Pogrzeb ofiar pogromu kieleckiego. Fot. PAP/CAF/Jerzy Baranowski
Powtarzana w nieskończoność hipoteza o prowokacji zablokowała proces gojenia się ran po pogromie - mówi prof. Joanna Tokarska-Bakir, autorka publikacji na temat wydarzeń z 4 lipca 1946 roku „Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego”.
Przypominamy wywiad opublikowany w 2018 r. - w uaktualnionej i autoryzowanej wersji.
Polska Agencja Prasowa: Czy wiadomo, ilu Żydów przetrwało niemiecką okupację na ziemiach polskich?
Joanna Tokarska-Bakir: Przyjmuję wyliczenia Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, które znalazłam w jego krakowskim archiwum. Jest to 1 procent Polaków-Żydów, zamieszkujących ziemie Polski, które znalazły się pod okupacją niemiecką. Jeśli doda się tych, którzy wyjechali i przetrwali wojnę w Rosji, to ten odsetek wzrośnie do 2, a nawet do 5 proc. – w zależności od regionu.
PAP: Kim byli Żydzi, którzy mieszkali w Kielcach po wojnie?
J.T.-B.: To były trzy grupy. Pierwszą stanowili ci, którzy wychodzili z miejsc ukrycia, jeśli udało im się przetrwać Zagładę. Przykładem może być jeden z bohaterów mojej książki, Gerszon Lewkowicz, który w czasie wojny był najpierw w obozie pracy, z którego uciekł, a potem ukrywał się w lasach kieleckich. Wedle relacji Bernarda Zelingera na niego i jego ukrywających się towarzyszy polowali polscy partyzanci z lokalnej dywersji AK. Szczególnie jeden z nich o pseudonimie „Ryba”, zidentyfikowany przez Zelingera jako Zygmunt Firley, autor wspomnień „W Kedywie i w »Burzy«” (1988). Lewkowicz cudem uszedł z życiem z tego polowania. Po wojnie został ojcem najmłodszej ocalałej z pogromu kieleckiego, Renaty – Renée, która na Plantach była jeszcze w brzuchu matki, Róży Opolskiej. Urodziła się na początku września 1946 roku. Renée wyemigrowała z rodzicami do Kanady, gdzie pracowała w dyplomacji. Przyjaźnimy się. Miesiąc temu wygłaszałyśmy wspólnie wykład w Uniwersytecie w Toronto w związku z rocznicą pogromu i tomem wspomnień Renée, „Kaddish for my Father, Flowers for my Mother: A Holocaust Story”.
Drugą grupę mieszkańców Plant 7 stanowili ludzie, którzy wrócili z obozów. Ich obozowe tatuaże zostały odnotowane w czasie obdukcji ocalałych, a także oględzin zwłok 42 ofiar pogromu.
Trzecią grupę stanowili ci, którzy przetrwali wojnę w Rosji. W ogromnej mierze byli to ludzie z Kielecczyzny – z Buska, Pińczowa, Chmielnika. Kilka osób z Chmielnika było w kibucu, który znajdował się na drugim piętrze budynku przy Plantach 7. Wśród nich było też kilku żołnierzy Wojska Polskiego, którzy z tym wojskiem wrócili. Takich jak syn właścicieli Hotelu Polskiego, Icchak Prajs, zabity w pogromie na wysokości numeru 82 ulicy Sienkiewicza w Kielcach.
PAP: Czym była kamienica na kieleckich Plantach 7?
J.T.-B.: Było to schronisko dla rozbitków, a nie pensjonat, tak jak twierdził np. Stanisław Mikołajczyk w książce „Polska zgwałcona”. Podobne określenie zachowało się też w pełnym nieścisłości raporcie „Informacja o sytuacji politycznej” z nieuporządkowanego zespołu akt „Polskie Stronnictwo Ludowe na Uchodźstwie”. Raport był później przedmiotem uporczywej, szeptanej propagandy.
Wbrew plotkom, w kamienicy nie było ani jednego lokatora-ubeka. Ubecy mieszkali gdzie indziej, mieli bardzo dobre mieszkania przy ul. Focha, Sienkiewicza czy Śniadeckich. Nie musieli gnieździć się w ciasnocie, jaka panowała na Plantach, w atmosferze piętrowych łóżek i garkuchni. Zaraz po pogromie Hilary Chełchowski, znany komunista- antysemita ubolewał, że w grupie około 200 mieszkańców Plant 7 ledwie dwóch Żydów zapisało się do PPR!
