Ciągle relatywnie mało jest książek, które opisują gehennę Polaków podczas niemieckiej okupacji na tzw. „kresach zachodnich“ czyli w dawnym zaborze pruskim. Filip Gańczak, historyk i dziennikarz uzupełnia tę lukę książką „Polakożerca” o zbrodniarzu działającym w Bydgoszczy i okolicach.
Tytułowym polakożercą jest Ludolf von Alvensleben – niemiecki arystokrata, oficer SS i bliski współpracownik Heinricha Himmlera (do 1941 roku jego osobisty adiutant).
Alvensleben dowodził paramilitarną formacją Selbstschutz Westpreußen, To ta formacja jesienią 1939 r. przeprowadzała masowe egzekucje polskich mieszkańców przede wszystkim spośród inteligencji, duchowieństwa i urzędników. Z niemieckich raportów wiemy o liczbie 4247 Polakach straconych w egzekucjach, ale liczba ofiar tej formacji w sumie sięga nawet 30 tysięcy. W mordach ginęli także Żydzi, ale wówczas Niemcom chodziło przede wszystkim o wyniszczenie polskiej elity przywódczej.
„Przy każdym spotkaniu wzywał dowódców SS do rozstrzelania możliwie wielu Polaków i jako cel podawał, że Prusy Zachodnie muszą być „oczyszczone” z Polaków. Poszczególnym dowódcom SS zarzucał, że zbyt mało Polaków rozstrzelano” - to fragment wyroku Sądu Krajowego w Mannheimie z kwietnia 1965 roku, który przywołuje autor.
Spośród galerii krwawych nazistów mamy tu antybohatera wyjątkowego. Alvensleben to człowiek, który lubił zabijać. Nie był mordercą zza biurka - jest pewne, że nawet osobiście dobijał tych, którzy przeżyli pierwszą serię podczas egzekucji. Domagał się od swoich podkomendnych by zabijali więcej i więcej i każdy zabity Polak stanowił dla niego krok do zwycięstwa Rzeszy na jej wschodnich rubieżach. Przerażające w całej historii było to, że Alvensleben zabijał z taka pasją, że musiał być hamowany przez człowieka, którego współcześnie uważamy także za wyjątkowego zbrodniarza – mowa tu o Albercie Forsterze gauleiterze Okręgu Gdańska i Prus Zachodnich, który wsławił się mordami polskiej inteligencji, m. in. w Piaśnicy.
I dalej mamy scenariusz jak z filmu gangsterskiego; Alvensleben ma przekazać Forsterowi dokumenty swojej formacji, ale samochód rozbija się i płonie. A Alvensleben wraca do rodzinnej Saksonii-Anhalt z wozami wypełnionymi zrabowanymi łupami. Potem wykazuje się w kampanii francuskiej, by w 1941 roku trafić na Krym, gdzie zostaje dowódcą SS i policji. I znowu zabija tysiącami, z dziką pasją. I działa nie tylko na półwyspie – osobiście nadzorował egzekucję trzech tysięcy Żydów w Winnicy. A sam Himmler nie kryje atencji dla swojego przyjaciela „Bubiego” – jak się do niego zwracał.
W galerii niemieckich nazistów to postać wyjątkowa. Choćby dlatego że von Alvensleben był właśnie arystokratą. Przyzwyczajono nas, żeby ruch nazistowski postrzegać jako ruch parweniuszy, którzy za cenę zbrodni chcieli się wybić i sami stworzyć nową elitę. Jeśli spojrzymy na polskich namiestników Hitlera to tak właśnie było: Arthur Greiser, gauleiter Kraju Warty był synem szewca, Forster pochodził z biednej rodziny i nie posiadał nawet wyższego wykształcenia, zaś Fritz Bracht, gauleiter Górnego Śląska był z zawodu ogrodnikiem. Jedynie Hans Frank pochodził z rodziny prawnika.
Przez lata przeciwstawiano nazistom niemiecką arystokrację jako tych, którzy co prawda nie mieli siły, aby przeciwstawić się Hitlerowi, ale zachowali jakieś resztki przyzwoitości – znamy historię Helmutha Grafa von Moltke i jego kręgu z Krzyżowej czy historię rodu von Doenhoff z Prus Wschodnich.
Von Alvensleben swoje pochodzenie wykorzystywał bezwzględnie licząc na to, że naziści, którzy na pokaz okazywali niechęć szlachcie, chętnie się z nią zaprzyjaźniali.
Von Alvensleben chciał pieniędzy, by odzyskać dawną pozycję i rodzinny majątek w Saksonii-Anhalt. Paradoksalnie udało się mu go odzyskać na początku 1945 roku i długo się nim nie nacieszył.
To jest książka o bezkarności – o tym jak to się stało, że zbrodniarz tego kalibru nigdy nie stanął przed sądem,. Po ucieczce do Argentyny zidentyfikowano go jako hitlerowskiego kata. Ale niemiecki system prawny wytworzył wyjątkowo wysublimowane mechanizmy „skręcania“, państwo argentyńskie także nie wykazywało się gorliwością, dlatego „Bubi“ mógł pełnić do końca rolę dobrotliwego staruszka wobec sąsiadów i przyjaciół z Argentyny.
„Polakożerca” to nie jest klasyczna praca historyczna powstała na podstawie źródeł pisanych – po części jest reportażem, bo Filip Gańczak odwiedził rodzinne miejsca Alvenslebenów, wybrał się również do Argentyny, by poszukać tam śladów pobytu tego gorliwego nazisty. Rozmawiał m.in. z jego nieślubnym synem, jednak większość potomków Ludolfa nie chciało rozmawiać z polskim historykiem. Gańczak opisał tę historię także z powodów osobistych; von Alvensleben był bezpośrednio odpowiedzialny za zabicie wujka jego babci – ks. Antoniego Kozłowskiego, zresztą rówieśnika swojego oprawcy. Napisanie „Polakożercy“ było więc także rodzinną misją autora. Trzeba przyznać, że wyjątkowo udaną. (PAP)
Rafał Geremek
„Polakożerca“, Filip Gańczak, Wydawnictwo Prószyński i s-ka, Warszawa 2026