Reprodukcja: inwazja Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 r., żołnierze niemieccy obalają słup graniczny. Fot. PAP/Reprodukcja
Młodzi Niemcy nie wiedzą zbyt dużo o tym, co się wydarzyło 1 września 1939 r.; nie interesuje ich bilateralna historia polsko-niemiecka, szukają nowego spojrzenia na przeszłość - powiedziała PAP dr Agnieszka Pufelska, historyczka Nordost-Institut. Niemcy chcą postrzegać siebie także jako ofiary II wojny - zauważyła.
PAP: Co przeciętny Niemiec wie o 1 września 1939?
Agnieszka Pufelska, polska historyczka wykładająca w Nordost-Institut w Lüneburgu działającym przy Uniwersytecie w Hamburgu: Zależy co rozumiemy pod pojęciem przeciętny Niemiec. Młodzi Niemcy nie wiedzą o tym zbyt dużo. Chyba, że studiują historię stosunków polsko-niemieckich. Skąd niby mieliby wiedzieć?
PAP: W programie nauczania historii w szkołach nie ma II wojny światowej?
A.P.: Jest, ale program koncentruje się głównie na Holocauście i ogólnie na planie Barbarossa czy wojnie w Europie Zachodniej. Powstał owszem wspólny polsko-niemieckie podręcznik historii („Europa. Nasza historia / Europa – Unsere Geschichte” – PAP), ale nie jest obowiązkowy. To nauczyciele decydują, czy po niego sięgnąć czy też nie. Ponieważ sięgają po niego tylko nieliczni, nie jest on wykorzystywany powszechnie.
PAP: Dlaczego? Czy Niemcy „po przepracowaniu” Holocaustu uważają rozliczenia z historią II wojny za zamknięte?
A.P.: Tak daleko bym się nie posunęła. Często decydują o tym przyczyny pragmatyczne. W Niemczech nauka historii ogranicza się do omawiania głównych faktów. Często łączy się ją z wychowaniem obywatelskim. Historia jako przedmiot nie ogrywa takiej roli jak w Polsce. Niemcy nie są tak historycznie osadzonym narodem jak Polacy. Nie zafiksowali się na przeszłości. Drugi powód jest demograficzny. 30 proc. mieszkańców Niemiec ma pochodzenie inne niż niemieckie. Historia nauczana jest więc w taki sposób, by włączać te 30 proc. potomków migrantów do wspólnej narracji o przeszłości. Stosunki polsko-niemieckie nie pokrywają się z tym nowym trendem w niemieckiej historiografii.
PAP. W jakim sensie?
A.P.: Z rozmów z moimi studentami wiem, że nie interesuje ich to bilateralne, w tym narodowe spojrzenie na historię polsko-niemiecką. Na historię patrzą globalnie, z szerszej perspektywy. Chłoną nowe pojęcia, szukają nowego spojrzenia na przeszłość. Szanse na przekonanie ich do tej wąskiej, narodowej perspektywy historycznej, która dominuje w Polsce, są nikłe. Z kolei starsze pokolenie, bardziej zakorzenione w przeszłości, jest już zmęczone żądaniami reparacji wojennych, irytuje ich propagowanie przez polską prawicę negatywnego obrazu Niemców.
PAP: Pytanie, na ile ten antyniemiecki dyskurs zwalnia ich z refleksji nad niemiecką winą.
A.P.: Niestety Polacy są po części sami sobie winni tego, że Niemcy tak mało interesują się historią Polski. Jeśli spojrzy się na polską politykę historyczną, to dominują dwie narracje. Przez PiS i partie prawicowe Niemcy przedstawiani są wciąż tak, jak w latach 60., czyli jako wrogowie, którzy zrobili nam krzywdę i muszą za to zapłacić. Z kolei dyskurs historyczny obozu liberalnego zatrzymał się w latach 90., tam wciąż mówi się o pojednaniu polsko-niemieckim. Obie te narracje są już mocno zużyte, osłuchane. Niestety, jak dotąd nie znaleźliśmy nowoczesnego sposobu opowiadania o relacjach polsko-niemieckich, takiej uniwersalnej narracji historycznej, która wzbudziłby zainteresowanie Niemców. Chodzi mi szerokie spojrzenie na II wojnę światową i na pamięć o ofiarach.