PAP: Jakie stosunki panowały między Polakami i Żydami na początku lipca 1946 r. w Kielcach?
J.T.-B.: Napięte. W poprzedzających pogrom miesiącach, poczynając od kwietnia, nastąpił największy napływ powracających Żydów, którym w pierwszym półroczu 1946 r. Rosjanie pozwolili powrócić do kraju. Zachowały się monity słane do Centralnego Komitetu Żydów Polskich przez Jechiela Alperta, który był zastępcą zabitego w pogromie Seweryna Kahane, przewodniczącego Komitetu Żydowskiego w Kielcach. W kwietniu i maju co tydzień przyjeżdżało 200 osób, dla których Alpert prosił Komitet o elementarną pomoc. A napływająca pomoc – przysyłał ją JOINT i inne żydowskie organizacje – wzbudzała zazdrość innych kielczan.
Można zatem powiedzieć, że w Kielcach zapanowała panika demograficzna. Była na tyle wyrazista, że przedostała się do raportów watykańskich, które podnoszą dwie przyczyny pogromu – napływ Żydów oraz plotkę o porywaniu dzieci. Jeśli te dwie rzeczy my przedstawiamy sobie jako korelację, to niewyćwiczony umysł może bardzo łatwo zrobić z nich związek przyczynowo-skutkowy. Ci napływający z Rosji Żydzi stawali się w nim „body snatchers” – „porywaczami ciał”. Zważywszy legendę o krwi, czyli o rzekomych mordach rytualnych, wywołanie histerii nie było wcale takie trudne. Paniki demograficzne odzywają się do dziś w rozlicznych teoriach spiskowych. Przypomnę tylko hasło „Jews won't replace us”, niesione przez białych suprematystów w czasie demonstracji Unite the Right (Zjednoczyć Prawicę) w Charlottesville w amerykańskiej Wirginii 11–12 sierpnia 2017 roku.
PAP: Dlaczego powrót Żydów mógł wywoływać lęk?
J.T.-B.: Po pierwsze chodziło o to, że ci powracający do kraju żydowscy Polacy chcieli odzyskać swoją własność, zabraną im przez Niemców, a następnie przejętą przez nieżydowskich Polaków. Na podstawie kwerendy w Archiwum Państwowym w Kielcach, i wbrew poglądom wyrażanym w zbiorowej publikacji pt. „Wokół pogromu kieleckiego”, nie mogę się zgodzić z tym, że zwrot własności przebiegał bez zakłóceń.
Rzeczywiście zdarzały się przypadki, kiedy żydowską własność zwracano w szybkim tempie (szczególnie gdy oczekiwali na to odkupujący ją lokatorzy), ale sama skala transferu tej własności daje do myślenia. Przeanalizowałam żydowską obecność kulturowo-finansową przy jednej ulicy w Kielcach – ul. Sienkiewicza, gdzie były najlepsze domy w mieście. Kielce mieszczańskie zostały zbudowane przez Żydów po tym, jak pozwolono im się tu osiedlić, co nastąpiło po roku 1882. Na przełomie wieków zaczęły powstawać piękne kamienice w centrum miasta, np. kamienica Mojżesza Rotenberga przy Sienkiewicza 14 czy Ludwika Stumpfa przy Sienkiewicza 32, gdzie dziś ma siedzibę Teatr im. Żeromskiego.
Na podstawie odnalezionego przez współpracującego ze mną dr Jarosława Dulewicza spisu wyborców z 1936 roku policzyliśmy, ilu Żydów mieszkało pod tymi adresami. Jest to szacunkowe, bo mogliśmy się kierować tylko żydowskimi imionami i ewentualnym brzmieniem nazwisk, co nie zawsze odpowiada prawdzie. Okazało się, że w niektórych kamienicach mieszkało więcej niż 50, a czasem nawet 70 proc. Żydów.
Po wygnaniu Żydów do getta te wszystkie mieszkania przeszły w ręce Polaków. Po wojnie procent odzyskiwania własności przez właścicieli był relatywnie nieduży, ale lęk, że inni Żydzi wrócą - ogromny. Nawiązując do teorii mobilizacji zasobów Charlesa Tilly'ego, nazywam to w mojej książce mobilizacją lęku, który niemal zawsze generuje agresję.
