Pomnik w Jedwabnem upamiętniający ofiary przeprowadzonych w 1941 r. mordów. Fot. PAP/Artur Reszko
W dalszym ciągu jestem dumny z tego, jak państwo polskie zmierzyło się ze sprawą Jedwabnego. Działania instytucji państwowych, a także polskich historyków cechowały otwartość i uczciwość – mówi PAP prof. Paweł Machcewicz, historyk, w 85. rocznicę zbrodni w Jedwabnem.
10 lipca 1941 r. w Jedwabnem zostało zabitych kilkuset Żydów. Według ustaleń IPN sprzed ponad 20 lat zbrodni dokonali Polacy, ale z niemieckiej inspiracji.
PAP: 25 lat temu w tekście „I Jedwabne, i Westerplatte” napisał pan: „Otóż ja 10 lipca przy pomniku w Jedwabnem odczuwałem dumę z tego powodu, że Polacy potrafili godnie stawić czoło najtrudniejszym sprawom z przeszłości”. Czy podtrzymuje pan te słowa?
Prof. Paweł Machcewicz: Jak najbardziej. W dalszym ciągu jestem dumny z tego, jak państwo polskie zmierzyło się ze sprawą Jedwabnego. Działania instytucji państwowych, a także polskich historyków cechowały otwartość i uczciwość. Dotyczy to zarówno upamiętnienia ofiar, czyli uroczystości, do których doszło w lipcu 2001 roku, jak i naszych badań historycznych, a także śledztwa prowadzonego przez prokuratora Radosława Ignatiewa.
Powinniśmy odczuwać dumę, ponieważ jako współcześni Polacy nie jesteśmy odpowiedzialni za to, co robili mieszkańcy Jedwabnego czy Radziłowa w 1941 roku. Nasza odpowiedzialność polega na wyjaśnieniu tego wszystkiego, co się wydarzyło, oraz na podtrzymywaniu pamięci o tych wydarzeniach i ofiarach. Uważam, że państwo polskie i polscy historycy zdali wtedy egzamin. Co więcej, było to korzystne dla Polski w wymiarze międzynarodowym. Zbudowaliśmy autorytet państwa, które potrafi się zmierzyć z najtrudniejszą przeszłością. Polska była stawiana za wzór innym narodom i krajom, które miały jeszcze trudniejsze doświadczenia związane z Holokaustem, na przykład Rumunia czy niektóre państwa bałtyckie.

Jedwabne, 10.07.2001 r. Uroczystości żałobne w 60. rocznicę zbrodni w Jedwabnem. Od lewej: ambasador Izraela prof. Szewach Weiss oraz prezydent Aleksander Kwaśniewski. Fot. PAP/Jacek Turczyk
Powiedziałbym jednak, że dzisiaj moja ówczesna duma jest zmącona i podszyta coraz silniejszym niepokojem. Mamy do czynienia z negowaniem tamtych ustaleń i z instrumentalizowaniem Jedwabnego. Robią to przede wszystkim Grzegorz Braun i skrajne środowiska. Ale przypomnijmy sobie także ataki premiera Mateusza Morawieckiego czy Przemysława Czarnka, ówczesnego ministra edukacji i nauki, na Barbarę Engelking i środowisko Centrum Badań nad Zagładą Żydów po publikacji książki „Dalej jest noc”.
To jest zupełnie inny duch niż ten, który dominował w latach 2000-2001. W wymiarze publicznym mamy więc regres, a nie postęp. Nie mówię o badaniach historycznych, lecz o tym, jak polska klasa polityczna mierzy się publicznie z problemem udziału części Polaków w prześladowaniu i zabijaniu Żydów.
PAP: Jest pan współautorem książki „Wokół Jedwabnego” wydanej przez Instytut Pamięci Narodowej w 2002 r., będącej rezultatem badań historycznych. Czy z naukowego punktu widzenia mord w Jedwabnem z 10 lipca 1941 r. został zbadany, a najważniejsze fakty ustalone?
