Kobieta robi zdjęcia podczas wizyty w „La Fiorita” w Piano Grande w Castelluccio di Norcia w Parku Narodowym Monti Sibillini w Umbrii we Włoszech, 19 lipca 2016 r. Fot. EPA/ALESSANDRO DI MEO Strona: PAP/EPA
Chcę wierzyć w to, że to nie ja wybrałem Umbrię, ale ona wybrała mnie. A długie trwanie Via Flaminia jest dużo mocniejszym impulsem do tego, żeby poczuć związek z ziemią - powiedział PAP dziennikarz, podróżnik i fotograf Bartek Kieżun, autor książki „Via Flaminia. Opowieści z Umbrii”.
Polska Agencja Prasowa: W najnowszej książce opowiada pan o Umbrii. Jaka jest pana Umbria? Dlaczego wybrał pan ten włoski region?
Bartek Kieżun: Nie bez kozery we wstępie książki napisałem, że chcę wierzyć w to, że to nie ja wybrałem Umbrię, ale ona wybrała mnie. Wcale nie było pewne, że zamieszkam właśnie tam. Kiedy zacząłem szukać „mojego miejsca”, wytypowałem – oprócz Umbrii – Abruzję i Lacjum. Dałem szansę dwóm innym włoskim regionom, ale one jej nie dały mnie.
Tylko w Umbrii poczułem „to coś”. Dopiero tam wszystko okazało się takie, jakie powinno być. Miasteczko, w którym mieszkam, jest małe i kamienne, dookoła są wzgórza, drzewa oliwne, winorośl. To, czego szukałem, znalazłem właśnie w Umbrii.
PAP: Jak pachnie Umbria?
B.K.: Czasami rozgrzanym igliwiem, a czasami wytłokami oliwnymi. A czasami także sianem lub ściętą trawą.
PAP: A jak smakuje?
B.K.: Bardzo dobrze! Natomiast gdybym miał podać jedno, pierwsze, najbardziej intensywne skojarzenie, to chyba bym powiedział, że smakuje truflami.
PAP: Jak zatem wygląda w Umbrii dostępność trufli i cena?
B.K.: Pierwsze trufle kupiłem w sklepie spożywczym, drugie też. Trzecie już u mechanika samochodowego w zakładzie, bo wiedziałem, jako mieszkaniec, że mechanik ma hobby.
A cena umbryjskich trufli jest do przeżycia. Trzeba pamiętać, że kilogram kosztuje fortunę, ale w kuchni wystarczy nam kilka sztuk. To nie ziemniaki.
PAP: Umbria ma swój kolor?
B.K.: Umbria ma kolor kamienia. I wiem, że to samo można oczywiście powiedzieć o wielu włoskich regionach. Natomiast po latach podróży do Italii wiem, że każdy włoski region jest mocno charakterystyczny wizualnie. Tego umbryjskiego kamienia nie da się pomylić z tym, jaki znamy chociażby z pobliskiej, choć już toskańskiej, Cortony. Ma on intensywnie różowy odcień, choć nie jest to róż znany z filmu o lalce Barbie.
Ten kamień robi fantastyczne rzeczy wieczorem, kiedy słońce zaczyna zachodzić i gorący, pomarańczowy odcień słońca zaczyna się mieszać z różem kamiennych fasad. To coś, co absolutnie Umbrię wyróżnia i jest nie do podrobienia czy pomylenia z jakimkolwiek innym włoskim regionem.

Perugia - stolica Umbrii. Fot. Greymouser, CC BY-SA 3.0 <https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0>, via Wikimedia Commons
PAP: Miałam nawet pana zapytać o ulubioną porę dnia w Umbrii, ale rozumiem, że to jest wieczór.
B.K.: Myślę, że tak.
PAP: Skoro tak piękne są zachody, to jakie są zatem wschody słońca w Umbrii?
B.K.: Bardzo wczesne. Okno w mojej sypialni wychodzi właśnie na wschód. Bardzo intensywnie odczuwam to wiosną, latem i wczesną jesienią. Po prostu słońce bardzo szybko zaczyna świecić człowiekowi w oczy. Wtedy, niestety, trzeba wyjść z łóżka, bo nie ma szans na dalsze spanie.
PAP: Może to jednak dobrze, bo szkoda marnować dnia w Umbrii.
