
2 kwietnia 2015 roku umarła w Warszawie Barbara Sass-Zdort, scenarzystka, reżyserka filmowa i teatralna. Pracowała właśnie nad „Pokojówkami" Jeana Geneta, które Teatr Dramatyczny miał pokazać w maju - do premiery nie doszło.
"Poczuła ból w brzuchu, który narastał. Pogotowie zabrało ją do szpitala, gdzie zmarła na stole operacyjnym" - napisał Jacek Szczerba we "Wspomnieniu" na stronie odeszli.pl.
"Pani Barbara bardzo cieszyła się na realizację tekstu Geneta. Na pierwszej próbie czytanej żartowała, że kilka razy próbowała zmierzyć się z »Pokojówkami«, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Tym razem była to śmierć" - powiedział Tadeusz Słobodzianek, ówczesny dyrektor Teatru Dramatycznego. "To wielka strata dla polskiej kultury" - ocenił.
"Tworzyła nowy model kina; realizowała feministyczne filmy, w których rozgrywającą była kobieta."
Kilka dni przed śmiercią artystki odbyło się nagranie programu telewizyjnego "Niedziela z Barbarą Sass". "My, czyli aktorki grające dziewczęta z Nowolipek w jej filmie, m.in. Ewa Kasprzyk, Marysia Ciunelis i Marta Klubowicz, przyniosłyśmy Basi kosz kwiatów. Na co ona krzyknęła: »O Boże, takie nagrobne kwiaty, a ja jeszcze przecież nie umieram«. Aż trudno w to uwierzyć…" - wspominała Dorota Stalińska cytowana w "Dzienniku Polskim" (2015).
"Tworzyła nowy model kina; realizowała feministyczne filmy, w których rozgrywającą była kobieta" - powiedział krytyk Łukasz Maciejewski cytowany przez Interiafilm.pl w pierwszą rocznicę śmierci artystki.
Barbara Sass urodziła się 14 października 1936 roku w Łodzi. "Jej ojciec jako kurator województwa łódzkiego walczył o sprawy nauczycieli, upominał się o małe szkoły w gminach. Rodzina ze strony matki była typowo mieszczańska. Babka – żona łódzkiego przemysłowca – urodziła 16 dzieci" - napisała Barbara Hollender w "Rzeczpospolitej" (2015).
"Cała ta rodzina była inżynierska, a ja wybrałam drogę artystyczną" – wspominała Barbara Sass.
"W latach 50. skończyła liceum, które w Łodzi nazywano »czerwonym klasztorem«. Jej koleżanki zdawały grzecznie na medycynę, politechnikę. Ona myślała o dyplomacji, dziennikarstwie, a najbardziej o reżyserii teatralnej. Ale tam przyjmowano dopiero po studiach, a ona, przystępując do matury, miała zaledwie 16 lat" - przypomniała Barbara Hollender.
"W mojej rodzinie się właściwie na filmy mało chodziło. Moja rodzina chodziła do teatru - ja chodziłam do teatru. Tak, że pierwszym pomysłem w ogóle na zawód u mnie to nie był wcale film, tylko właśnie teatr" - powiedziała Barbara Sass-Zdort w audycji z cyklu "Oczami mistrzów (Notacje Archiwalne SFP)".
"Największą szkołę reżyserii przeszłam w »Rękopisie znalezionym w Saragossie« u Wojtka Hasa."
Gdy miała 17 lat, zdała do łódzkiej "Filmówki". Po drugim roku studiów dostała propozycję, by - "ponieważ jest młoda" - przenieść się na wydział aktorski. "Zawrócili mi trochę w głowie, muszę przyznać. I na tym wydziale aktorskim byłam pół roku. Niestety to była dla mnie jakaś straszna klęska" - wspominała.
Studia reżyserskie ukończyła w 1958 roku. Nakręciła kilka etiud, ale po studiach nie ośmieliła się - i nie miała też za bardzo możliwości - stanąć za kamerą.