PAP: Czy jeszcze inne czynniki zadecydowały o atmosferze panującej w Kielcach w przededniu pogromu?
J.T.-B.: Kolejny czynnik to resentyment po sfałszowanym referendum, które odbyło się kilka dni wcześniej. W związku z potężnym oddziaływaniem stereotypu „żydokomuny” o wynik referendum też obwiniano Żydów. Choć w kieleckim Urzędzie Bezpieczeństwa w latach 1945-1946 pracowało nie więcej niż tuzin Żydów na kilkuset zatrudnionych, to właśnie ich obciążano za wprowadzenie komunizmu w Polsce, pomijając milczeniem pozostałe 90 procent etnicznych Polaków, którzy się do tego przyczynili.
I jeszcze czynnik moim zdaniem kluczowy – mobilizacja doświadczenia, którym było powszechne mordowanie Żydów w czasie wojny. Dla mnie samej było to szokujące zobaczyć jaki procent milicjantów, a właściwie wszystkich, którzy instalowali „władzę ludową” miał na sumieniu zabójstwa Żydów – od Armii Ludowej przez Armię Krajową i Bataliony Chłopskie do Narodowych Sił Zbrojnych.
Podkreślam: na tej liście występują wszystkie formacje podziemne, nie tylko NSZ czy AL. Skądinąd jestem autorką tekstu o egzekucji Żydów nad rzeką Kotyską przeprowadzonej w czerwcu 1944 roku przez oddział AL „Świt” pod dowództwem Tadeusza Maja. Maj podlegał Władysławowi Sobczyńskiemu, drugiemu szefowi UB w Kielcach i Eugeniuszowi Wiśliczowi-Iwańczykowi, przyszłemu wojewodzie kieleckiemu. Wspólnie z Aliną Skibińską napisałam też tekst „Barabasz i Żydzi” o mordach na Żydach, dokonywanych przez podlegający AK oddział „Wybranieckich” Mariana Sołtysiaka. Byłam więc oswojona z zagadnieniem, ale zaskoczyły mnie jego rozmiary.
PAP: Bezpośrednim pretekstem pogromu była plotka o tajemniczym ginięciu dzieci chrześcijańskich i rzekomym mordowaniu ich w celach rytualnych...
J.T.-B.: Legenda o krwi leży u źródeł trzech pogromów powojennych – w Rzeszowie, Krakowie i Kielcach. Jest to jednak wiedza, która się nie przebija do mainstreamu, bo skuteczność legendy o krwi zawstydza nas i narusza nasza samoocenę. Ale źródła są tu jednoznaczne – piszę o tym w „Legendach o krwi. Antropologii przesądu” (2008).
Joanna Tokarska-Bakir: Bajka o złych Żydach stanowiła integralny element przekazu wiary, tak więc pomimo że odcinali się od niej papieże, szeregowym wiernym trudno było ją zakwestionować.
Ustaliłam, którędy mit o krwiożerczych Żydach przywędrował do Polski – przywiózł go z włoskiego stypendium ks. Piotr Skarga. Był to jego wariant trydencki, w którym chodziło o oskarżenie Żydów o mord rytualny w Trydencie w 1475 roku. Księdzu Skardze zawdzięczamy zetknięcie z broszurą Tabaryna – lekarza przeprowadzającego obdukcję zwłok małego Szymona z Trydentu, rzekomej ofiary mordu rytualnego. Tabaryn napisał hagiografię Szymona, którą ks. Skarga, w związku z ówczesnymi obyczajami literackimi, żywcem przepisał do „Żywotów Świętych Pańskich”. To była najczęściej (poza Biblią) wznawiana książka polska.
Ostatnie kościelne wydanie „Żywotów” przed wojną ukazało się w 1936 roku, wydali je księża jezuici w Krakowie. Pytanie, czy polski katolik po wojnie mógł wierzyć w legendę o krwi trzeba odwrócić, pytając, czy on mógł w nią nie wierzyć. To były czasy na długo przed Soborem Watykańskim II, kiedy zniesiono kulty dzieci męczenników. Bajka o złych Żydach stanowiła integralny element przekazu wiary, tak więc pomimo że odcinali się od niej papieże, szeregowym wiernym trudno było ją zakwestionować. Gdy jednak było się światłym hierarchą, i znało pogromowe skutki tej legendy, można było, tak jak zrobił to biskup Teodor Kubina, wydać list pasterski odczytany na Jasnej Górze, w którym zaprzeczał, że Żydzi mordowali dzieci na macę. Nikt z biskupów nie poszedł jednak w jego ślady.