B.K.: Też tak myślę. Lubię wstawać rano, więc nie mam z tym problemu. Cieszę się ze słońca.
PAP: Bardzo wcześnie też teraz rozmawiamy. Mało kto proponuje wywiad o godzinie 8.30.
B.K.: Akurat dziś wstałem dość późno, było już po godzinie 7. Oczywiście zimą słońce wstaje później niż latem, do czego mój organizm sam się dostosowuje. Ale rozmawiamy w lecie.
PAP: A czym jest dla pana ta tytułowa starożytna rzymska droga?
B.K.: Nie mam wątpliwości, że jeżeli chcemy rozmawiać o włoskiej historii, to musimy pamiętać, że rzymskie drogi były jak kręgosłup cesarstwa rzymskiego. Nie odbywał się nimi tylko i wyłącznie transport towarów.
Dla mnie Via Flaminia, ten stary rzymski trakt, był przede wszystkim drogą dla ludzi.
Nie mam wątpliwości, że to tą drogą poruszali się wszyscy ci, którzy przez Umbrię zmierzali w różnych kierunkach. Wybrałem ją jako motyw przewodni książki, bo musieli nią podróżować zarówno artyści i wojska, a także najważniejsi przywódcy, papieże, rzymscy cesarze itd.
PAP: Czuje pan tę wielką historię?
B.K.: Świadomość tego, że ma się taką drogę za oknem i że co chwilę zerka się na dwa tysiące lat historii, może być oczywiście paraliżująca. Ale może być też wciągającym punktem wyjścia do opowieści, ponieważ Via Flaminia łączyła ludzi. A świadomość tego, że mam szansę chodzić tymi samymi fragmentami ulic, po której chodzili rzymscy cesarze to coś, co człowieka umieszcza w historii.
Dla mnie długie trwanie Via Flaminia jest dużo mocniejszym impulsem do tego, żeby poczuć związek z ziemią. Mam poczucie, że są rzeczy ważniejsze od nas, które będą trwały nawet wtedy, kiedy nas już nie będzie.

Via Flaminia - most w Narni (Umbria) na obrazie Jeana-Baptiste’a-Camille’a Corota z 1826 roku. Źródło: Public domain, via Wikimedia Commons
PAP: Ale pana książka jest bardzo osobista. Na ile to, że mieszka pan teraz w Umbrii, oddaje moment życia, w którym teraz jest?
B.K.: Nie zastanawiam się nad tym. Traktuję to, co się wydarza, z dobrodziejstwem inwentarza. Oczywiście, starałem się o to, żeby we Włoszech zamieszkać. I to z dużym zaangażowaniem i zainteresowaniem. Wcześniej naprawdę dobrze poznałem ten kraj, zdawałem sobie sprawę z tego, jaki on jest, jakie ma wady, a jakie zalety. To była absolutnie świadoma decyzja. A jednak w Umbrii nadal czuję się gościem, myślę, że jeszcze będzie tak przez długi czas.
A wracając do osobistego charakteru książki. Nie potrafię pisać inaczej. Nigdy też nie próbowałem nawet napisać czegoś, co jest w jakiś sposób obiektywne. Przyznanie się do tego, że jako autorki i autorzy jesteśmy filtrem między czytelnikiem a miejscem, które opisujemy, jest moim zdaniem dużo bardziej uczciwe niż udawanie dystansu, obiektywizmu. Pokazuje nasze zaangażowanie, ale zawsze jesteśmy przecież zaangażowani, nawet kiedy udajemy obiektywizm.
PAP: A co wyróżnia tę książkę od pana pozostałych?
B.K.: Właściwie niewiele. Ta książka jest zbudowana w bardzo podobny sposób, a jedyna, ale zasadnicza różnica – to brak przepisów kulinarnych. Jedzenie oczywiście jest, ale tylko i wyłącznie w opowieści.
Śmieję się z tego trochę, bo rozmawiałem wczoraj z przyjaciółmi, którzy powiedzieli mi, że z kolei ich przyjaciel nigdy nie czytał moich książek, bo nie lubi kulinarnych książek. Ale kupił właśnie „Via Flaminia”, bo zobaczył, że nie ma w niej przepisów, więc kto wie, może po pani pytaniu sięgnie również do poprzednich.
