Przytyk, dom małżeństwa Minkowskich. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
9 marca 1936 roku w Przytyku niedaleko Radomia drobna sprzeczka na jarmarku przerodziła się w zamieszki, a następnie w pogrom, którego ofiarami padli miejscowi Żydzi.
Położony kilkanaście kilometrów na zachód od Radomia Przytyk w 2024 r. odzyskał odebrane mu przez cara prawa miejskie.
W okresie międzywojennym około 80 procent mieszkańców tej miejscowości stanowili Żydzi. Trudnili się głównie handlem i rzemiosłem, co z jednej strony skazywało ich na współpracę z lokalną społecznością polską, a z drugiej stanowiło ognisko stałego antagonizmu. Polacy i Żydzi wzajemnie zarzucali sobie nieuczciwe praktyki. Czasami chodziło o błahe z pozoru sprawy - np. ustawienie straganów na jarmarku.
Taka właśnie drobna - jak się z początku wydawało - sprawa - doprowadziła 9 marca 1936 r. najpierw do kłótni, potem do bijatyki, a w końcu do plądrowania żydowskich domów i bicia jego mieszkańców. Niestety, nie obyło się bez ofiar śmiertelnych.
Wydarzenia odbiły się szerokim echem w całej Polsce, a nawet w Europie.
9 marca 1936 r. jak co poniedziałek przypadał w Przytyku dzień targowy i do miejscowości zjechali się kupcy i chłopi z całej okolicy. Tym razem jednak atmosfera od początku była napięta. Już od kilku dni wśród mieszkańców krążyły pogłoski o możliwych atakach na lokalną społeczność żydowską i narastało wzajemne polsko-żydowskie rozdrażnienie. Kanadyjski badacz antysemityzmu Michael Teper zauważa, że w tamtym czasie „nie było dnia, w którym gazety nie byłyby pełne wiadomości o krwawych atakach na Żydów w różnych miastach i miasteczkach Polski”.
Opinię publiczną alarmował w tej sprawie niedługo wcześniej powołany do Senatu RP (przez prezydenta Ignacego Mościckiego) Mojżesz Schorr. Pisał, że „agitatorzy endeccy prowadzą dzikie podżeganie do nienawiści wobec Żydów”, a ich gangi – jak to określił – „od dłuższego czasu nakłaniają chłopów do popełniania pogromów”.
W takiej sytuacji handlarze z Przytyku poprosili policję o wzmocnioną ochronę na czas jarmarku.
Ta jednak chyba nie doceniła powagi sytuacji. Przysłała tylko odpowiedź, że przygląda się sprawie i według ich oceny „wszystko pozostaje pod kontrolą służb, a podczas najbliższego targu nie powinno wydarzyć się nic niepokojącego”.
Kierownik wydziału śledczego w Radomiu, komisarz Kazimierz Micke, zeznał później przed sądem, że dzień był spokojny, a „chłopi przestrzegali jedynie bojkotu gospodarczego”, polegającego na niekorzystaniu przez chrześcijańskich klientów z żydowskich towarów i usług.
Świadkowie tamtych wydarzeń nie potwierdzają jednak tych zeznań. Według nich już od rana panowało zamieszanie. Żydzi mieli zniszczyć stragan polskiego czapnika „Józefa Gniazdka, kiedy ten zajął miejsce ich kolegi”, jak ustalił historyk i publicysta Piotr Gontarczyk.
Ten pierwszy incydent skończył się szczęśliwie, bo policja w porę rozdzieliła skłócone strony. W dalszej części dnia napięcie jednak narastało i – jak tłumaczy historyk Michał Trębacz – „doszło do sytuacji, która nie jest do końca wyjaśniona”, a co za tym idzie „trudno dziś ją prawidłowo zrekonstruować”. Pewne jest, że około godziny 15 Józef Strzałkowski, zwany „Byczkiem”, 24-letni mieszkaniec Przytyka, nagabywał klientów, którzy chcieli robić zakupy u żydowskiego piekarza. Ten nie pozostał mu dłużny i między mężczyznami doszło do bójki. Po interwencji policji niezadowoleni mieszkańcy mieli wykrzykiwać, że władze zawsze chronią Żydów, a nie swoich. W pewnym momencie policjanci musieli zabarykadować się nawet na posterunku, bo pod drzwiami komisariatu zgromadził się rozwścieczony tłum.
Jak opisuje Anna Kłys, dziennikarka i autorka książki poświęconej także temu wydarzeniu, w ruch poszły „kamienie, orczyk i krzesełko”, czyli przedmioty znalezione na targowisku. Po interwencji stróżów prawa wydawało się, że sytuacja została opanowana. Jednak, jak czytamy u Kłys: „jakaś grupa chłopaków wiejskich pod wodzą Kubiaka, krzyczącego: «Chłopcy! Do roboty», wpadła na rynek i dobiegła do straganów krawców żydowskich. Któryś walnął laską Mosze Dalmana w głowę. Mosze upadł, a chłopcy zaczęli rozwalać stragany, rozrzucać i rozdzierać materiały i ubrania”.
W narastającym chaosie padły strzały z jednego z domów. Śmiertelnie ranny został Stanisław Wieśniak, mieszkaniec Przytyku, który nie brał udziału w zamieszkach. Jak podaje Kłys, „sekcja zwłok Wieśniaka wykazała, że kula trafiła go w lewy bark, przeszła przez klatkę piersiową i rozerwała tętnicę”.