Niemcy są zorientowani na Zachód. Jeśli chodzi o II wojnę światową, interesują się głównie Francją, lądowaniem Aliantów w Normandii. Nie byliśmy w stanie zainteresować ich tym, co 86 lat temu się działo na Wschodzie. Koncentrujemy się na byciu ofiarą, co jest oczywiście uwarunkowane historycznie. Rozpamiętujemy Powstanie Warszawskie, powtarzamy, że w czasie II wojny światowej cierpieli i ginęli głównie Polacy, ale brak nam samokrytycznego spojrzenia na całość. Nie dostrzegamy pewnych istotnych rzeczy. Wyrzuciliśmy na przykład z polskiej pamięci o II wojnie światowej Holocaust. Przenieśliśmy zagładę ludności żydowskiej gdzieś do innej sfery, nie wiadomo nawet gdzie. Tymczasem w Holocauście zginęli głownie polscy obywatele i obywatelki. Jeżeli zaczęlibyśmy postrzegać Zagładę szerzej - także jako zbrodnię na Polakach - polskiej narracji łatwiej byłoby się przebić i zaistnieć w niemieckiej świadomości. Jeżeli zapyta się dziś Niemców o to, jacy Żydzi ginęli w czasie Holocaustu, odpowiedzą, że niemieccy…
PAP: Radzi pani umiędzynarodowienie polskiej pamięci historycznej?
A.P.: Na pewno należałoby rozszerzyć polską pamięć o II wojnie światowej, bo jest bardzo hermetyczna. Nie dopuszczamy do niej innych narracji, np. niemieckiej.
PAP: I dlatego historia rzuca cień na wzajemne relacje?
A.P.: W istotnych kwestiach nie możemy znaleźć wspólnego języka, tymczasem w XXI wieku należałoby szukać jakiś wspólnych kategorii. Od wielu lat nad Renem można zaobserwować nową tendencję w myśleniu o historii – Niemcy chcą postrzegać siebie także jako ofiary II wojny światowej. Stąd ta dyskusja o wypędzeniach czy też przesiedleniach. Sporo mówi się o niemieckich więźniach politycznych, o ludziach zamykanych w obozach z powodu orientacji seksualnej. Słowem mit ofiar i kata w Niemczech jest bardziej zróżnicowany.
W Polsce jest wciąż jednorodny: Niemcy to kaci, Polacy-katolicy to ofiary. W potocznej świadomości Żydzi nie należą do polskich ofiar II wojny. Jeśli udałoby nam się zniuansować to spojrzenie, być może znaleźlibyśmy wspólną przestrzeń z Niemcami. W innym wypadku historia II wojny światowej ulegnie w Niemczach zapomnieniu. Nie oszukujmy się, młodzi Polacy też coraz mniej o niej wiedzą. Obawiam się, że z powodu tych wszystkich zaniechań w obu krajach do głosu dojdzie w końcu pokolenie, dla którego historia II wojny światowej nie będzie miała znaczenia. Przyznam, że przeraża mnie to jako historyczkę, bo przecież nie ma przyszłości bez przeszłości. Spróbujmy połączyć przyszłość z przeszłością w teraźniejszości i szukać nowych dróg porozumienia. Przestańmy myśleć tylko i wyłącznie kategoriami narodowymi.
PAP: W Niemczech w siłę rośnie AfD, której politycy wzywają do wymazania niemieckiej winy. To chyba nie ułatwia dialogu?
A.P.: Przypomnę, że Alexander Gauland, jeden z liderów tej partii, powiedział, że w tysiącletniej historii Niemiec Hitler i naziści to tylko Vogelschiss, czyli tłumacząc na polski, „ptasi kleks” (Vogelschiss to w języku niemieckim wulgarne określenie – PAP). Ciążenie ku prawej stronie sceny politycznej, które obserwujemy zarówno w Polsce jak i w Niemczech, nie zbliża nas ku sobie. W Niemczech sporo mówi się o otwartym w zeszłym roku w Berlinie tymczasowym „Miejscu Pamięci dla Polski 1939–1945”, na którego miejscu ma stanąć pomnik przypominający Niemcom o stratach, jakie ponieśli Polacy. W stolicy ma powstać też Dom Polsko-Niemiecki, czyli muzeum oraz centrum dialogu, które ma upamiętniać polskie ofiary niemieckiej okupacji w latach 1939–1945.
PAP: To pomoże?
A.P.: Dobrze, że coś się w tym względzie dzieje. Wydaje mi się jednak, że nic się nie zmieni, dopóki Niemcy nie będą gotowi włączyć polskiego spojrzenia na II wojnę światową we własną historię, dopóki w niemieckich muzeach nie zacznie się opowiadać o okupacji Polski i ofiarach w Generalnej Guberni, i Kraju Warty.
Rozmawiał Jacek Pawlicki (PAP)