Poznań, 8.10.1956 r. Sąd Wojewódzki. Jeden z procesów pokazowych po protestach czerwcowych w Poznaniu (poznański czerwiec). Fot. AP/Wojciech Kondracki
„Nie karmi się kulami ludzi, kiedy wołają o chleb” – podkreślał adw. Stanisław Hejmowski w jednym z procesów, podczas których sądzono bohaterów Poznańskiego Czerwca ’56. Dziekan ORA w Poznaniu, adw. dr Ewa Habryn-Chojnacka powiedziała PAP, że obrońcy Czerwca ’56 to wciąż wzór dla pokoleń adwokatów.
28 czerwca 1956 r. robotnicy Zakładów Cegielskiego, wówczas Zakładów im. Stalina, podjęli strajk generalny i zorganizowali demonstrację uliczną, krwawo stłumioną przez milicję i wojsko. Życie straciło wówczas 58 osób.
- Procesy poznańskie, czy też procesy czerwcowe, to było następstwo wydarzeń z czerwca 1956 roku. Władze chciały przykładnie ukarać robotników. Koncepcja pierwotna była taka, aby nadać wystąpieniom robotników charakter chuligański i za chuligańskie wystąpienia oraz m.in. za posiadanie broni ich skazać – przypomniała w rozmowie z PAP Dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej (ORA) w Poznaniu adw. dr Ewa Habryn-Chojnacka.
Jak podkreśliła, prokuratura przygotowywała materiał przez dwa miesiące. Natomiast poznańscy adwokaci, którzy bronili robotników, na ustalenie i przygotowanie linii obrony mieli zaledwie siedem dni. Procesy pokazowe — „proces trzech”, „proces dziewięciu” oraz „proces dziesięciu” - rozpoczęły się we wrześniu i w październiku 1956 r.
W „procesie trzech” prokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Poznaniu Alfons Lehmann zarzucił oskarżonym – Józefowi Foltynowiczowi (obrońcy: Gerard Kujanek i Władysław Rust), Kazimierzowi Żurkowi (obrońcy: Tadeusz Luboński i Adam Barszczewski) i Jerzemu Sroce (obrońcy: Stefan Jauksz i Stanisław Hejmowski) „bestialskie zamordowanie wraz z innymi sprawcami, idącego bez broni kaprala Zygmunta Izdebnego, funkcjonariusza UB”. W akcie oskarżenia zawarto też wobec wszystkich oskarżonych zarzut ograbienia kiosków z winem, papierosami i słodyczami, a Żurkowi i Sroce dodatkowo „demolowanie urządzeń w gmachach publicznych i palenie akt urzędowych”. Rozprawie przewodniczył sędzia Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu Wiesław Celiński. Wyrok zapadł 8 października; orzeczono kary 4 i 4,5 roku pozbawienia wolności.
Kolejny z procesów – tzw. proces dziewięciu – rozpoczął się równolegle 27 września 1956 r. Oskarżeni zostali: Zenon Urbanek (obrońca: Józef Umbreit), Józef Pocztowy (obrońca: Mieczysław Klauziński), Stanisław Jaworek (obrońca: Tadeusz Napierała), Ludwik Wierzbicki (obrońca: Józef Sopa), Łukasz Piotrowski (obrońcy: Kazimierz Nowak i Juliusz Wójciak), Stanisław Kaufmann (obrońca: Witold Trojanowski), Leon Olejniczak (obrońca: Stanisław Konieczny), Jan Suwart (obrońcy: Michał Grzegorzewicz, Gerard Kujanek), Janusz Biegański (obrońca: Witold Trojanowski). Akt oskarżenia zarzucał im udział w demonstracji, a następnie w walkach zbrojnych. Oskarżycielem byli prokuratorzy Edward Klimczak i Marian Nowakowski, zaś rozprawie przewodniczył sędzia Sądu Wojewódzkiego Wacław Żebrowski. Wyrok wydano 12 października 1956 roku. 7 oskarżonych skazano na kary od 2 do 6 lat pozbawienia wolności, natomiast dwóch uniewinniono.