Gontarczyk precyzuje, że „strzelał dwudziestoparoletni Szulim Chil Leska”. Ten jednak w trakcie rozprawy sądowej zapewniał, że w nikogo nie celował. Tłumaczył, że „strzelał trzy razy w powietrze, bo się bał”, a pistolet kupił, „bo chciał zapewnić ochronę rodzinie w razie zapowiadanych akcji antyżydowskich”. W dodatku – jak się okazało - w chwili, gdy strzelał, pod jego domem było sześciu policjantów kierujących tłumem”.
Kiedy rozniosła się po Przytyku wieść o zabójstwie, wydarzenia przybrały jeszcze bardziej dramatyczny obrót. „Wynajęci pikieciarze, uzbrojeni w kije, pręty, a niektórzy również w broń” – czytamy u badacza Davida Stockfisha – „wdzierali się do żydowskich domów, rozbijali ludziom głowy, niszczyli meble, zadawali ciosy i wybijali okna, siejąc zniszczenie i spustoszenie”.
W ruch poszły kamienie, widły, metalowe sztaby owinięte drutem kolczastym, laski i noże. Niszczono sklepy, domy i obejścia, bito kobiety i dzieci – relacjonowali świadkowie. Kulminacją zajść było wtargnięcie do domu szewca Jose Minkowskiego i jego żony Chaji. Dzieci zostały ciężko pobite, a rodzice zamordowani.
Gontarczyk konkluduje, że był to „jeden z ostatnich akordów działań rozszalałego tłumu, który, nasycony żądzą zemsty, powoli rozpływał się po okolicy”.
Wszystko trwało to krótko, że gdy z Radomia nadjechał wreszcie wzmocniony oddział policji, w Przytyku już było po wszystkim.
Spośród około stu zatrzymanych tuż po zamieszkach osób, 57 (w tym 43 Polaków i 14 Żydów) stanęło przed sądem.
Prasa szeroko relacjonowała proces, w którym zeznawało 360 świadków. W radomskim sądzie, gdzie odbywały się przesłuchania, nie było sali, która mogłaby „pomieścić tyle osób biorących udział w procesie” – informowała bulwarówka „Siedem Groszy”.
Postawiono trzy zarzuty zabójstwa, usiłowania zabójstwa, udziału w „zbiegowisku, połączonem z oporem wobec władzy”, a także pobicia i zniszczenia mienia. Wyroki zapadły 26 czerwca 1936 roku. Były stosunkowo łagodne – większość oskarżonych miała spędzić za kratami od kilku miesięcy do roku. Najsurowiej sąd potraktował zabójcę Stanisława Wieśniaka, skazując go początkowo na 8 lat, a po rewizji na 7 lat więzienia. Społeczność żydowska uznała to za niesprawiedliwe – podkreślała, że w Przytyku tylko się broniła.
Historycy do dziś zastanawiają się nad przyczynami i oceną tamtych zdarzeń. Wciąż toczą się spory, czy zajścia w Przytyku należy nazywać pogromem.
Takiego zdania jest np. historyczka Jolanta Żyndul. Zwraca uwagę, że o pogromie można mówić, gdy „brutalnie atakowana jest cała społeczność, bez planu i pod wpływem emocji”.
Inni, jak Gontarczyk, nie chcą mówić o pogromie jako takim. Wydarzenia w Przytyku wolą określać jako zamieszki, które przynajmniej częściowo były sterowane i zorganizowane.
Nie bez wpływu na tamte zajścia był także ówczesny stan społeczno-gospodarczy II Rzeczpospolitej. Po Wielkim Kryzysie ucierpiały nie tylko miasta i ośrodki przemysłowe, ale także wsie. W efekcie również w mniejszych miejscowościach, takich jak Przytyk, gdzie znaczną część mieszkańców stanowili Żydzi, stopniowo zaczęły nasilać się napięcia narodowościowe. Było coraz mniej środków do życia i możliwości zarobku, a społeczność podburzana przez polityków zaczęła brać sprawy w swoje ręce. Jak zauważa historyk i socjolog Kamil Kijek, także „inne czynniki, takie jak bieda, kryzys ekonomiczny, społeczno-polityczna anomia (poczucie niepewności) wsi, tradycyjne antagonizmy chrześcijańsko-żydowskie, postawy władz i środowisk żydowskich, zespolone ze sobą stworzyły konfigurację, której wynikiem były zajścia antyżydowskie”.
Pogrom z marca 1936 roku zapisał się również w tekstach kultury. Najsłynniejszy poeta jidysz Mordechaj Gebirtig, był nimi tak poruszony, że jak podkreśla jego biograf Natan Gross, napisał utwór „S’brent!” („Pali się”). Tekst ten po latach stał się nieformalnym hymnem, szczególnie wśród krakowskich Żydów. W wierszu Gebirtiga pojawiają się przerażające obrazy pożaru i wezwanie do działania. W tłumaczeniu Natana Grossa tekst ten brzmi tak:
„Gore, o bracie, gore!
Patrz! miasteczko nasze biedne, gore!
Złe wichrzyska w dymu chmurze
Rwą, targają, łamią, burzą.
Pędzą płomień rozszalały
Wszystko płonie w krąg!
(...)
Połóż, bracie, kres zadumie,
Chwytaj wiadro w dłoń!
Miasto płonie! Na ratunek!” (PAP)
autor: Marta Panas-Goworska
mpg/