Bo pozostałe książki są podobne, jest tam zasadniczy opis, który w anegdotyczny sposób opowiada o miejscu, którym się zajmuję. Raz ten opis jest dłuższy, raz krótszy, ale zawsze to on jest pretekstem do snucia opowieści o mieście czy kraju. Jednak w przypadku Umbrii to wejście jest głębsze. Miałem pięć lat na to, żeby się z tym regionem zapoznać.
PAP: Umbria zmieniła pana sposób pisania?
B.K.: Nie, książki, które napisałem przed tą o Umbrii, zawsze były połączeniem osobistego spojrzenia na historię, historię sztuki i historię kulinariów. To nigdy nie było u mnie oddzielone. Czasami jedna rzecz jest ważniejsza, a czasami inna.
Natomiast w opowieści o Umbrii miałem szansę zmieścić wszystko, co mnie interesowało. Są więc opowieści o miastach, o świętych i jest też sagrantino (odmiana winorośli o ciemnej skórce - PAP), jest torta al testo (tradycyjny, okrągły chleb płaski - PAP), jest oliwa umbryjska, bo nie mogło ich zabraknąć. To są flagowe znaki umbryjskiej tożsamości.

Widok kwitnących pól wokół wioski Castelluccio di Norcia w regionie Umbria we Włoszech, 17 czerwca 2024 r. Kwitnienie soczewicy na wyżynach Parku Narodowego Gór Sibillini jest uważane za unikatowe na skalę światową. Fot. EPA/Gianluigi Basilietti (strona: PAP/EPA)
PAP: W książce możemy także zobaczyć czarno-białe fotografie pana autorstwa.
B.K.: Traktuję je jako dodatek do opowieści. Są z nią połączone, dodają coś do mojej opowieści. Są czarno-białe, dlatego, że kiedy zacząłem myśleć o tej książce, doszedłem do wniosku, że będzie to dobry sposób na to, żeby nieco odejść od tego, jak jestem widziany przez czytelników.
Nie chciałem znów zdjęć kolorowych i to w dużej ilości. Myślę też, że ta czarno-biała fotografia dała reporterski wymiar książce. Uzupełniłem opowieść obrazem, ale tylko w niewielkim stopniu, ponieważ jednak zależało mi na tym, żeby to słowo było na pierwszym planie.
PAP: Na ile zatem najnowsza pana książka jest o Umbrii, a na ile o panu?
B.K.: Jest to książka o Umbrii. Moje narracyjne „ja” w tej książce jest w gruncie rzeczy tylko i wyłącznie pretekstem do tego, żeby dać głos mieszkańcom Umbrii, żeby to oni mogli opowiedzieć o swoim regionie. Są po prostu do tego zdecydowanie bardziej predestynowani i mają większą wiedzę.
Jeśli jestem już w tej opowieści, to jest to moje oko i ucho. Są one cały czas wyczulone na to, co moi sąsiedzi mówią, na czym się danego dnia skupiają, w którym kierunku ich opowieść będzie podążać. Moją rolą było pozostanie pośrednikiem między wielką historią, która się działa przy Via Flaminia, a tymi mniejszymi historiami, które wcale nie są mniej ciekawe.
Rozmawiała Anna Kruszyńska
Książkę Bartka Kieżuna „Via Flaminia. Opowieści z Umbrii” wydało Czarne.
Bartek Kieżun – dziennikarz, podróżnik i fotograf. Autor przewodników kulinarnych „Italia do zjedzenia” i „Neapol. Łakomym okiem”. Zdobywca Nagrody Magellana. Laureat prestiżowej Gourmand World Cookbook Award za „Ateny do zjedzenia” oraz Prix de la Littérature Gastronomique, którą wyróżniono „Ucztę na Wawelu”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Wysokich Obcasach”, „Kukbuku”, „Twoim Stylu”, „Newsweeku” i „Tygodniku Powszechnym”. Felietonista tygodnika „Polityka”. Wykładał wiedzę o kulturze kulinarnej basenu Morza Śródziemnego w Centrum Interpretacji Zabytku w Warszawie, a w Collegium Civitas – wiedzę o turystyce kulinarnej i enoturystyce. Od wielu lat współpracuje z instytucjami kultury i organizuje warsztaty kulinarne. Mieszka w Polsce i we Włoszech. (PAP)