PAP: Jak zatem ocenia pani współcześnie prowadzone badania opinii społecznej wskazujące, że w Polsce wiarę w mord rytualny deklaruje ok. 10 respondentów?
J.T.-B.: Teraz ten odsetek jest chyba nawet dwukrotnie większy, zważywszy, ile osób odmawia odpowiedzi na to pytanie. Badałam to zagadnienie w połowie lat dwutysięcznych w ramach wypraw Archiwum Etnograficznego. Wtedy nikt nie chciał wierzyć, że legenda ma się całkiem dobrze w rejonie Sandomierza. Nieufni byli również badacze z Centrum Badań nad Uprzedzeniami, którzy dzisiaj to potwierdzają w swoich ankietach.
Stosując metody etnograficzne jako pierwsi rozpoznaliśmy stan rzeczy, bo robiliśmy badania na prowincji rozmawiając z ludźmi twarzą w twarz. Nie można było nie zauważyć jak nasi rozmówcy zaangażowani byli w legendę. W Sandomierzu, gdzie w katedrze wisi duży, 20-metrowy obraz Karola de Prevot przedstawiający sceny mordu rytualnego, ustaliliśmy, że legenda była obecna we wszystkich obiegach społecznych: internetowym, szkolnym, muzealnym, rodzinnym, konfesyjnym.
Dziś wszyscy są mądrzy po szkodzie. Gdy zastanawiamy się nad przyczynami nierozpoznania rzeczywistości przez socjologów, historyków czy psychologów społecznych, zauważamy, że wielu z nich rozumie postęp jako coś niemal mechanicznego, związanego z upływem czasu. Tymczasem każda rewolucja więcej zachowuje niż zmienia. W folklorze nic nie ginie, tylko wycofuje się na drugi plan. Niektóre treści naszego obrazu świata są reprodukowane, ponieważ odgrywają w narracji rolę konstytutywną. Na przykład społeczeństwo, które polubiło rolę ofiary, będzie reprodukować, a nawet wytwarzać fikcyjne sytuacje–inscenizacje, pozwalające ponownie wystąpić mu w tej roli (dziś przerabiamy to znowu w pożałowania godnym konflikcie symbolicznym z Ukrainą). Tak samo jest z wyobrażeniem wroga, a najstarszym „Innym” w Europie byli tradycyjnie Żydzi. Nowe treści chętnie osadzają się na zastanym historycznym rusztowaniu.
Sprawa druga: często fetyszyzujemy chronologię, uważając, że cezura czasowa, taka jak 1945 czy 1989 rok definitywnie kładzie czemuś kres, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej. Tymczasem badacz przeszłości powinien zadać sobie pytanie, czy śmierć idei jest rzeczywiście prawdopodobna w chwili, gdy kończy się wojna? Czy faktycznie pojawiły się kontrnarracje, które ją uprawdopodobniają? Czy określonym treściom przeciwstawiono edukację sprawiającą, by określone treści naprawdę zniknęły?
Joanna Tokarska-Bakir: nie wolno demonizować władzy komunistycznej i siły, jaką dysponowała. Była to władza pozbawiona legitymizacji, oparta na tzw. „ruskich bagnetach”. Gdy bagnetów zabrakło, władza ta zniknęła. Na Plantach zapanował chaos.
Dopiero kiedy znajdą się takie działania, np. duszpasterska akcja antyantysemicka (po słowach Jana Pawła II – naprawdę odnotowałam ją w terenie w wypowiedziach informatorów) czy katechizacja prouchodźcza (po wypowiedziach papieża Franciszka), będziemy mogli mówić o zmianie. W przeciwnym razie oczekiwanie, że stare treści się nie odrodzą pozostanie tylko życzeniowe.
PAP: Jak można scharakteryzować uczestników wydarzeń z 4 lipca 1946 r.? Jaki jest ich portret społeczny?
J.T.-B.: Celem mojej książki było pokazanie, jak bardzo różni byli to ludzie. Osoby przynależące do inteligencji, elitarnie wykształcone, zwykły myśleć o uczestnikach pogromu jako o motłochu. Jest to wygodna, ale głęboko błędna ocena.