P.M.: Moim zdaniem tak. Żadne nowe, istotne dokumenty nie zostały ujawnione po tym, jak prowadziliśmy badania w ciągu pierwszych dwóch lat po ujawnieniu tego mordu najpierw za sprawą artykułu Andrzeja Kaczyńskiego w „Rzeczpospolitej”, a potem w książce Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi”. Po naszej publikacji pojawiła się właściwie tylko jedna ważna praca - „U genezy Jedwabnego” Andrzeja Żbikowskiego, w której autor bardziej szczegółowo analizował relacje polsko-żydowskie dotyczące zarówno tego, co wydarzyło się latem 1941 r., jak i okresu okupacji sowieckiej. Natomiast zasadniczy korpus ustaleń z naszych badań, prowadzonych wtedy pod moim kierunkiem w IPN, został wówczas sformułowany i później nie pojawiło się nic, co by zmieniało zrekonstruowany przez nas obraz wydarzeń.
PAP: Co wiemy na pewno o wydarzeniach z 10 lipca 1941 roku?
P.M.: Przede wszystkim trzeba rozszerzyć perspektywę. Jedwabne było miejscem niezwykle drastycznego mordu, ale historycy ustalili, że było co najmniej 26 miejscowości, w których Polacy latem 1941 roku zabijali Żydów: samodzielnie, z niemieckiej inspiracji albo wspólnie z Niemcami. Natomiast dwa miejsca, w których doszło do najbardziej drastycznych i masowych mordów, i o których wiemy jednocześnie najwięcej - ponieważ mamy do dyspozycji m.in. materiały z powojennych procesów sądowych - to Jedwabne i Radziłów, gdzie doszło do bliźniaczego mordu trzy dni wcześniej. Patrzyłbym na te zdarzenia łącznie. Dopiero wtedy jesteśmy w stanie odtworzyć pewne podobieństwa i mechanizmy. Zarówno w Radziłowie, jak i w Jedwabnem miała miejsce niemiecka inspiracja.
PAP: Co to konkretnie znaczy?
P.M.: Z polskich i żydowskich relacji wynika, że do obu miejscowości przyjechali bliżej nieokreśleni „gestapowcy”, którzy rozmawiali z grupą lokalnych liderów, która wyłoniła się w dniach chaosu po ucieczce Sowietów. Podobne struktury powstawały nie tylko w tych dwóch miejscowościach, lecz także w wielu innych. Były to straże obywatelskie złożone z Polaków, często uczestników konspiracji antysowieckiej czy ludzi uwolnionych z sowieckich więzień. Przejmowali oni tymczasową kontrolę nad miejscowościami, z których wycofali się Sowieci.
Wiadomo, że w Radziłowie w momencie mordu Niemców już nie było i został on dokonany polskimi rękami. W Jedwabnem nie jest jasne, czy wspomniani gestapowcy byli na miejscu, czy nie. Wszystkie dostępne źródła mówią jednak o tym, że zbrodnia została dokonana przez Polaków. Z ustaleń śledztwa prowadzonego przez IPN, a także z dokumentów znalezionych przez historyków, wynika, że „gestapowcami” - używając określenia z relacji żydowskich i z powojennych zeznań Polaków w procesach - mogli być funkcjonariusze Policji Bezpieczeństwa Rzeszy z placówki Płock-Ciechanów, dowodzeni przez Hermanna Schapera.

