bohaterach stepowych, o legendach i gadkach ludu polskiego i ukraińskiego”. Silny i niezwykle sprawny fizycznie, cieszył się opinią „prawdziwego kozaka”. Imponował chłopcom także pokazami siły. Do legendy przeszły jego pokazy „kruszenia orzechów laskowych, położonych między zgięte palce i uderzaniu nimi o stół”.
Jan Beyzym, wychowany w duchu jezuickiego posłannictwa, kierował się nie tylko typowymi dla tego zakonu wartościami intelektualnymi, lecz także pragnieniem pracy misyjnej. Od początku wiedział, że chce poświęcić swoje życie trędowatym. Ostatecznie „zamiast do pięknych Indyj”, gdzie początkowo planował wyjechać, trafił na Madagaskar, „skalistą i febrzystą afrykańską wyspę”, jak pisał w przedmowie do zbioru jego listów jezuita Marcin Czermiński.
Dla człowieka końca XIX wieku decyzja o takiej pracy oznaczała coś znacznie więcej niż wybór zwykłej misji. Było to wejście w świat choroby budzącej powszechny lęk i odrazę. O ile bowiem dzisiaj trąd, czyli choroba Hansena, jest schorzeniem uleczalnym, w XIX wieku sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Chorych izolowano od społeczeństwa, umieszczając ich w odległych koloniach i przytułkach. Trąd oznaczał nie tylko cierpienie fizyczne, lecz także społeczne wykluczenie i życie poza normalnym światem.
Z tym wszystkim zetknął się właśnie Beyzym po przybyciu na Madagaskar w 1898 roku. W swoich listach stamtąd szczegółowo opisywał zarówno los trędowatych, jak i samą wyspę, która dla europejskiego misjonarza końca XIX wieku była miejscem surowym i trudnym. „To ogromna pustynia w całem znaczeniu tego słowa – czytamy w liście do prowincjała – ani drzew, ani ptaków, mało ludzi, słowem nic, tylko skały pokryte lichą trawą. Od czasu do czasu natrafiają się wsie, to jest 4 lub 5 lepianek, w których mieszkają biedni Malgasze, żywiący się czem Bóg da: to ryżem, to konikami polnymi, owocami, czasem mięsem i t. p.”.
Malgaska bieda była straszna, jednak prawdziwym wstrząsem okazało się dla Beyzyma spotkanie z trędowatymi żyjącymi w dramatycznych warunkach. Ówczesne metody walki z trądem opierały się przede wszystkim na izolacji chorych. W bogatszych krajach tworzono leprozoria, w biednych regionach świata często brakowało nawet takich miejsc. Na Madagaskarze wielu chorych pozostawiano praktycznie bez opieki w prowizorycznych osadach, gdzie żyli w skrajnej nędzy.
Z takimi realiami Beyzym zetknął się bezpośrednio i opisywał w listach bez upiększeń. „Nie oddychamy tutaj zapachem kwiatów, ale zgnilizną ciał – konstatował. – Rząd dał dla trędowatych kawał gruntu (ziemia licha, potrzebująca wiele uprawy, żeby co poczciwego wydała), ale nic oprócz tego. Ci z pomiędzy chorych, co jeszcze mogą pracować, grzebią trochę tę ziemię i sadzą co mogą dostać, np. maniok, pataty (rodzaj kartofli), fasolę, kukurudzę i t. p.”.
Jakby tego było mało, tuż obok prowizorycznych zabudowań znajdowały się cmentarze. Trudno było w takich warunkach zatrzymać rozprzestrzenianie się chorób, bo oprócz trądu, rozpowszechnione były wśród nich „syfilis, parchy i wszy”. Beyzym pisał również, że chorzy „świecą ranami, bo owinąć niema czem”. Nie miał się też nimi kto zajmować, na miejscu brakowało lekarzy, pielęgniarek i innych duchownych. Dodatkowym problemem była bariera językowa: wielu Malgaszów nie znało urzędowego języka francuskiego i nie mogło swobodnie porozumiewać się z misjonarzami. Dlatego jedną z pierwszych decyzji Beyzyma było przygotowanie słownika polsko-malgaskiego.
Beyzym od początku bytności na Madagaskarze próbował stworzyć chorym godne warunki do życia i leczenia. Rozpoczął budowę szpitala z oddzielnymi oddziałami dla kobiet i mężczyzn, przeznaczonego łącznie dla około 140 pacjentów. Przy placówce działała także apteka, a opiekę nad chorymi powierzono francuskim zakonnicom. Fundusze zdobywał, jak sam pisał w listach, przez „żebranie gdzie się da”. Angażował się także w zbieranie środków na działalność szpitala i słał pisma do potencjalnych darczyńców.
Ojciec Jan Beyzym pozostawał przy tym człowiekiem bardzo skromnym. Nie szukał rozgłosu, choć jego nazwisko stawało się coraz bardziej znane. Prosił nawet redakcję jednego z czasopism misyjnych, by w razie publikacji jego fotografii, nie podpisywano jej słowami „apostoł trędowatych” lub podobnymi określeniami. „Te wszystkie fanaberye to nie dla mnie wcale” – zastrzegał. Najważniejsza była dla niego codzienna praca przy chorych, w polu czy „przy kanalizacyi”. Nie brakowało mu jednak ciekawości świata. W listach z dużą fascynacją opisywał również egzotyczną przyrodę Madagaskaru, w tym jadowite tarantule i inne zwierzęta, z którymi zetknął się na wyspie.
Jan Beyzym pozostawił na Madagaskarze nie tylko szpital i podstawową infrastrukturę, ale także polski ślad obecny tam do dziś. W przyszpitalnym kościele można zobaczyć przywiezioną z Częstochowy kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, umieszczoną w ramie wyrzeźbionej przez samego Beyzyma.
Gdy Beyzym przybył do Afryki, miał już niemal 50 lat. Szybko zaczęły doskwierać mu tropikalne choroby, wielokrotnie cierpiał na febrę i gorączkę przekraczającą czterdzieści stopni. Nie ominął go także trąd. Choroba ta uniemożliwiła mu spełnienie jednego z największych marzeń – wyjazdu z posługą na daleki Sachalin, gdzie zsyłano niepokornych Polaków.
Zmarł 2 października 1912 roku na Madagaskarze. 18 sierpnia 2002 roku został beatyfikowany przez Jana Pawła II. (PAP)
Marta Panas-Goworska
mpg/ jkrz/