Poznań, czerwiec 1956 r. Manifestujące tłumy na ulicach. Fot. PAP/CAF
28 czerwca 1956 roku w Poznaniu strajkowali nie tylko robotnicy jednego zakładu, którzy mieli jakieś partykularne interesy; na ulice wyszło całe miasto – powiedział PAP prof. UAM dr hab. Konrad Białecki z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.
Protest poznańskich robotników, który rozpoczął się 28 czerwca 1956 roku, należał do najważniejszych wydarzeń w powojennej historii Polski. Strajk generalny i demonstracje uliczne zostały krwawo stłumione przez wojsko; zginęło co najmniej 58 osób. Jak podkreślił w rozmowie z PAP prof. Białecki, naczelnik Oddziałowego Biura Badań Historycznych IPN w Poznaniu, analizując przyczyny Poznańskiego Czerwca, należy uwzględnić co najmniej dwie płaszczyzny: ogólnopolską sytuację polityczno-gospodarczą oraz specyfikę samego Poznania.
Historyk wskazał, że warunki życia w Polsce w pierwszej dekadzie powojennej prowadziły do narastającego niezadowolenia społecznego. Dotyczyło ono nie tylko mieszkańców Poznania, ale również innych ośrodków przemysłowych. System wprowadzany przez komunistów miał – zgodnie z oficjalną propagandą – służyć poprawie bytu „ludu pracującego miast i wsi”, jednak rzeczywistość znacząco odbiegała od deklaracji.
Po umocnieniu władzy przez Polską Partię Robotniczą i eliminacji opozycji politycznej, w tym PSL ze Stanisławem Mikołajczykiem na czele, doszło do powstania monopartii – Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Rozpoczął się okres stalinizmu, w którym dążono do maksymalnego upodobnienia państwa do Związku Sowieckiego. Proces ten – jak wskazał historyk – obejmował wszystkie sfery życia: kulturę zdominowaną przez socrealizm, politykę wyznaniową zmierzającą do podporządkowania Kościołów i stopniowej ateizacji społeczeństwa oraz system ustrojowy oparty na modelu rad i kolektywnego sprawowania władzy.
W gospodarce wprowadzono centralne planowanie i zarządzanie. Wiązało się to z nacjonalizacją przemysłu, próbą kolektywizacji rolnictwa oraz przejęciem kontroli nad handlem. „Bitwa o handel” prowadzona przez ministra Hilarego Minca doprowadziła do niemal pełnego uspołecznienia obrotu gospodarczego. Państwo – jak wskazał profesor – stało się de facto, przynajmniej w miastach, jedynym pracodawcą, a życie ekonomiczne zostało podporządkowane realizacji planów centralnych.
– Podążaliśmy tą ścieżką sowiecką dość szybkim krokiem. To oczywiście miało służyć w założeniach poprawie warunków życia mieszkańców, temu miał właśnie służyć plan sześcioletni. Celem tych działań było przede wszystkim uczynienie z Polski, kraju rolniczo-przemysłowego, państwa przemysłowo-rolniczego, co oznaczało odwrócenie proporcji. Pamiętajmy, że w 1946 roku nadal około 70 proc. mieszkańców naszego kraju to są mieszkańcy wsi, a wtedy nowoczesność utożsamiano z industrializacją. Stąd też plan sześcioletni zakładał m.in., że w ciągu tych sześciu lat o 250 proc. wzrośnie produkcja przemysłowa, o 150 proc. produkcja rolnicza, a dochód narodowy podniesie się około 210 proc. – powiedział.
Dodał, że w praktyce realizacja tego planu oznacza mniej więcej tyle, że „jeżeli w danym zakładzie pracy okazywało się, że były osoby, które potrafiły osiągnąć 200–300 proc. normy – oczywiście czasami były to wyniki mocno naciągane, ale chodziło o pewne efekty propagandowe – to wtedy dyrekcja czuła się wręcz w obowiązku podnieść normę dla wszystkich pracowników. To ciągłe podnoszenie norm przy naprawdę skromnej gratyfikacji finansowej podlano jeszcze takim sosem propagandy sukcesu, zachętą do jeszcze bardziej wytężonej pracy, co powodowało daleko idącą frustrację robotników nie tylko w Poznaniu, ale na terenie całego kraju – zaznaczył profesor.