Hermann Schaper w mundurze SS. Fot. Wikimedia Commons
Niemcy dali impuls czy też wydali rozkaz zabicia Żydów. Być może nadali wydarzeniom pewne ramy, zwłaszcza podsunęli rytuał towarzyszący zbrodni. W Jedwabnem Żydzi zostali zapędzeni na główny plac. Prawdopodobnie uczestnikami byli stacjonujący w mieście niemieccy żandarmi, ale głównymi wykonawcami byli Polacy. I właśnie w Jedwabnem na rynku stał pomnik Lenina ustawiony w czasie okupacji sowieckiej. Żydzi zostali zmuszeni do jego obalenia, a jednocześnie do śpiewania i wznoszenia okrzyków w rodzaju: „Jesteśmy winni tej wojny”. W tym akcie stygmatyzacji Żydzi byli przedstawiani jako poplecznicy Sowietów, odpowiedzialni za okupację sowiecką, zbrodnie sowieckie i w ogóle za ogólnoświatowy konflikt. To samo działo się w Radziłowie, choć tam nie było pomnika do obalenia. W jednej i drugiej miejscowości Żydzi byli otoczeni kordonem złożonym z polskich mieszkańców. W jednej i drugiej miejscowości Polacy zapędzili Żydów do dużych stodół, gdzie zostali żywcem spaleni.
Mamy bardzo dokładne opisy tego, jak wyglądał mord w obu miejscowościach. W przypadku Radziłowa wiadomo nawet, kto podpalił stodołę.
Wiemy, że spalenie było apogeum mordu, ale w różnych innych miejscach zabijano Żydów jeszcze przed zapędzeniem do stodoły. W przypadku Jedwabnego wiemy, że kilkudziesięciu żydowskich mężczyzn zostało zmuszonych do przeniesienia kawałków rozbitego pomnika do stodoły. Na czele pochodu postawiono rabina i kazano mu nieść czerwoną flagę. Mężczyzn z pochodu zamordowano w stodole, zanim spędzono tam pozostałych Żydów, głównie kobiety i dzieci.

Warszawa, 28.03.2001 r. Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa ustaliła dokładne miejsce w Jedwabnem, w którym stała stodoła, gdzie spalono mieszkających w tej miejscowości Żydów. Poinformował o tym podczas konferencji prasowej Andrzej Przewoźnik, sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Fot. PAP/Tomasz Gzell
PAP: Skąd to wiadomo?
P.M.: Ponieważ w miejscu, gdzie stała stodoła w Jedwabnem, w trakcie ekshumacji znaleziono resztki elementów tego pomnika. Teraz są one pokazywane na wystawie głównej Muzeum II Wojny Światowej. Wiemy więc całkiem dużo o przebiegu tego mordu. Wiemy, że wykonawcami byli Polacy, ale inspiracja niemiecka również nie ulega wątpliwości. Myślę, że było to coś więcej niż inspiracja: narzucenie pewnego scenariusza i rytuału stygmatyzowania Żydów. Powtarzało się to w Jedwabnem i Radziłowie, ale znamy też relacje żydowskie i polskie z innych miejscowości, w których Żydów w podobny sposób stygmatyzowano jako zwolenników komunizmu. W moim przekonaniu jest to argument na rzecz tezy, że Niemcy ten scenariusz narzucali, w Radziłowie i Jedwabnem zapewne to oni też podsunęli pomysł spalenia Żydów żywcem.
Jest to zgodne z tym, co wiemy o rozkazach Reinharda Heydricha, szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, aby oddziały niemieckiej Policji Bezpieczeństwa wzniecały pogromy i wciągały miejscową ludność w mordowanie Żydów.
Relacje są bardzo dokładne i przerażające w swojej szczegółowości. Zawierają wiele informacji o zabijaniu Żydów: zarówno o podpaleniu obu stodół, jak i o mordowaniu pojedynczych osób na ulicach Jedwabnego i Radziłowa czy na sąsiednich polach, kiedy ludzie próbowali uciekać. Są też informacje o rabowaniu żydowskiego mienia od razu po zamordowaniu Żydów, a nawet w trakcie mordu. Istnieją przekazy mówiące o tym, że do Jedwabnego dotarli polscy chłopi z furmankami, którzy najwyraźniej czekali na możliwość rabunku żydowskich przedmiotów. Ludzie, którzy organizowali mord w Jedwabnem i Radziłowie, w następnych dniach i tygodniach mieli najwięcej do powiedzenia przy rozdzielaniu pożydowskich domów. O Radziłowie i Jedwabnem wiemy więc bardzo wiele. W przypadku innych miejscowości liczba ofiar była prawdopodobnie mniejsza, a szczegółów jest mniej, ponieważ nie było procesów albo były pojedyncze postępowania, które nie skutkowały tak obszerną dokumentacją.

