Wyścig Pokoju. Pierwszy od prawej Zenon Jaskuła. Fot. Jerzy Undro
26 kwietnia 1986 roku o godz. 0.23 czasu polskiego doszło do wybuchu elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Bezpośrednio zginęło 31 osób, z okolicznych terenów ewakuowano tysiące mieszkańców. Dziesięć dni później w oddalonym o 130 km Kijowie rozpoczął się 39. Wyścig Pokoju.
Była to sztandarowa impreza kolarska w krajach bloku komunistycznego, jedno z najważniejszych wydarzeń sportowych. Polscy dziennikarze mieli lecieć do Kijowa razem z zawodnikami.
- Władze początkowo blokowały informacje o Czarnobylu, potem bagatelizowały zagrożenie, choć pozwolono na podawanie dzieciom płynu Lugola. W Polsce była już panika. Na lotnisku w Warszawie okazało się, że jest problem z kolarzami, którzy - jak słyszeliśmy - odmówili startu. Dwóch kolegów dziennikarzy zrezygnowało z wyjazdu i później mieli problemy paszportowe. Ostatecznie polecieliśmy bez kolarzy. Oni dotarli dzień później razem z wicepremierem Zbigniewem Gertychem - powiedział PAP znany komentator telewizyjny Tomasz Jaroński.
Jak zapamiętał Kijów z tamtych dni?
- Miasto wyludnione, na ulicach polewaczki. W hotelu mokre szmaty, żeby wycierać buty. Przebadano nas jakimś urządzeniem i stwierdzono, że „wsio w pariadkie”. W przeddzień startu zorganizowano nam nawet wycieczkę statkiem po Dnieprze, taką „wypasioną”, z jedzeniem i piwem. Oglądaliśmy Ławrę Peczerską. Jeden z kolegów jednak w ogóle nie wychodził z pokoju. Pod względem sportowym był to wyścig „do bani”. Spoza krajów bloku wschodniego startowali tylko Francuzi i słabi Finowie z jakichś związków zawodowych, którzy nie pojechali w prologu, ale dopuszczono ich do następnych etapów. Kibiców mało, w ogóle nie widać było dzieci - wspominał.

Dziennikarz sportowy i komentator telewizyjny Tomasz Jaroński, 2013 r. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski
Korespondencję Jarońskiego z Kijowa dla „Przeglądu Sportowego” zdjęła cenzura.
- Opisałem, co się dzieje, wspomniałem, że malutki peletonik, że brakuje kolarzy zachodnich i że najrozsądniejsze byłoby odwołanie wyścigu. To się nie spodobało, cenzor kazał zmienić tekst i koledzy w redakcji musieli pisać za mnie. Z Kijowa wróciliśmy czarterem do Warszawy, skąd ruszył następny etap. Po wyścigu, dzięki teściowej mojego brata, miałem możliwość zbadania butów i dżinsów w Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej na Pradze. Wnioski były takie, że napromieniowanie nie jest wielkie, ale poradzili mi, żebym wyrzucił ubranie, więc tak zrobiłem - dodał Jaroński.
A jakie były kulisy startu biało-czerwonych w Kijowie z perspektywy trenera reprezentacji Ryszarda Szurkowskiego?
- O awarii w Czarnobylu dowiedzieliśmy się od kolarzy amerykańskich, z którymi trenowaliśmy w okolicach Wrocławia - wspominał przed laty w rozmowie z PAP zmarły w 2021 roku czterokrotny triumfator Wyścigu Pokoju (1970, 1971, 1973, 1975). Zaniepokojeni Amerykanie zadzwonili do swojej ambasady w Warszawie. Polecenie było krótkie: pakować manatki i najbliższym samolotem wracać do kraju.
- Ja podjąłem decyzję taką, jak zawodnicy, a zawodnicy taką, jak ja: nie jedziemy, to nie ma sensu. Do naszego grona dołączył lekarz, masażysta i mechanik. Na kilka dni przed odlotem do Kijowa przyjechaliśmy do Warszawy - kontynuował Szurkowski.