Tego rodzaju głosy były powszechne wśród historyków np. gdy rozmawiano o pogromie w Jedwabnem. Taka ocena jest zrozumiała w sensie psychologicznym, ale nie odpowiada prawdzie. Dlatego kategorii motłochu trzeba przyjrzeć się krytycznie, podając ścisłe kryteria jego wyodrębniania.
PAP: Jakie są te kryteria?
J. T.-B.: Za Natalie Zemon Davies i jej książką o przemocy we wczesnonowoczesnej Francji omawiam dwie teorie dotyczące składu pogromszczyków. Pierwszą jest teoria „riff – raff”, czyli teoria motłochu właśnie. Natalie Zemon Davis definiuje dwa kryteria wyodrębniania tej grupy: bezrobocie i bezdomność.
Konkurencyjną teorią wyjaśniającą genealogię pogromszczyków jest teoria przekroju społecznego, która sugeruje, że w pogromie biorą udział wszystkie warstwy. Zgodnie z nią inicjatorami przemocy zbiorowej rzadko bywają ludzie biedni, którzy ze względu na niskie umieszczenie w strukturze społecznej są wycofani i chwiejni. Mogą oczywiście włączyć się do pogromu, ale pod warunkiem, że zachęta przyjedzie ze społecznej „góry”, ze strony ludzi, których szanują. Na podstawie badań porównawczych nad pogromami sformułowałam hipotezę o „wolnicy” - o tym, że klasy ludowe raczej wyczekują przyzwolenia elit, zanim zaatakują grupę mniejszościową. Nazwa pochodzi od tego, że w czasie tzw. buntu Jakuba Szeli w polskiej Galicji w 1846 roku, tak nazywano swoistą „licencja na zabijanie” – chłopi opowiadali o domniemanym „liście cesarza”, który pozwolił im na atakowanie ziemian. Z kolei w czasie pogromu w Jedwabnem w roku 1941 zabójcy powoływali się na zgodę Niemców. Podobnie w czasie pogromu lwowskiego w roku 1941 sprawcy przywoływali analogiczne niemieckie „prawo trzech dni”, dające im zgodę na zabijanie Żydów. W Kielcach analogiczna „wolnica” nie pochodziła od komunistów, tylko z głęboko zakorzenionego antysemityzmu, podzielanego przez milicjantów i wojsko w służbie komunistycznej i zrównywanego z patriotyzmem. Jeden z ważnych świadków pogromu, Władysław Dzikowski, odnotował to już na pierwszym procesie pogromszczyków: „Kilku [z sądzonych] mówiło: »Właściwie po co my jesteśmy sądzeni, jakim prawem? No bo myśmy w interesie Polski występowali«”.
PAP: Czy pogromu w Kielcach dokonują zatem ludzie bez pracy i domu?
J. T.-B.: Na podstawie analizy teczek osobowych, tego wszystkiego, co udało mi się ustalić, możemy stwierdzić, że takich bezrobotnych na Plantach nie było. Wszyscy uczestnicy pogromu mają pracę (problem bezrobocia, jak ustalił Marcin Zaremba, był w Kielcach minimalny) i mają gdzie mieszkać. Problem zatrudnienia rozwiązywały zakłady takie jak huta „Ludwików”, z której pochodzili robotnicy biorący udział w drugiej fazie pogromu. Natomiast problem braku dachu nad głową został rozwiązany.... poprzez przejęcie własności m.in. żydowskiej (już o tym mówiłam) Nie możemy zatem mówić o motłochu na Plantach. Nazywanie motłochem robotników kieleckich byłoby nie tylko niedopuszczalne, ale przede wszystkim błędne.
PAP: Istnieje pogląd, że pogrom kielecki był wynikiem prowokacji NKWD…
J. T.-B.: Ta hipoteza załamuje się pod własnym ciężarem. Nie ma nawet najmniejszych dowodów na jej poparcie. Jest wiele prostszych wyjaśnień pogromu, które zdyscyplinowany badacz powinien wziąć pod uwagę.
Aby je dostrzec nie wolno jednak demonizować władzy komunistycznej i siły, jaką dysponowała. Była to władza pozbawiona legitymizacji, oparta na tzw. „ruskich bagnetach”. Gdy bagnetów zabrakło, władza ta zniknęła. Na Plantach zapanował chaos, nie było skutecznego dowodzenia. Wszyscy rywalizowali ze wszystkimi: MO z UB, KBW z WP, WP z UB.