Ekeberg, Norwegia, 3-6.09.1941 r. Trzeci od prawej Reinhard Heydrich podczas wizytacji cmentarza dla niemieckich żołnierzy. Fot. NTB, CC BY-SA 4.0 <https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0>, via Wikimedia Commons
PAP: W pierwszym procesie dotyczącym zbrodni w Jedwabnem skazano kilkanaście osób, co potwierdziło udział części lokalnej społeczności w zbrodni. W 1967 r. kolejne śledztwo wszczęła Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Białymstoku. W książce „Narodowy komunizm po polsku” napisał pan: „W nowym śledztwie prokuratorzy de facto ukrywali udział Polaków: przy konstruowaniu wniosku o ściganie pomijali zeznania świadków, którzy o nim mówili. Całą winą obarczyli niemieckich funkcjonariuszy”. Dlaczego PRL-owska prokuratura dążyła do zatajenia polskiego udziału?
P.M.: Śledztwo rozpoczęte w 1967 r. było typowo propagandowe. Wpisywało się w zabiegi zmierzające do wybielenia Polaków i całkowitego zablokowania możliwości mówienia o polskim udziale w zbrodniach na Żydach. Wybrano Jedwabne, ponieważ był to szczególnie drastyczny mord. W latach 40. i na początku lat 50. doszło do śledztw i procesów dotyczących mordu w Jedwabnem i Radziłowie, ale prokuratorzy Okręgowej Komisji Badania Zbrodni całkowicie zignorowali tamte materiały. Przesłuchiwali jako świadków ludzi, którzy zeznawali już w poprzednich śledztwach i procesach. Wtedy mówili zupełnie co innego: że Polacy mordowali Żydów.
Po latach ci sami świadkowie - zapewne pod naciskiem prokuratorów, a może też pod naciskiem lokalnej społeczności - mówili już o Niemcach, których miało być jakoby ponad dwustu. Jednak niektórzy świadkowie przesłuchiwani w latach 60. i na początku lat 70. nadal zaświadczali o udziale Polaków w zbrodni.
Prokuratorzy z rozmysłem ignorowali te zeznania w późniejszych ustaleniach śledztwa. Zamykający je prokurator Waldemar Monkiewicz nie mówił już o polskiej odpowiedzialności ani o polskim udziale, tylko o tym, że do Jedwabnego miało przyjechać komando „Białystok”, złożone z niemieckich funkcjonariuszy, i spalić Żydów. Nie ma to potwierdzenia ani w śledztwie prowadzonym już w 2000 r. przez prokuratora Ignatiewa, ani w naszej dzisiejszej wiedzy historycznej.
Śledztwo z 1967 r. było związane z działalnością „partyzantów”, czyli środowiska skupionego wokół ministra spraw wewnętrznych Mieczysława Moczara. Od pierwszej połowy lat 60. traktowało ono stosunki polsko-żydowskie w czasie wojny jako niezwykle ważny obszar swojego działania w sferze symbolicznej. Różne instytucje państwowe, które albo były pod kontrolą „partyzantów”, albo działały w nich osoby sympatyzujące z Moczarem czy z patriotyczną retoryką tego środowiska, starały się blokować wszelkie doniesienia o tym, że Polacy w czasie wojny prześladowali Żydów.
W książce pokazuję, że od pierwszej połowy lat 60. cenzura konsekwentnie blokowała w literaturze pięknej i naukowej oraz w publicystyce wszelkie wzmianki dotyczące zabijania Żydów, denuncjowania ich czy rabowania żydowskiego dobytku.