"Reżyser kobieta to było coś tak dziwnego, jakaś anomalia prawie. No, była pani Jakubowska, która oczywiście przywędrowała z armią tutaj. Była na zupełnie innych zasadach, ponieważ ona tę kinematografię razem z Fordem (Aleksandrem) zakładała, i ona była taka… męska bardzo. Potem się pojawiły dwie kobiety, które ja pamiętam - to była pani Kaniewska (Maria), no i Ania Sokołowska. One robiły filmy o dzieciach i młodzieży. I dzięki temu miały takie swoje miejsce - że kobieta to o dzieciach i młodzieży. Przedtem mówiło się, że kobieta to przy kuchni. Natomiast dalej to już było bardzo trudno. Nigdy o tym nie mówiłam, bo się wstydziłam takiego wchodzenia: »dajcie mi film, bo jestem kobietą! «. Teraz, z tej perspektywy, mogę powiedzieć, że to był niebagatelny problem" - wspominała Barbara Sass-Zdort.
Zaczęła jako asystentka, potem była drugim reżyserem. Współpracowała z Andrzejem Wajdą - "Samson" (1961), Wojciechem Jerzym Hasem - "Rękopis znaleziony w Saragossie" (1964), i Jerzym Skolimowskim - "Bariera" (1966) oraz "Ręce do góry" (1967). Miała interesujące pomysły, potrafiła pisać dialogi.
"Największą szkołę reżyserii przeszłam w »Rękopisie znalezionym w Saragossie« u Wojtka Hasa" - powiedziała Sass-Zdort w programie telewizyjnym "Niedziela z…" (2010). "On jest dla mnie wzorem reżysera… Uważam, że to jest największy reżyser – niedoceniony kompletnie" - podkreśliła. "Pracę z nim wspominam wspaniale. Nauczyłam się tam nie tylko rzemiosła, ale też stosunku do pracy, stosunku do filmu – jak bardzo trzeba być bezkompromisowym, jak trzeba poświęcić właściwie wszystko dla filmu… Po prostu te półtora roku – bo to półtora roku trwało – było wspaniałym doświadczeniem zawodowym i w ogóle takim ludzkim, prywatnym" - oceniła Sass.
W 1972 roku zrealizowała telewizyjny film "Dziewczyna i gołębie" według opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza oraz "Ostatni liść".
"Nagle się ocknęłam i zrozumiałam, że chcę pracować na własny rachunek" – powiedziała Barbarze Hollender.
Jej pełnowymiarowym kinowym debiutem był film "Bez miłości" (1980) - Dorota Stalińska zagrała w nim Ewę Bracką, dziennikarkę dążącą "po trupach" do zawodowego sukcesu. Jej rolę można było też odczytać jako pewno rodzaju "aktorską polemikę" z postacią Agnieszki wykreowaną przez Krystynę Jandę w "Człowieku z marmuru" (1976) Andrzeja Wajdy.
"Ja nie byłam osobą przebojową - wręcz odwrotnie, byłam osobą bardzo, można powiedzieć, nieśmiałą" - wspominała Barbara Sass-Zdort. "Napisałam scenariusz - portret osoby, która jest jak gdyby moim przeciwieństwem. Nie wiedziałam zupełnie, kto to zagra - Doroty Stalińskiej nawet w ogóle nie znałam, coś tam o niej słyszałam… Robiłam normalne próbne zdjęcia" - wyjaśniła.
Wszystkie filmy fabularne zrobiła z mężem Wiesławem Zdortem, operatorem. "Bardzo podejrzana byłam… Ponieważ mój mąż był już uznanym, nagrodzonym operatorem, więc - tego się nie mówiło może wprost - czułam sobą taką lekką plotę, że pewnie to nie ja ten film zrobiłam, tylko może ten mąż, który jest taki doświadczony, zrobił" - wspominała. "Przez moment była taka atmosferka, która nie była zbyt przyjemna" - dodała.