Na reprezentację Polski czekali m.in. sekretarz KC PZPR Waldemar Świrgoń, wicepremier Gertych, minister sportu Bolesław Kapitan oraz prezes PZKol Zbigniew Rusin. W nocy z 3 na 4 maja, poprzedzającej odlot do Kijowa, w nieistniejącym już hotelu „Vera” na Ochocie odbywały się rozmowy.
- Ostrych nacisków ze strony władz sportowych i politycznych nie było. Nie używano argumentów typu: jak nie pojedziecie, to koniec ze sportem. Do wyjazdu przekonywano raczej w sposób delikatny. Dalej jednak twierdziliśmy, że nie chcemy jechać. W tej sytuacji do hotelu „Vera” przyjechał ekspert od atomistyki. Miał ze sobą jakieś urządzenie i pokazywał, że nie ma żadnego zagrożenia. Dodał, że można je zabrać do Kijowa i w każdej chwili sprawdzić skażenie powietrza. Stan licznika nie powinien przekraczać tyle i tyle, a jeżeli będzie więcej, to macie prawo nie startować, tłumaczył ekspert. Powiedziano nam, że i tak ktoś pojedzie. 90 procent ekipy stanowili kolarze klubów wojskowych i milicyjnych. Oni musieli się ścigać "na rozkaz". Uznałem, że skoro i tak muszą wystartować, to i ja zdecydowałem się na wyjazd. Zabraliśmy ze sobą jedzenie, wodę mineralną - dodał Szurkowski.
Ostatecznie polscy kolarze wystartowali w składzie: Paweł Bartkowiak, Zenon Jaskuła, Sławomir Krawczyk, Leszek Stępniewski, Marek Szerszyński i Zdzisław Wrona. W stolicy Ukrainy był również Andrzej Mierzejewski. Ze względu na kontuzję mógł on zrezygnować z wyjazdu, ale solidaryzując się z kolegami zdecydował się na przylot do Kijowa.
Poza ekipami ZSRR i Polski do Kijowa przyjechały zespoły: Czechosłowacji, NRD, Francji, Finlandii, Syrii, Bułgarii, Kuby, Węgier i Mongolii. Zrezygnowały, wcześniej zgłoszone drużyny: Belgii, Holandii, Jugosławii, RFN, Rumunii, Szwajcarii, USA, Wielkiej Brytanii i Włoch.
- Odczucie trenerów czy zawodników z innych ekip było jednoznaczne: taki wyścig był nikomu niepotrzebny. Impreza w założeniu miała inną ideę niż podkładanie głowy pod siekierę. Myślę, że władze sportowe bały się wystąpić do władz politycznych o odwołanie imprezy lub zmianę miejsca startu. Niezależnie od tego wszystkiego walczyliśmy o wynik. Polski zespół był bardzo dobrze przygotowany, ale sukcesów nie odniósł. Jednak to nie była wina Czarnobyla - podsumował Szurkowski.
W Kijowie kolarze ścigali się od 6 do 9 maja. Następnego dnia wyścig ruszył z Warszawy przez Berlin do Pragi. Całą imprezę wygrał Olaf Ludwig z reprezentacji NRD, a najlepszy z Polaków, Marek Szerszyński, zajął 14. miejsce.
Katastrofa w Czarnobylu była największą w historii energetyki jądrowej. Skażeniu promieniotwórczemu uległ obszar do 146 tys. kilometrów kwadratowych na pograniczu Białorusi, Ukrainy i Rosji. Ewakuowano i przesiedlono ponad 350 tys. osób. Ofiary śmiertelne szacuje się od 4 tys. do ponad 200 tys. (w zależności od źródeł) wskutek przewlekłej choroby popromiennej. (PAP)
af/ pp/