Towarzyszyła temu intensywna propaganda, która miała przedstawiać Polaków jako tych, którzy rzekomo w masowej skali ratowali Żydów. Na łamach prasy rozwijał się kult Sprawiedliwych, czyli Polaków ratujących Żydów. Bardzo zaangażowane było w to MSW Moczara. Służba Bezpieczeństwa w 1968 r. w całej Polsce poszukiwała Polaków, którzy w czasie wojny pomagali Żydom. Informacje o nich przekazywano redakcjom i nagłaśniano.
Do tego dochodziła retoryka, według której rzekomo istniał spisek żydowsko-zachodnioniemiecki mający zdjąć odpowiedzialność z Niemców za Holokaust i obarczyć winą Polaków. Od połowy lat 60. prasa uderzała w histeryczne tony: zagrożony miał być bohaterski wizerunek Polaków z okresu wojny, a ów spisek miał przedstawić Polaków jako morderców Żydów. Śledztwo podjęte w 1967 r. wpisywało się w tę atmosferę.

Kieleckie, 24.09.1967 r. Prezes Zarządu Głównego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację oraz minister spraw wewnętrznych Mieczysław Moczar podczas spotkania z wdowami po mieszkańcach wsi Skłoby zamordowanych w 1940 r. przez okupantów niemieckich w odwecie za działania oddziału majora Henryka Dobrzańskiego ps. Hubal. Fot. PAP/Henryk Rosiak
PAP: Jaki cel przyświecał środowisku „partyzantów” mającemu wpływy w Służbie Bezpieczeństwa i mediach?
P.M.: To był plan polityczny, by w ten sposób zyskiwać szersze poparcie wśród ludzi niezwiązanych z partią komunistyczną. Była to próba budowania pomostu między środowiskiem „partyzantów”, czyli częścią obozu władzy, a społeczeństwem. W tych działaniach odwoływano się nie tylko do mitu Polski niewinnej, ale też do mitu Polski bohaterskiej – także do prawdziwego heroizmu spod znaku Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego. Do pewnego stopnia to było działanie instrumentalne, ale równocześnie oddawało rzeczywiste nastawienie, sposób myślenia i emocje części ludzi, którzy wspierali Moczara. Pewna część komunistów rzeczywiście tak myślała, mając głębokie przekonanie o bezwzględnej polskiej niewinności. To jest paradoks.
PAP: Dlaczego?
P.M.: Mamy skłonność postrzegać komunistów jako wyizolowaną grupę. Może tak było w 1944 czy 1945 roku, ale na pewno nie w latach 60. Byli już częścią polskiego społeczeństwa, która też w taki sposób myślała. Ci, którzy tym ruchem kierowali i byli inteligentniejsi, jak Moczar, traktowali zapewne hasła odwołujące się do polskiego patriotyzmu i mitu polskiej niewinności w relacjach z Żydami instrumentalnie i jako sposób budowania poparcia. Ale duża część - zapewne większość - polskiego społeczeństwa oczekiwała takiej wizji okupacji, by podtrzymać jednoznaczną wizję polskiej historii. Tak jak oczekuje jej także dzisiaj.
PAP: Na tegoroczne uroczystości upamiętniające zbrodnię w Jedwabnem przyjadą przedstawiciele środowisk nacjonalistycznych, którzy negują ustalenia IPN i mówią wręcz o „kłamstwie jedwabieńskim”. Wydarzenia konkurencyjne do oficjalnych obchodów organizuje Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Można się spodziewać prowokacji. Czy to powrót do sposobu zdobywania poparcia politycznego wykorzystywanego w PRL?
P.M.: Widzę podobieństwa między instrumentalizowaniem relacji polsko-żydowskich w czasie wojny przez „partyzantów” w latach 60. a tym, co robi dzisiaj skrajna prawica. Oczywiście jestem przekonany, że Grzegorz Braun absolutnie nie uważałby się za kontynuatora Moczara. Natomiast to są podobne sposoby myślenia i podobne sposoby manipulacji. Obecnie mamy do czynienia z radykalizacją przekazu. W latach 60. „partyzanci” nie posuwali się do negowania Holokaustu. Nie było mowy o kwestionowaniu istnienia komór gazowych, co Grzegorz Braun zrobił w ubiegłym roku.