Za "Bez miłości" dostała Brązowe Lwy Gdańskie i Nagrodę FIPRESCI w Mannheim. Potem były "Debiutantka" (1981) i "Krzyk" (1982). "Filmy o kobietach silnych i potwornie samotnych" - oceniła Barbara Hollender. "Jej bohaterki były ostre, czasem agresywne, zawsze o silnym charakterze. Krytycy pisali, że filmy Sass to kino kobiece, ale mocne, zrobione szybko, dynamicznie, »męską ręką«" - dodała.
Sama Barbara Sass-Zdort najbardziej lubiła "Dziewczęta z Nowolipek" i "Rajską jabłoń" (1985). "Nie miały bezczelności innych moich filmów, a jednocześnie nie przekroczyłam w nich bariery taniego sentymentalizmu" - wspominała artystka. "Opowiedziałam o uczuciach" - wyjaśniła.
W tych filmach wystąpiła Dorota Stalińska, praktycznie tworząc z realizatorką duet artystek nierozłączek. W 1990 roku powstała "Niemoralna historia" opowiadająca o wzajemnym uzależnieniu, czerpaniu z siebie, ambicjach i rywalizacji. Po tym filmie ich drogi artystyczne się rozeszły.
"Samotność jest we mnie" - uważała Barbara Sass-Zdort. "To, co mówię, nie jest skierowane przeciwko mojemu mężowi, synom czy przyjaciołom. Oni są wspaniali. Ja się po prostu z tą samotnością urodziłam. Uważam, że człowiek musi się samodzielnie uporać ze swoimi problemami. I w gruncie rzeczy nikt inny go nie zrozumie do końca" - opowiadała Barbarze Hollender.
W 1995 roku zrealizowała "Pokuszenie" - film, zdaniem wielu najlepszy w jej dorobku, w którym zadebiutowała Magdalena Cielecka. "Jak mnie wybrała do tego filmu, wtedy, w tym 1995 roku, to stała się dla mnie osobą najważniejszą na świecie" - wspominała Cielecka w "Niedziela z…" (2010). "To było jedno z najważniejszych spotkań w moim życiu" - podkreśliła.
Barbara Sass-Zdort była artystką wszechstronną, zrealizowała wiele ważnych spektakli Teatru Telewizji. Wyreżyserowała też ponad 30 przedstawień teatralnych - za najważniejsze uważała wystawione w łódzkim Teatrze im. Jaracza m.in. "Tańce w Ballybeg" (1994) i w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie: "Idiotę" (2002) oraz "Czarodziejską górę" (2004).
"Sass jest surowa - przede wszystkim względem siebie. Trzyma się krótko" - ocenił Jacek Wakar w recenzji krakowskiego "Idioty" zatytułowanej "Ogień i lód" ("Teatr", 2002). "W jej czterogodzinnym widowisku trudno znaleźć niepotrzebną chwilę. Wszystko na swoim miejscu - ciemność, światło, pauzy, kulminacje. Rozedrgany szalony świat ludzi Dostojewskiego, świat, którego żadną miarą nie da się okiełznać. I sceniczny świat Barbary Sass - świat precyzji, porządku i konsekwencji. W nim nie ma miejsca na przypadek ani na rzeczy niekonieczne" - napisał.
"Spodziewałem się wszystkiego najgorszego i zdziwiło mnie, że kobieta dała sobie z Dostojewskim radę, gdyż świat jego powieści w żadnym wypadku nie jest światem kobiet. Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony" - napisał Jan Nowicki ("Didaskalia", 2002), pamiętny odtwórca Rogożyna w "Nastazji Filipownej" (1977) Andrzeja Wajdy według "Idioty" Dostojewskiego.
W swoim ostatnim filmie, "W imieniu diabła" (2011), Barbara Sass-Zdort nawiązała do historii zbuntowanych sióstr Betanek z Kazimierza Dolnego, by pokazać manipulację, powstawanie totalitaryzmu, indoktrynację zwyczajnych ludzi. "Powrót na plan dał mi tyle radości, że bardzo chciałabym natychmiast zrobić następny film" - powiedziała po premierze.
Paweł Tomczyk (PAP)
top/ miś/