Miarą obawy przed tłumem i powstaniem ludowym może być to, że UB nie przyszedł na Planty w mundurach (co nasiliło później hipotezy spiskowe). W mundurach pojawili się natomiast milicjanci, którzy byli po prostu chłopakami z okolicy, z partyzantki i mieli na koncie liczne zabójstwa Żydów, co szczegółowo analizuję na podstawie odnalezionych teczek osobowych. Chaos był tak wielki, że maszerując do akcji nie wiedzieli oni, czy idą bić, czy bronić Żydów.
Jeśli chodzi o Rosjan w mundurach, poza Nikołajem Szpilewojem, który był doradcą NKWD w UB, na Plantach nie było ich w ogóle. Rosjanie od samego rana byli proszeni o przybycie na Planty z odsieczą, ale ponieważ nie mieli polskich mundurów, zdecydowali, że nie włączą się w „polską awanturę”. Przypominam, że było to cztery dni po referendum i wszyscy w Kielcach bali się wybuchu powstania. Mieli też świeże wspomnienia ze spacyfikowanych manifestacji 3 maja 1946 roku w Łodzi i Krakowie, gdzie padły ofiary.
PAP: Czy władze próbowały pomóc Żydom w czasie pogromu?
J. T.-B.: Władze były podzielone i nie potrafiły współdziałać. Szef Komendy Wojewódzkiej MO, Kuźnicki, reagował opieszale. Jego zastępca, Gwiazdowicz, wdał się w konflikt z szefem bezpieki, Sobczyńskim, który bezskutecznie uświadamiał mu, że pogłoska o Żydach przetrzymujących polskiego chłopca wygląda na prowokację polityczną. Sam Sobczyński z niezrozumiałych powodów nie był w stanie przysłać na Planty posiłków w postaci szkoły UB, której kazał czekać pod urzędem. A milicja wysłana na pomoc Żydom rabowała ich i zabijała.
Z kolei Rosjanie byli proszeni o pomoc co najmniej od 9 rano, choćby przez chorążego Alberta Grynbauma, który znalazł się przypadkowo na Plantach, słysząc o jakichś niepokojach w mieście. Grynbaum był referentem z powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. To skądinąd bardzo ciekawa postać – dąbrowszczak, komunista z Chmielnika, potem w UB, ale na dość poślednim stanowisku (mianowanie na zastępcę szefa tej placówki przyszło, gdy już nie żył). To sprawny i odważny człowiek, który organizował na Plantach obronę do godz. 13. Potem wywieźli go stamtąd niemal siłą koledzy z UB, którzy przyjechali po niego w szczycie pogromu. Taką pomoc zaproponowano też zresztą Sewerynowi Kahane, ale on odmówił i zginął. Grynbaum jest autorem dwóch raportów, które znajdują się w drugim tomie mojej książki „Pod klątwą”. Jest oszczędny w słowach, ale to jeden z najlepiej poinformowanych ludzi o tym, co wyczyniało Wojsko Polskie i MO w domu na Plantach.
Mógłby pewnie wiele jeszcze powiedzieć, ale dziwnym trafem zginął na początku sierpnia 1946 r. Po pogromie postanowił odejść z UB i chciał wybrać karierę dyplomatyczną. Miał jechać do Belgii, ponieważ mówił biegle po francusku i flamandzku. Pojechał do Warszawy, żeby załatwić papiery, ale w powrotnej drodze jego samochód został zatrzymany gdzieś między Białobrzegami i Grójcem przez oddział podporucznika Antoniego Sobola-Dołęgi (SN, NSZ, Związek Zbrojnej Konspiracji). Grynbaum i jego towarzysz, Henryk Ochiń, też Żyd, zostali zastrzeleni w miejscowości Kamień pod Białobrzegami. Rano 4 lipca to właśnie Grynbaum wydzwaniał wszędzie, gdzie mógł – do Szpilewoja, do szefa UB Władysława Sobczyńskiego, z którym był w jak najgorszych stosunkach. Wszyscy obiecywali, że posiłki przyjdą, ale przysyłane tylko potęgowały chaos.
Joanna Tokarska-Bakir: W Kielcach tego okresu Kościół był jedynym rzeczywistym autorytetem. Bo autorytetu nie miał przecież ani Urząd Bezpieczeństwa, ani wojewoda. Nie wspomnę już o Milicji Obywatelskiej, która stała się po prostu zbieraniną bandytów i szabrowników.