Mam skojarzenia nie tylko z latami 60., lecz także z tym, co działo się dwadzieścia kilka lat temu. Chodziłem z prof. Leonem Kieresem do Sejmu, gdzie odbywały się debaty dotyczące sprawy Jedwabnego, byłem wtedy dyrektorem pionu badawczo-edukacyjnego IPN. Pamiętam histeryczne ataki Ligi Polskich Rodzin na IPN i nasze śledztwo. Wtedy też używano hasła „kłamstwo jedwabieńskie”, ale nie posuwano się do negowania Holokaustu i zakłócania uroczystości rocznicowych w Jedwabnem.

Warszawa, 1.06.2005 r. Od lewej: Leon Kieres, Paweł Machcewicz i Andrzej Grajewski podczas konferencji prasowej w Instytucie Pamięci Narodowej w Warszawie. Fot. PAP/Paweł Kula
PAP: Czy współcześnie część polskiej radykalnej prawicy czerpie z dorobku PRL-owskiej polityki historycznej?
P.M.: Nie chciałbym posuwać się do twierdzenia, że współcześni polscy antysemici świadomie czerpią z dorobku moczarowskiego. Natomiast widzę absolutne podobieństwa metod i retoryki. Dotyczy to nie tylko Grzegorza Brauna, ale także np. polityki historycznej PiS, której jednym z głównych elementów był kult Sprawiedliwych, który wbrew faktom wyolbrzymiał ich liczbę. Zarazem marginalizowano lub blokowano opowieść o udziale Polaków w prześladowaniu Żydów oraz atakowano badania historyczne pokazujące udział Polaków w ich zabijaniu. Właśnie w tym miejscu widzę podobieństwa z moczaryzmem.

Warszawa. 27.05.2001 r. Członkowie Ruchu Obrony Godności Narodu manifestowali przed warszawskim kościołem p.w. Wszystkich Świetych, gdzie Episkopat Polski pod przewodnictwem prymasa Polski kardynała Józefa Glempa prosił Boga o wybaczenie wszelkiego zła, jakie ze strony Polaków dotknęło Żydów w Jedwabnem i innych miejscach. Fot. PAP/Andrzej Rybczyński
PAP: W jaki sposób lokalna społeczność i opinia publiczna mogą dziś ze spokojem i szacunkiem podchodzić do miejsc pamięci takich jak Jedwabne, by nie stawały się one areną walki ideologicznej?
P.M.: Przede wszystkim należy godnie oddawać hołd ofiarom. To nasz podstawowy obowiązek. Trzeba też sprzeciwiać się próbom zakłamywania mordu w Jedwabnem. Historycy zrobili to, co do nich należało – wyjaśnili przebieg wydarzeń.
W tej chwili odpowiedzialność spoczywa na przedstawicielach państwa, którzy powinni wziąć udział w uroczystościach rocznicowych, a także przeciwstawiać się próbom szerzenia kłamstw i politycznego manipulowania tą straszną zbrodnią.
Pomógłby także głos biskupów Kościoła katolickiego, który w 2001 r. w sprawie Jedwabnego opowiedział się po stronie prawdy: Episkopat zorganizował wówczas nabożeństwo pokutne. Teraz takie jednoznaczne stanowisko znów jest potrzebne.
Rozmawiał Igor Rakowski-Kłos (PAP)
Paweł Machcewicz – historyk dziejów najnowszych, profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN, w latach 2008-2017 twórca i pierwszy dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, wcześniej dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN, autor prac poświęconych historii XX wieku i polityce historycznej. Ostatnio wydał „Narodowy komunizm po polsku. »Partyzanci« Moczara”.