„Proces dziesięciu” ruszył 5 października 1956 r. Oskarżeni zostali: Janusz Kulas (obrońcy: Kazimierz Tasiemski i Władysław Banaczek), Mikołaj Pac-Pomarnacki (obrońca: Piotr Moś), Roman Bulczyński (obrońca: Stanisław Hejmowski), Władysław Kaczkowski (obrońcy: Adam Barszczewski i Leon Kaczyński), Hieronim Zielonacki (obrońca: Bronisław Rzemyk), Marian Joachimiak (obrońcy: Michał Grzegorzewicz i Janusz Waliszewski), Antoni Klimecki (obrońca: Kazimierz Tasiemski), Jan Łuczak (obrońcy: Stanisław Szczęsny i Julian Sznapik), Zygmunt Majcher (obrońca: Ludwik Bleidorn), Zbigniew Błaszczyk (obrońca: Seweryn Szelejak). Rozprawie przewodniczył sędzia Dionizy Piotrowski, zaś oskarżycielami byli: prokurator miasta i powiatu Gniezno Tadeusz Muszyński, prokurator Generalnej Prokuratury Joachim Markowicz i wiceprokurator wojewódzki z Poznania Czesław Borkowski.
Z aktu oskarżenia wynikało m.in., że „w czasie strajku i demonstracji, grupy awanturników i elementy kryminalne rozpoczęły wrogą akcję, w wyniku której dopuszczono się aktów gwałtu i terroru”. W rezultacie „tej przestępczej działalności” – jak wskazano – „padli zabici i ranni oraz wynikły poważne straty materialne”. Wszyscy oskarżeni mieli być – według prokuratury – „aktywnymi uczestnikami wystąpień antypaństwowych”. Do wydania wyroku w tym procesie jednak nie doszło. Sąd Wojewódzki w Poznaniu zwrócił akta prokuraturze celem uzupełnienia śledztwa.
Jak zaznaczyła Habryn-Chojnacka, jeden z głównych problemów w tych procesach polegał na tym, że ówczesna władza próbowała sprowadzić manifestację i działania robotników do chuligańskich występków.
Celem procesów miało być zaś przykładne ukaranie sprawców.
- W tamtym czasie obowiązywał zarówno tzw. Mały Kodeks Karny oraz Kodeks Karny z 1932 roku. Była to z jedna z nielicznych sytuacji w państwach demokracji ludowej, kiedy Kodeks Karny przedwojenny nadal po wojnie obowiązywał. Niemniej został on mocno zmieniony właśnie przez zapisy w Małym Kodeksie Karnym, który wprowadził dodatkowe przestępstwa, jak właśnie przestępstwa przeciwko władzy ludowej. Zaostrzona została także odpowiedzialność karna – powiedziała.
Habryn-Chojnacka tłumaczyła, że dlatego właśnie adwokaci, którzy opracowywali koncepcję obrony robotników, „musieli zmierzyć się z niezwykle trudnym zadaniem, czyli musieli pokazać sądowi — sądowi, przypominam w latach 50. - że robotnicy nie byli chuliganami, nie byli przestępcami, że to byli rzeczywiście robotnicy, którzy domagają się chleba, którzy domagają się sprawiedliwości”.
- Celem adwokatów było również pokazanie, że surowe ukaranie sprawców nie odniesie skutku, że to nie jest ta droga, którą powinien pójść sąd. Główne argumenty, które podnieśli obrońcy w procesach Czerwca'56, to przede wszystkim fakt, że sprawcy byli młodociani, byli poddani emocjom tłumu. To była też nowatorska obrona, nowatorskie wnioski dowodowe, dlatego że obrońcy zawnioskowali o opinię biegłych socjologów – a sąd tę opinię dopuścił – zaznaczyła.
Opinię wydało kilku socjologów. Wskazywali oni, że tłum i to, co się działo podczas wydarzeń czerwcowych, „to była taka emocja, którą można przyrównać do kultu religijnego”. Jak tłumaczyła Habryn-Chojnacka, „ci ludzie, którzy wystąpili na ulicę w momencie, kiedy usłyszeli pierwsze strzały — strzały, które nie padły ze strony tłumu protestującego, tylko ze strony przedstawicieli władzy, milicji — te strzały spowodowały, że nagle tłum rozpoczął walkę i odebrał tę sytuację jako walkę przeciwko władzy, która podnosi rękę na robotnika”.
- Z opinii wynikało ponadto, że emocje, które w tamtym czasie miały miejsce, spowodowały, że ludzie przestali rozpoznawać znaczenie swoich czynów, mieli ograniczoną świadomość tego, co robili — i na to przede wszystkim położyli nacisk obrońcy. Pokazali, że ci młodzi ludzie, którzy mieli 18-20 lat, poddali się tłumowi i niejako poszli za tym tłumem. Dlatego też obrońcy pytali władzy, pytali sądu, prokuratury: dlaczego, skoro protestowały setki tysięcy osób, wy wybraliście 10, 9, 3? Dlaczego nie więcej? Dlaczego właśnie tych? Pokazywali w ten sposób sądowi i opinii publicznej, że te procesy miały charakter pokazowy – mówiła adwokat.