To wszystko, co tu powiedzieliśmy nie stanowi żadną miarą dowodu na prowokację, tylko na słabość lokalnej władzy, i być może na tchórzostwo Sobczyńskiego. Na organizacyjny chaos i nieprzestrzeganie procedur, skoro do urzędów siłowych przyjmowano morderców Żydów. Taka była struktura władzy komunistycznej pierwszych lat po wojnie. Do tej władzy szli w większości ludzie o szemranych życiorysach, usiłujący ukryć się przed nią samą – zgodnie z zasadą, że najciemniej jest pod latarnią.
PAP: Jaka była reakcja Kościoła na pogrom kielecki?
J. T.-B.: To jest obszar znacznych zaniedbań badawczych. Widać to choćby na mapie Kielc, znajdującej się w drugim tomie „Wokół pogromu kieleckiego”, poważnej publikacji, która podsumowała drugie śledztwo kieleckie. Było to śledztwo prowadzone przez porządnych prokuratorów, którzy dopiero w ostatniej fazie ulegli naciskom ideologicznym radykałów w rodzaju prof. Żaryna. Na wspomnianej mapie miasta w okresie pogromu ukazano usytuowanie wielu instytucji kieleckich, ale nie zaznaczono położenia ani kurii, ani katedry. Ukazuje to aprioryczne założenia badaczy, w opinii których Kościół jest poza wszelkim podejrzeniem. Tymczasem w analizie historycznej oprócz sprawstwa, czyli bezpośredniej odpowiedzialności kryminalnej lub moralnej, istnieje coś co nazywamy sprawczością (agency), którą obdarzeni są bez wyjątku wszyscy obecni na scenie. To istotny czynnik, jak dotąd starannie pomijany przez konfesyjnych historyków.
W Kielcach tego okresu Kościół był jedynym rzeczywistym autorytetem. Bo autorytetu nie miał przecież ani Urząd Bezpieczeństwa, ani wojewoda kielecki Wiślicz, który przerzucał się z partii do partii, i zawsze był po stronie silniejszego. Nie wspomnę już o Milicji Obywatelskiej, która stała się po prostu zbieraniną bandytów i szabrowników.
Tylko Kościół mógł coś zrobić, aby powstrzymać pogrom. Wiemy np. o dwóch próbach dostania się na Planty przez księży, którzy byli wtedy w mieście (biskupa Czesława Kaczmarka nie było, wyjechał do Polanicy Zdroju). Grupa pod wodzą kanonika Zelka podjęła taką próbę ok. godz. 11. Zostali zatrzymani przez żołnierzy. Drugi moment interwencji to godzina 14:30 lub 15, kiedy księża poproszeni przez wojewodę Wiślicza o ponowną interwencję, odmawiają pojechania na miejsce samochodem, tylko idą pieszo. Kiedy doszli, nic się już nie działo. Ale z co najmniej trzech źródeł wiemy też o obecności pojedynczych księży w tłumie na Plantach (jedno ze świadectw pochodzi od księdza, zastanawiającego się, czy ponosi jakąś winę za zdarzenia, których był świadkiem).
W tej sytuacji zasadne jest pytanie, dlaczego Kościół tak słabo interweniował? Skąd ten problem w komunikacji z wiernymi? Tego dnia, w kieleckiej katedrze odprawiono np. mszę za duszę gen. Sikorskiego. Czy nie można było wpleść w kazanie jakiegoś wezwania do kielczan? A nie była to przecież jedyna msza, która odbywała się tego dnia w katedrze.
PAP: Czy duchowni mogli nie zdawać sobie sprawy ze skali pogromu?
J. T.-B.: Miasto było całe w ogniu, przemocy nie sposób było przeoczyć. Pogrom odbywał się nie tylko na Plantach, ale też na tzw. bazarach, w przylegających do rynku ulicach, pod szpitalem św. Aleksandra i w przejeżdżających przez Kielce pociągach. Mamy też świadectwa, że do poszczególnych księży (np. do księdza Peszki, znajdującego się wówczas w kancelarii przy ul. Wesołej) zwracali się o pomoc niektórzy Żydzi, np. krawiec Szlama Koński. Ostatecznie uratował go wojewoda Wiślicz, który przysłał po niego samochód.