Wskazał, że po śmierci Stalina w 1953 roku część mieszkańców naszego kraju uznała, że być może w końcu się coś zmieni, ale różnego rodzaju robotnicze postulaty, które zaczęły się wówczas pojawiać – były lekceważone. Historyk przypomniał, że w tamtym okresie, na przełomie maja i czerwca 1953 roku, robotnicy wyszli na ulice w Pilźnie w Czechosłowacji. Następnie w połowie czerwca na ulice wyszli robotnicy w Berlinie i wielu innych miast na terenie NRD.
– Te robotnicze protesty w Pilźnie i w Berlinie oczywiście stłumiono. Natomiast były one bardzo wyraźnym sygnałem dla nowej sowieckiej ekipy, na czele której stał Nikita Chruszczow, że być może trzeba będzie dokonać pewnego rodzaju korekt, żeby tego typu wystąpienia nie powtórzyły się w innych krajach Bloku Wschodniego – powiedział.
Dodał, że także w Poznaniu napięcia narastały od lat. Do pierwszych protestów w Zakładach Cegielskiego (ówczesnych Zakładach im. Stalina) doszło już w 1954 roku. Przybrały one początkowo formę tzw. krótkich przerw w pracy bez opuszczania stanowisk.
– Robotnicy pozostawali na Wydziale W3 przy swoich maszynach, były krótkie przerwy w pracy, w milczeniu – ale wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Władza dostrzegała ten swego rodzaju przejaw buntu przeciwko nowej porcji podwyżek norm, które wtedy, we wrześniu 1954 roku, zafundowano robotnikom i co ciekawe, zaprosiła delegację z Wydziału W3 na rozmowy do Warszawy. Centralna Rada Związków Zawodowych i Ministerstwo Przemysłu Maszynowego to są te dwa główne miejsca, w których robotnicy z Poznania byli przyjmowani w kolejnych miesiącach i latach – powiedział.
Historyk zaznaczył, że postulaty robotnicze zaczęły z czasem przybierać nieco szerszy wymiar, ponieważ problemy ludzi pracy w tamtym czasie nie ograniczały się tylko do tego, co się działo na terenie danego zakładu pracy. Dotyczyły m.in. ogólnych warunków życia czy braku dostatecznej liczby mieszkań w miastach.
– Mieliśmy też do czynienia z drożyzną. W trakcie trwania planu sześcioletniego ceny podstawowych produktów żywnościowych, takich jak mleko, masło, chleb i ziemniaki, podniosły się o 200–400 proc. Pensje nie wzrastały w tym tempie. Na dodatek zarobki przynajmniej niektórych robotników były uzależniane od tzw. systemu akordowego, czyli im więcej wytworzysz, tym więcej ci zapłacimy, ale problemem była bardzo często fatalna organizacja pracy, uniemożliwiająca płynną pracę – zaznaczył.
Profesor pytany przez PAP, co zatem ostatecznie zadecydowało, że 28 czerwca 1956 roku robotnicy akurat ówczesnych Zakładów im. Stalina w Poznaniu wyszli na ulice, powiedział, że w tym przypadku można mówić przede wszystkim o dwóch iskrach zapalnych. Jak tłumaczył, już jesienią 1955 roku robotnicy zostali poinformowani, że nie będzie im już dłużej wypłacany dodatek za pracę akordową, a ponadto „sprawa, która ich chyba jeszcze bardziej zbulwersowała, to informacja, że przez wiele miesięcy mieli pobierany nadmierny podatek ze swojej pensji, mówiąc krótko: okradano ich tak naprawdę z części zarobków”.
– Robotnicy zaczynali się domagać, po pierwsze, przywrócenia tych gratyfikacji za pracę akordową, ale także bardzo mocno domagali się oddania niesłusznie pobranego podatku – i to są takie dwa bardzo mocne konkrety, które wybrzmiewały w samym Cegielskim. Ale sytuacja w całym Poznaniu była wtedy taka, że 28 czerwca 1956 roku w Poznaniu strajkowali i wyszli na ulicę nie robotnicy jednego zakładu pracy, którzy mieli jakieś swoje partykularne interesy – wyszło całe miasto. Tak wysoki był wtedy poziom irytacji brakiem reakcji na wcześniejsze sygnały niezadowolenia z tego, co się wtedy działo w kraju – zaznaczył profesor.
Na jednym z transparentów napisano: „Obniżyć ceny, podwyższyć zarobki, precz z normami”. Jak wskazał historyk, „to chyba najbardziej zwięzły i trafiający w punkt przekaz”.