Dodała, że kolejną kwestią, jaką wykorzystali adwokaci, było pokazanie, że oskarżeni nie byli chuliganami – „a zwykłymi ludźmi, którzy walczą z epoką błędów i wypaczeń”.
- Generalnie argumenty, które wykorzystywali obrońcy, polegały na tym, że opierali się oni na ówcześnie obowiązującej doktrynie i wykorzystując podwaliny teorii marksistowskiej oraz słowa, które padały wówczas z ust przedstawicieli władzy, czyli m.in. pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Ochaba, że „należy walczyć z tą epoką, która miała miejsce wcześniej, należy walczyć z błędami i wypaczeniami”, i te m.in. słowa – słowa władzy publicznej – adwokaci wykorzystali w swojej mowie obrończej – mówiła.
Dodała, że innowacyjne podejście obrońców, ale także ich zaangażowanie i determinacja doprowadziło do tego, że „efekt był niespodziewany dla wszystkich: i dla robotników, i dla oskarżonych, i chyba nawet dla obrońców, dlatego że sąd ocenił sytuację sprawiedliwie”.
- Sąd oczywiście wymierzył wyroki skazujące, nie mogło być inaczej, natomiast były to wyroki dużo łagodniejsze, niż się wszyscy spodziewali. A spodziewano się kary śmierci. Spodziewano się dożywocia. Tymczasem oskarżeni zostali skazani na kilka lat pozbawienia wolności. Niektóre wyroki zostały orzeczone w zawieszeniu. Dwóch oskarżonych nawet uniewinniono. To był ogromny sukces poznańskich obrońców – powiedziała.
W trakcie procesów z ust obrońców padały także słowa, które do dziś są przywoływane przez osoby opowiadające o tamtych wydarzeniach. Stanisław Hejmowski w swojej mowie w jednym z procesów mówił: „nie po to płynęła krew robotników ulicami Poznania, ażeby użyźnić glebę pod powstanie nowej legendy. Legendy, że urząd się bronił, musiał strzelać przed podpaleniem. Tej legendy akt oskarżenia nie głosił (…) Nawet gdyby rzucano butelkami z benzyną, twierdzę bardzo stanowczo: pożarów nie gasi się kulami. Tak samo, jak się nie karmi ludzi kulami, ludzi, którzy wołają o chleb”. Adwokat Gerard Kujanek apelował z kolei do sędziów, by wydali sprawiedliwy wyrok, ponieważ – jak mówił - „gdy do sali sądowej polityka wchodzi jednymi drzwiami, sprawiedliwość musi natychmiast wyjść drugimi drzwiami”. Pamiętny był także gest adw. Michała Grzegorzewicza, który na sali sądowej uniósł w górę skrwawioną koszulkę Romka Strzałkowskiego, 13-letniego chłopca, najmłodszej ofiary Czerwca '56.
Habryn-Chojnacka przypomniała jednak, że adwokaci, uczestnicząc w tych procesach, położyli niejako na szali także swoje życie rodzinne i zawodowe – a władza ludowa „odwdzięczyła się obrońcom za tę odważną obronę”.
- Ucierpiał przede wszystkim adw. Stanisław Hejmowski, przeciwko któremu rozpoczęto dosyć mocną inwigilację. To było też wszczynanie przeciwko niemu postępowania o zawyżone stawki adwokackie i domniemane nadużycia skarbowe. Doprowadziło to do tego, że ze względu na stan zdrowia mec. Hejmowski podupadł na zdrowiu i zakończył karierę zawodową. Prześladowań ze strony władzy doznał również mec. Grzegorzewicz – powiedziała.
Habryn-Chojnacka zapytana przez PAP, co charakteryzowało obrońców Poznańskiego Czerwca, że nazwiska m.in. Hejmowski, Kujanek, Grzegorzewicz, stały się symbolem i wzorem dla pokoleń adwokatów, odpowiedziała, że „cechowała ich przede wszystkim niezwykła odwaga”.
- Stanisław Hejmowski, Michał Grzegorzewicz, czy Gerard Kujanek to były rzeczywiście ikony, ale na pamięć i uznanie zasługują nie tylko oni. To było kilkudziesięciu adwokatów, z których każdy był niezwykle odważny. Bronienie oskarżonych w procesach o znaczeniu politycznym i wydźwięku politycznym wymagają odwagi ogromnej. (…) Ci adwokaci liczyli się z tym i spodziewali się tego, że ich obrona spotka się z represjami. To było niemal pewne. Ale nie bali się na sali sądowej przekonywać, że to nie robotnicy są winni – a to władza powinna usiąść na ławie oskarżonych – podkreśliła.
Anna Jowsa (PAP)