PAP: Jaka była pamięć o tych wydarzeniach wśród mieszkańców Kielc?
J. T.-B.: Ten archipelag pamięci wynurza się i niknie w zależności od tła polityczno-historycznego. Zaraz po pogromie nastąpił szok, nasilony zorganizowanym pośpiesznie procesem wybranych na chybił trafił sprawców. Chodziło o zastraszenie, pohamowanie i zdyscyplinowanie tych elementów, które zadziałały w Kielcach, w sumie o podporządkowanie sobie terenu.
Na tak zdecydowane działania władzy społeczeństwo zawsze reaguje wrażliwie i wówczas też tak zareagowało – wstydem właśnie. Niepublikowany stenogram z pierwszego dnia procesu, znajdujący się w drugim tomie mojej książki, wiernie oddaje mentalność pogromszczyków. Niektóre ujęcia i sformułowania są trudne do uwierzenia. Wszystko to musiało wywoływać wstyd. I wciąż wywołuje. Brak oficjalnych państwowych obchodów pogromu kieleckiego w jego osiemdziesiątą rocznicę też się z tym łączy. Ubolewam nad tą strusią polityką.
Historycznie ów wstyd przejawiał się w rozpowszechnieniu hipotezy o prowokacji w ulotkach i pismach podziemnych, nie tylko WiN-owskich, ale właściwie całego konspiracyjnego spektrum politycznego. Trudno było uwierzyć, że w drugim roku po wojnie zginęły 42 zupełnie niewinne osoby, i że tak absurdalna plotka mogła doprowadzić do śmierci ludzi, którym dopiero co udało się ocaleć z Zagłady. W rozpowszechnieniu hipotezy o prowokacji można widzieć rodzaj mechanizmu obronnego, odruch moralny.
Czym innym jest jednak odruch moralny, a czym innym uparte powtarzanie, że „to nie my”, co stało się następnie udziałem wielu działaczy politycznych i historyków. Można to tłumaczyć przyczynami innego rodzaju – przyczynami ideologicznymi, sympatiami politycznymi i niestety usterkami warsztatu historycznego. Powtarzana w nieskończoność hipoteza o prowokacji zablokowała proces gojenia się ran po pogromie.
Rozmawiała Anna Kruszyńska (PAP)
Joanna Tokarska-Bakir, ur. 1958, antropolożka kultury i religioznawczyni, profesor nauk humanistycznych, pracuje w Instytucie Slawistyki PAN, jest członkinią-korespondentem PAN. Specjalizuje się w antropologii Zagłady i etnografii przemocy antyżydowskiej. Stypendystka m.in. Humboldta, Mellona, Imre Kertesz Institute, visiting professor na Wydziale Historycznym Uniwersytetu w Princeton, w IAS Princeton, w Kertesz Kolleg w Jenie, Mandel Center w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, Wissenschaftskolleg zu Berlin. Jest laureatką m.in. Nagrody im. ks. Stanisława Musiała, nagrody im. Jana Karskiego i Poli Nireńskiej, nagrody im. Jana Długosza, The Yad Vashem International Book Award (obie w roku 2019 za książkę „Pod klątwą”) oraz Elkana Fellowship w Wissenchaftskolleg Berlin. Autorka takich książek jak „Rzeczy mgliste. Eseje i studia” (Pogranicze, Sejny 2004), „Legendy o krwi. Antropologia przesądu” (WAB, Warszawa 2008; wydanie francuskie: „Légendes du sang. Une anthropologie du préjugé antisémite en Europe”, 2015), „Okrzyki pogromowe. Szkice z antropologii historycznej Polski 1939-1946” (Czarne, Wołowiec 2012; wydania angielskie: „Pogrom Cries. Essays on Polish-Jewish History, 1939-1946”, Peter Lang 2017, 2019), dwutomowej monografii „Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego” (Czarna Owca, Warszawa 2018; wydanie angielskie: „Cursed. The Social Portrait of the Kielce Pogrom”, Cornell 2023), „Bracia miesiące. Eseje i studia” (IBL, 2020; wydanie angielskie: „Jewish Fugitives in the Polish Countryside”, Peter Lang 2022) oraz „Kociej muzyki. Chóralnej historii pogromu krakowskiego” (Czarna Owca, Warszawa 2024, 2 tomy), za którą w roku 2024 została nagrodzona Grand Press za najlepszą książkę reporterską.
akr/ jkrz/