- Na innym z transparentów znalazły się słowa „Chleba i wolności”, wyrażające dążenia nie tylko stricte materialne, ale też i te dotyczące swobód obywatelskich. Pojawiły się nawet hasła o wymowie zarazem antyrządowej jak i antysowieckiej, na przykład „Precz z ruską demokracją” - mówił.
Profesor dodał, że w tamtym czasie można też było zaobserwować, o czym donosili swoim mocodawcom tajni współpracownicy organów bezpieczeństwa, daleko idące niezadowolenie także pracowników innych poznańskich zakładów, jak Wiepofama, MPK, Pomet czy Zakłady Naprawy Taboru Kolejowego.
– Co ciekawe, ppłk Feliks Dwojak, ówczesny szef Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego w Poznaniu, przewidywał, że to raczej w ZNTK może dojść do strajku, bądź jakiejś innej formy wybuchu. Wiedziano, że w Cegielskim „coś się dzieje”, ale uznawano, że załoga ZNTK jest jeszcze bardziej podminowana, jeśli chodzi o emocje – powiedział.
Profesor Białecki wskazał, że region wielkopolski był także niedoinwestowany z budżetu centralnego w porównaniu z innymi częściami kraju, co pogłębiało też poczucie marginalizacji. Robotnicy w Poznaniu zarabiali mniej niż w innych ośrodkach przemysłowych, a warunki życia odbiegały od deklarowanego przez władze obrazu sukcesu.
– Dodam tutaj rzecz moim zdaniem niezwykle istotną: poznańscy robotnicy Cegielskiego przez wiele miesięcy usiłowali metodami pokojowymi upomnieć się o swoje prawa. Kiedy spojrzymy choćby już tylko na rok 1956, to widzimy, że w marcu, w kwietniu, w maju, w czerwcu jadą kolejne i kolejne delegacje. Najpierw samego Wydziału W3 z Cegielskiego, później delegacje, które już są reprezentacją całego zakładu. Jadą na rozmowy do Warszawy z przedstawicielami Centralnej Rady Związków Zawodowych i z przedstawicielami Ministerstwa Przemysłu Maszynowego. Wreszcie spotykają się nawet z samym ministrem – powiedział.
Dodał, że problem polegał m.in. na tym, że za każdym razem słyszeli mniej więcej to samo: „musicie nas zrozumieć: była sanacja, było ciężko, później była wojna, teraz odbudowujemy kraj, robimy, co możemy. Jest trudno, ale oczywiście macie rację, wasze postulaty zostaną zrealizowane. Dajcie nam trochę czasu. Zaufajcie nam”.
– Ci robotnicy po raz pierwszy zaufali, po raz drugi zaufali, po raz trzeci…, ale żaden z tych sygnalizowanych problemów nie został rozwiązany. To też było takie mocne paliwo, powiedziałbym, tego buntu z 28 czerwca. Poczucie lekceważenia, faktycznego lekceważenia ze strony władz robotniczych postulatów – zaznaczył.
Wskazał, że rok 1956 przyniósł również zmiany polityczne związane z tzw. odwilżą. Istotnym wydarzeniem był XX Zjazd KPZR i tajny referat Nikity Chruszczowa, w którym m.in. potępiono kult jednostki Stalina. W Polsce jego treść została częściowo ujawniona członkom partii, co było – jak wskazał historyk – „niemal jak wybuch bomby atomowej”, wywołało ferment i zachwiało wiarą w nieomylność systemu. W marcu zmarł ten, który był swego rodzaju „twarzą stalinizmu w Polsce” – Bolesław Bierut. Dodatkowym impulsem była amnestia z kwietnia 1956 roku, obejmująca ponad 30 tys. więźniów. W tej atmosferze robotnicy coraz śmielej artykułowali swoje postulaty.
– W czerwcu 1956 roku władze spodziewały się, że może dojść do jakiegoś wybuchu społecznego niezadowolenia, ale obawiano się tego m.in. na Śląsku, w Warszawie, może w okręgu łódzkim, w tych silnie uprzemysłowionych regionach. Okazało się, że to jednak robotnicy z Poznania zainicjowali działania, które należą do najważniejszych wydarzeń w powojennej historii Polski – podsumował profesor.
Główne obchody 70. rocznicy Poznańskiego Czerwca ’56 odbędą się w niedzielę.
Anna Jowsa (PAP)