Poznań, październik 1956. Od lewej: docent Zakładu Prawa Polskiej Akademii Nauk Gustaw Auscaler, dr Aleksandra Flatau-Kowalska i adwokat, przewodniczący Komisji Prawniczej Ligi Ochrony Praw Człowieka Julis Wolf na sali rozpraw Sądu Wojewódzkiego podczas procesów poznańskich. Fot. PAP/Wojciech Kondracki
Protest robotników Czerwca’56 kontynuowano na sali sądowej w późniejszych procesach manifestantów – powiedział PAP dziekan ORA w Poznaniu dr Ewa Habryn-Chojnacka. Robotnikom groziła nawet kara śmierci; dzięki pracy adwokatów najwyższy wymierzony wyrok wyniósł 6 lat więzienia.
28 czerwca 1956 roku robotnicy Zakładów Cegielskiego, wówczas Zakładów im. Stalina, podjęli strajk generalny i zorganizowali demonstrację uliczną, krwawo stłumioną przez milicję i wojsko. Życie straciło wówczas 58 osób. Następstwem wydarzeń z czerwca były pokazowe procesy poznańskie, które odbyły się na przełomie września i października 1956 roku.
PAP: Procesy po wydarzeniach Poznańskiego Czerwca’56 rozpoczęły się ledwie po dwóch miesiącach. Jak wyglądało przygotowanie do nich? Jak dużą przewagę już na początku miała prokuratura i ówczesna władza?
Dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej (ORA) w Poznaniu adw. dr Ewa Habryn-Chojnacka: Prokuratura na przygotowanie materiału i sporządzenie aktu oskarżenia miała przede wszystkim zdecydowanie więcej czasu; choć wiadomo, że w tym przypadku ten dłuższy czas to były w sumie tylko te dwa miesiące. Chodziło jednak o to, by odstęp między wydarzeniami Czerwca '56 a procesami nie był zbyt długi. Te procesy miały być pokazowe, miały sprawiać wrażenie szybkiej reakcji państwa. Chodziło też o to, by opinia publiczna rzeczywiście odebrała je jako represję i ukaranie sprawców. Adwokaci na przygotowanie mieli siedem dni.
PAP: Jak byli w stanie przygotować się do obrony mając do rozpoczęcia procesu ledwie tydzień? Co byli w stanie zdziałać? Ustalić?
E.H-Ch.: Adwokaci mieli siedem dni i słaby dostęp do materiałów. To prokuratura dysponowała pełnym materiałem dowodowym i korzystała z pomocy funkcjonariuszy milicji, którzy przesłuchiwali robotników. Adwokaci tego nie mieli. Przygotowanie do obrony polegało więc na tym, że spotykali się z oskarżonymi i między sobą, ustalając linię obrony. Równocześnie jednak byli poddawani inwigilacji – ich spotkania były podsłuchiwane. To miało ogromne znaczenie, ponieważ prokuratura była już przygotowana na rozważaną i uzgadnianą linię obrony.
PAP: Kim byli oskarżeni w procesach poznańskich? To były przypadkowe osoby, wytypowane „z łapanki” czy rzeczywiście takie, wobec których zgromadzono mocny materiał dowodowy?
E.H-Ch.: Z całą pewnością szukano osób, które nie miały idealnej karty karnej – to znaczy takich, którym zdarzały się jakieś występki czy chuligańskie incydenty. Chodziło o to, żeby na czele grupy oskarżonych ustawić właśnie jedną osobę z niezbyt czystą kartą, co miało służyć pokazaniu, że wydarzenia były inicjowane przez chuliganów, i że procesy mają charakter walki z chuligaństwem. Natomiast w rzeczywistości byli to zwykli robotnicy.
Obrońcy podkreślali ponadto w trakcie procesów, że oskarżeni to młodzi chłopcy, którym być może zdarzyło się kiedyś zbłądzić, ale przede wszystkim to uczciwi, pracujący ludzie, tacy jak inni uczestnicy tamtych wydarzeń. Moim zdaniem dobór oskarżonych był jednak w pewnym sensie celowy – ktoś „o takiej przeszłości” musiał znaleźć się na czele - natomiast większość to były osoby zupełnie przypadkowe. Przeprowadzone postępowania wykazały ponadto, że większość zarzutów nie znalazła oparcia w dowodach. Wydarzenia rzeczywiście miały miejsce, ale prokuratura nie wykazała, że te akurat konkretne osoby dopuściły się tych konkretnych czynów, czyli można powiedzieć, że w dużej mierze była to jednak „łapanka”.
PAP: Jakie nastroje panowały w mieście przed rozpoczęciem i w trakcie procesów?
E.H-Ch.: Wszyscy zadawali sobie pytanie, czy to będą uczciwe postepowania, czy sąd pozwoli adwokatom się wypowiadać, czy będzie wolność słowa, czy dopuszczona zostanie publiczność i obserwatorzy, także zagraniczni. Obawy te były bardzo poważne. Spodziewano się procesów o charakterze stalinowskim – szybkich, z góry ustalonymi wyrokami.
Okazało się jednak inaczej. Trudno jednoznacznie odpowiedzieć dlaczego, ale myślę, że wpływ miała tu opinia publiczna. Sędziowie wpuścili na salę obserwatorów. Trzeba też pamiętać, że manifestacja robotników miała miejsce w czasie odbywających się Międzynarodowych Targów Poznańskich. Do miasta przyjechali liczni goście z zagranicy i oni obserwowali to, co się dzieje – zarówno wydarzenia, jak i procesy.
PAP: Czyli procesy wzbudzały żywe zainteresowanie nie tylko mieszkańców Poznania?
E.H-Ch.: Na sali byli zagraniczni komentatorzy, polscy dziennikarze, przedstawiciele ambasad, m.in. Francji i USA. Już sama ich obecność pokazywała, że procesy nie będą wyglądały tak, jak się obawiano. I rzeczywiście – sędziowie słuchali zarówno prokuratorów, jak i obrońców, i starali się ocenić sytuację obiektywnie.
PAP: Czy opinia publiczna mogła wywrzeć presję na sędziów, a obecność obserwatorów zagranicznych zmienić bieg sprawy?
E.H-Ch.: Trudno powiedzieć, czy była to presja wprost. Natomiast na pewno miało to wpływ. Społeczeństwo wciąż żyło tymi wydarzeniami i to sprawiło, że sędziowie rzeczywiście pochylili się nad losem oskarżonych. Dostrzegli, że to był element protestu społecznego, a nie wyłącznie chuligańskie wybryki. Myślę, że obecność obserwatorów, mediów, mogła nie tyle zmienić przebieg postępowania, ale wpłynąć na to, że sędziowie nie poddali się naciskom władzy.
PAP: W procesach poznańskich wymierzono kary od 2 do 6 lat pozbawienia wolności, dwie osoby uniewinniono, wyrok w „procesie dziesięciu” w ogóle nie zapadł. Czy kary, jakie wymierzono oskarżonym można uznać za łagodne?
E.H-Ch.: Zdecydowanie tak. W tym czasie obowiązywały w Polsce jednocześnie przedwojenny Kodeks karny oraz tzw. Mały Kodeks Karny, który znacząco zaostrzał odpowiedzialność karną. W „procesie trzech” oskarżonym zarzucono właśnie m.in. przestępstwa z Małego Kodeksu Karnego. Był to m.in. „gwałtowny zamach na jednostkę sił zbrojnych” i „nielegalne posiadanie broni”. Za takie czyny groziły bardzo surowe kary – od minimum 5 lat więzienia, przez dożywocie, aż do kary śmierci. W procesach poznańskich naprawdę spodziewano się nawet wyroków śmierci - na tym tle zapadłe orzeczenia były stosunkowo łagodne.
PAP: Ilu adwokatów broniło oskarżonych w procesach poznańskich? Jak wyglądała ich praca i co przesądziło o skuteczności obrony?
E.H-Ch.: Wszystkich oskarżonych broniło łącznie ponad 20 adwokatów. Większość z nich wykonywała swoją pracę nieodpłatnie albo za symboliczną kwotę. Co zdecydowało o ich skuteczności? Przede wszystkim innowacyjność. Adwokaci po raz pierwszy w tego typu sprawach wnioskowali o dowód z opinii biegłych socjologów – i sąd ten dowód dopuścił.
Opinie wykazały, że oskarżeni działali w afekcie. Kluczowe było to, że tłum – początkowo spokojny – zmienił się po pierwszych strzałach i informacji o rannych. Wówczas emocje eskalowały, tłum ruszył po broń i przeciwstawił się władzy. Biegli wskazali, że uczestnicy mogli mieć ograniczoną albo wyłączoną zdolność rozpoznania znaczenia swojego czynu. To miało ogromne znaczenie dla oceny ich odpowiedzialności.
PAP: Na jakich dowodach opierał się materiał prokuratury? Czy obrońcom udawało się podważać treści aktu oskarżenia?
E.H-Ch.: Głównymi dowodami były przede wszystkim zeznania świadków. Kluczowa jednak była ich analiza – i to zrobili obrońcy. Opierając się na tym materiale, na tych samych zeznaniach, wykazali, że pierwsi ranni trafili do szpitala przed godziną 11.00 - a według tych samych zeznań zgromadzonych przez prokuraturę - broń z aresztu przy ul. Młyńskiej robotnicy zdobyli dopiero około 12.00. Czyli najpierw były strzały, a dopiero później dostęp do broni - to podważyło tezę prokuratury, że robotnicy ruszyli uzbrojeni.
PAP: Obrońcy w procesach karnych mają przede wszystkim za zadanie bronić swoich mocodawców. Czy w procesach poznańskich chodziło tylko o obronę i łagodne wyroki? Na ile te procesy przybrały charakter polityczny i krytykowały ówczesną władzę?
E.H-Ch.: Te procesy faktycznie przerodziły się w procesy polityczne. Wystąpienia obrońców krytykowały władzę, działania UB, sposób funkcjonowania państwa. Mowy obrońców Poznaniacy odbierali też jako dalszą formę protestu z 28 czerwca 1956 roku. Przykładem jest tu wypowiedź adw. Gerarda Kujanka, który mówił o „bezduszności władz” jako przyczynie wydarzeń - to była wyraźna mowa polityczna.
PAP: Ówczesna władza próbowała spuścić „żałobną kurtynę milczenia” nad wydarzeniami Czerwca’56 i późniejszymi procesami, ale – jak podkreślają historycy – najwyżsi przedstawiciele o tych wydarzeniach nie umieli zapomnieć. Z jakimi represjami musieli się liczyć adwokaci?
E.H-Ch.: Represje były bardzo dotkliwe i najbardziej dotknęły mec. Stanisława Hejmowskiego i mec. Michała Grzegorzewicza. Byli oni inwigilowani - adw. Hejmowskiemu założono sprawę operacyjną pod kryptonimem „Maestro”, próbowano ich zdyskredytować poprzez działania podatkowe i dyscyplinarne. Zostali też zawieszeni w wykonywaniu zawodu i obciążeni wysokimi karami finansowymi. To wszystko doprowadziło do pogorszenia ich zdrowia i sytuacji życiowej. W efekcie adw. Hejmowski wycofał się z zawodu, zmarł w 1969 roku, a adw. Grzegorzewicz przeniósł praktykę zawodową do Koła.
PAP: Czy obrońcy Poznańskiego Czerwca kiedykolwiek żałowali udziału w tych procesach?
E.H-Ch.: Dla mec. Hejmowskiego najbardziej bolesna była na pewno utrata reputacji i zaufania, także w środowisku zawodowym. Dodatkowo fakt, że był inwigilowany przez osobę z najbliższego otoczenia – i to miało ogromny wpływ na jego stan psychiczny i zdrowie. Ale z relacji rodzin wynika, że zarówno mec. Hejmowski, jak i mec. Grzegorzewicz – i zapewne także inni z obrońców - nigdy nie żałowali. Raczej byli dumni z tego, że brali w tych procesach udział.
Rozmawiała Anna Jowsa (PAP)